jeszcze myśle
Vaelrik stał na wzgórzu, wpatrując się w rozciągający się przed nim krajobraz. Wysokie drzewa, wznoszące się ku niebu jak strażnicy tej ziemi, szumiały w lekko wietrznym powiewie. Mieszkańcy wioski, której granice zarysowywały się w oddali, zdawali się być niczym maleńkie punkty wśród otaczającego ich naturalnego piękna.
Od lat podróżował po tych ziemiach, ale nigdy nie przestawał się dziwić, jak spokojne i jednocześnie pełne życia mogą być te miejsca. Ludzie, choć ograniczeni w swoich przekonaniach i ambicjach, nosili w sobie coś, co nieodmiennie przyciągało uwagę. Ich codzienne życie, pełne rytuałów, pracy i drobnych radości, dla niego było zawsze swoistym labiryntem, który niełatwo było zrozumieć. A przecież sam Vaelrik nie był już człowiekiem.
Jego zewnętrzna postać nie zdradzała niczego, co mogłoby wskazywać na to, że nie pochodzi z tego świata. Ciało było silne, ale eleganckie, a twarz nie nosiła żadnych wyraźnych oznak zmęczenia. Zawsze wyglądał, jakby dopiero co przybył z dalekiej podróży, pełnej tajemnic i nieznanych miejsc. Ale Vaelrik nie był nowicjuszem. Jego oczy, głębokie i przenikliwe, widziały więcej niż jakiekolwiek ludzkie oczy. Znał ten świat, znał historie, które ukrywały się za każdą legendą. I nie był przypadkowym podróżnikiem.
Ludzki świat, który wciąż go fascynował, wkrótce miał zostać wstrząśnięty. Oczywiście, ludzie nie mieli pojęcia o nadchodzących zmianach. Ich codzienność była prosta, pełna rytuałów i obaw, które zdawały się nie mieć większego sensu w szerszym obrazie wszechświata. Byli jak mrowisko, nieświadome wstrząsów, które miały wstrząsnąć ich spokojnym życiem. A Vaelrik, jak cień, czuł nadchodzące burze.
Do tej pory unikał zbliżania się zbyt blisko do ich spraw. Obserwował ich z ukrycia, czasami angażując się w ich małe wojny lub zmagania, lecz nigdy nie ujawniał swojej prawdziwej natury. Dla nich był zwykłym wędrowcem, może troszkę dziwakiem, ale nie bardziej niezwykłym od innych, którzy czasem pojawiali się na ich drogach. W końcu, były to czasy, kiedy nikt nie zadawał pytań.
Dziś jednak coś się zmieniło. Vaelrik poczuł to w powietrzu. W jego umyśle budziły się obrazy, które nie miały sensu — przeszłość mieszała się z przyszłością. Cienie przeszłych wojny, starcia pomiędzy rasami, dawno zapomniane proroctwa, które wyłaniały się z ciemności. Odczuwał to, jakby w samym sercu świata coś się poruszało, budząc koszmary, które miały raz na zawsze wpłynąć na jego los.
„Czas…” – pomyślał, choć nie był pewien, co miał na myśli. Czas na co? Na to, by ostatecznie wpleść się w ludzkie życie? Może czas na zmianę? Może czas na zrozumienie, że po tylu wiekach ukrywania się, nie może już dłużej pozostawać w cieniu?
Wzrok Vaelrika przesunął się na wieś poniżej. Spod kaptura, który nosił, na moment dostrzegł twarze przechodniów. Ich życie wydawało się zbyt proste, zbyt ograniczone w porównaniu do tego, co on znał. Nie mogli nawet pojąć, jak wiele może się zmienić w ciągu jednej nocy. Tylko on wiedział, że nadchodzi coś wielkiego.
Przyszedł czas, by wkroczyć w ludzką grzęzawisko. Mimo że nic go w nim nie trzymało, mimo że wciąż był w stanie dostrzegać więcej niż ktokolwiek z tych ludzi, rozumiał jedno — ich świat, choć zbudowany na prostych regułach, miał swój nieuchwytny urok. I to właśnie ich losy miały wkrótce splotować się z jego.
Kiedy Vaelrik zszedł ze wzgórza, wyruszył w kierunku wioski, wiedział jedno: jego przeszłość wkrótce zacznie kształtować przyszłość tego świata. Ale nie był pewien, czy ludzie będą w stanie poradzić sobie z tym, co miał im do zaoferowania. Wioska, która przez wieki istniała w cieniu starych lasów, już nigdy nie miała pozostać taka sama. To, co na pierwszy rzut oka wydawało się zwykłą, zapomnianą osadą, było tylko pierwszym krokiem w długiej drodze, którą zaplanował Vaelrik. Wiedział, że prawdziwa moc nie pochodzi z siły mięśni, ale z wpływów, które można rozciągnąć daleko poza granice zwykłego człowieka. Ludzie w tej wiosce byli niewielcy, w porównaniu do ogromu świata, ale to ich losy miały stać się fundamentem przyszłości.
Vaelrik spędził w wiosce kilka miesięcy, niezauważony, mimo że jego obecność była nieustannie wyczuwalna. Zawsze w pobliżu, zawsze gotów dostrzec to, czego inni nie zauważali. Obserwował, jak życie toczy się w rytm prostych zasad. Kobiety zbierały plony, mężczyźni zajmowali się rzemiosłem, a dzieci bawiły się na otwartych polach. Nikt nie zadawał pytań. Nie zdawali sobie sprawy, że coś w ich wiosce nieustannie się zmienia.
Zaczęło się od drobnych zmian. Z każdą nową wiosenną porą zbiory były coraz większe. Wiatr, który dotąd wiecznie wiał wzdłuż tych samych ścieżek, zaczął przynosić z sobą tajemnicze zapachy, które niosły się dalej niż dotychczas. Krótkie rozmowy zaczęły przeradzać się w poważniejsze dyskusje, a odważni wędrowcy zaczęli przynosić do wioski nieznane towary, cudowne metale, egzotyczne zioła, które znikąd się pojawiły.
Ludzie zaczęli widzieć w nim coś więcej niż tylko wędrowca. Dla niektórych Vaelrik stał się kimś w rodzaju przywódcy, choć nigdy nie wyjawił swoich intencji. Zamiast tego, jego słowa były pełne subtelnych podpowiedzi i mądrości, które zaczęły kształtować ich myślenie. Zachęcał do budowy nowych domów, wytyczania dróg, tworzenia gmachów, które miały pomieścić więcej ludzi, którzy z każdą chwilą napływali do tej niewielkiej osady.
"Miasto nie powstaje w dzień ani w rok. Ale jeśli zrozumiesz, co trzeba zrobić, będzie ono rosło, jak drzewo, które cicho rośnie pod ziemią, zanim ujrzy niebo" — mówił Vaelrik, wyważając każde słowo. To było wstępem do jego planu, który nie tylko obejmował rozwój infrastruktury, ale także subtelną kontrolę nad ludzkimi decyzjami. Ludzie chętnie go słuchali, przekonani, że mądrość, jaką posiadał, pochodziła z jego długiego życia i podróży.
Z każdą decyzją, którą podejmował, wioska rosła w siłę. Powstawały nowe warsztaty, które zaczęły produkować coraz bardziej zaawansowane narzędzia i broń. Na rynku pojawiły się towary, których nikt wcześniej nie widział. Zaczęły się pojawiać obce wpływy: kupcy z innych krain, wojownicy szukający nowych wyzwań, uczeni pragnący odkrywać tajemnice świata. Vaelrik wyczuwał, jak te elementy zaczynają wpływać na jego wizję przyszłości.
Z czasem wioska zmieniła się w miasto — dynamiczne, pełne energii, ale także napięcia. Wzrost liczby ludności sprawił, że pojawiły się nowe problemy: konflikty o ziemię, zasoby, a także pierwsze oznaki władzy, które zaczęły się kształtować w sercu nowej metropolii. Vaelrik nie pozwalał jednak, by te napięcia wymknęły się spod kontroli. Umiejętnie, bezpośrednio lub pośrednio, potrafił wpływać na decyzje zarówno zwykłych ludzi, jak i na decyzje tych, którzy zaczynali pełnić funkcje władzy. Jego rola nie była już tylko rolą obserwatora. Stał się architektem nowego porządku.
Miasto rosło w siłę. Nowe mury, wyższe niż wcześniej, otaczały strefy handlowe, a świątynia na wzgórzu, która początkowo była tylko symboliczna, teraz stała się potężnym centrum religijnym i intelektualnym. Tam, w cieniu kamiennych wież, Vaelrik zaczynał otaczać się lojalnymi zwolennikami. Wiedział, że wkrótce jego pozycja stanie się niekwestionowana.
W sercu miasta, w monumentalnej sali, Vaelrik zasiadał przy wielkim stole, wokół którego zbierali się ci, którzy poszukiwali jego rady. Z jego ust padły słowa, które miały wytyczyć przyszłość:
„Miasto nie jest tylko zbiorem domów i ulic. Miasto jest ciałem, a my, jego mieszkańcy, to jego krwiobieg. Jeśli nie będziemy działać razem, jego serce zniknie. Czas, abyśmy stali się jednym organizmem.”
Jego wizja stała się rzeczywistością. Miasto z każdym dniem stawało się coraz potężniejsze, przyciągając ludzi, którzy pragnęli nowego życia, nowych możliwości, ale także tych, którzy szukali mocy.
Vaelrik stał na czele nie tylko jako lider, ale i jako duchowy przewodnik. Jego długowieczność i mądrość budziły szacunek, ale jego serce, choć pełne planów, nie było wolne od cieni. Miasto, które tworzył, nie było tylko miejscem dobrobytu — to była sieć, w której kontrola była równie ważna jak rozwój. I choć ludzie tego nie wiedzieli, Vaelrik miał swoje własne powody, by budować miasto, które miało zmienić bieg historii. Cisza w zamku była gęsta, niemal namacalna. Czasami, wśród tej spokojnej atmosfery, można było usłyszeć tylko cichy szum wiatru, który owiewał kamienne ściany, oraz odgłos kroków strażników, którzy stali na zewnątrz, w milczeniu. Ale w głębi zamku, w jednej z najwyższych komnat, czas płynął inaczej. Tam, w samym sercu nowego miasta, Lord Vaelrik spędzał godziny, dni, a czasami całe noce w samotności.
Nikt nie wiedział dokładnie, co robił za zamkniętymi drzwiami. Nikt nie odważył się zapytać. Jego lojalni doradcy, którzy na co dzień podziwiali jego niezwykłą mądrość, wiedzieli, że lord miał swoje własne sekrety — mroczne, skryte w cieniu przeszłości. Był kimś, kto potrafił spojrzeć na świat w sposób, którego nikt inny nie rozumiał. I choć jego władza rosła z dnia na dzień, a miasto zapełniało się nowymi mieszkańcami, jego samotność stawała się coraz bardziej niepokojąca.
Wieczorem, gdy sala audiencyjna była pusta, a ostatni doradcy wychodzili, aby odpocząć w swoich komnatach, Vaelrik udawał się do swojej prywatnej sali. Był to pokój, w którym wcale nie panował porządek, choć nie było to widoczne na pierwszy rzut oka. Wysokie okna przepuszczały słabe światło księżyca, a ciężkie zasłony rzucały cień na starożytne, opustoszałe książki, starożytne zwoje i nieopisane artefakty, które zapełniały każdą przestrzeń.
W powietrzu unosił się zapach kadzidła, które paliło się przez większość czasu, próbując zneutralizować zapach wilgoci i starości. W samym centrum pomieszczenia stało wielkie biurko, pełne map, notatek i dziwnych symboli, które nikt z obecnych nie potrafiłby rozszyfrować. To tutaj Vaelrik spędzał noce, analizując tajemnice, które przyciągały go od zawsze.
Samotność tej sali była dla niego koniecznością. Czuł, że tylko tu mógł oddać się rozmyślaniom, które niepokoiły jego umysł. W tych cichych godzinach, gdy cała zewnętrzna rzeczywistość stawała się odległa, a świat spowiły ciemności, lord miał czas, by stawić czoła temu, co zbliżało się nieuchronnie. Jego myśli wciąż wracały do pradawnych tajemnic, które odkrywał na przestrzeni wieków. To w tej sali stawały się one bardziej realne, żywe, niemal materialne.
Zamykał się w niej na długie godziny, nie przyjmując nikogo, nawet najbliższych doradców. Z zewnątrz nie było widać żadnej różnicy, ale w jego wnętrzu toczyła się walka. W tych cichych godzinach, tuż przed wschodem słońca, Vaelrik zagłębiał się w starożytne księgi, które zawierały zaklęcia i rytuały, dawno zapomniane przez ludzkość. Zbliżały się czasy, w których jego moc miała się ujawnić w sposób, jakiego nawet on sam nie potrafił jeszcze zrozumieć.
W jednym z takich wieczorów, gdy nocy towarzyszyła pełnia księżyca, Vaelrik stał przy oknie, wpatrując się w świat z oddali. W jego oczach nie było już tylko spokoju, ale i głęboka melancholia. Wiedział, że nadszedł czas na działanie. Przeszłość, która go prześladowała, zbliżała się do niego jak cień, którego nie da się odpędzić. Każdy zakamarek jego duszy wypełniał ból i tęsknota za tym, czego nie mógł zmienić. Czuł, że miasto, które stworzył, nie było tylko jego dziełem — to było także jego więzienie.
Zaczął szukać odpowiedzi w zakurzonych zwojach. Chciał znaleźć sposób, by wyzwolić się od tego, co go wiązało z przeszłością. Każda karta, którą przewracał, nie przynosiła jednak ukojenia. Każdy symbol, każda inkantacja, którą poznawał, zdawała się prowadzić do jeszcze głębszego pytania. Ostatecznie, wiedział, że nie tylko miasto, ale i on sam będzie musiał podjąć decyzję, która zmieni wszystko.
Gdy w końcu zgasło światło świecy, a jedynie blask księżyca oświetlał jego twarz, Vaelrik zamknął książki i przysiadł na jednym z foteli w kącie sali. Wiedział, że czas, w którym będzie musiał stanąć twarzą w twarz z własnymi demonami, nieuchronnie nadchodzi. Czuł ich oddech w ciemności. Z każdym rokiem miasto rosło w siłę. Dzięki nowym wynalazkom i technologii, która zaczynała rozwijać się pod jego przewodnictwem, Vaelrik dostrzegał nowe możliwości, których nie mógł zignorować. Maszyny, które wcześniej były jedynie marzeniem, stały się rzeczywistością. Nowoczesne warsztaty zaczęły produkować potężne narzędzia, mechaniczne urządzenia, które usprawniały zarówno produkcję, jak i życie codzienne. W fabrykach zaczęły powstawać zbroje, broń, a także bardziej zaawansowane maszyny, które umożliwiały kontrolowanie surowców oraz siły roboczej.
Ale z każdym krokiem, jaki stawiał w tej technologicznej rewolucji, Vaelrik coraz mniej tolerował sprzeciw i niezależność. Wiedział, że moc, którą zdobył, musi być niepodważalna. Z tego powodu nie tylko wdrażał zmiany w miastach, ale także wprowadzał surowe prawo, które nie pozwalało na najmniejszy opór. System nadzoru, który stworzył, obejmował każdy zakamarek miasta. Zamiast wolności, mieszkańcy czuli się teraz więźniami własnej rzeczywistości, a ich działania były ściśle monitorowane przez nowoczesne urządzenia — ogromne mechaniczne ptaki latały po niebie, nasłuchując rozmów, a podziemne systemy zbierały informacje o każdej osobie, jej zachowaniach, zakupach i interakcjach.
Lord Vaelrik, choć zawsze pełen tajemnic i z pozoru łagodny, teraz stał się kimś zupełnie innym. Jego decyzje były niekwestionowane, a każda próba buntu czy niezadowolenia kończyła się brutalnie. Gdy ktoś odważył się kwestionować porządek, od razu stawiał go w obliczu surowych konsekwencji. Ciało miasta było teraz równie twarde jak jego ręka — stalowe mury, mechaniczne straże i nieustanny ruch maszyn. Przemoc i ścisły nadzór stawały się częścią miejskiego życia, a sama myśl o zbuntowaniu się była nie do pomyślenia.
Mieszkańcy zaczęli szeptać, że Vaelrik nie jest już tym samym człowiekiem, który pojawił się w ich wiosce. Słuchy mówiły o mrocznych rytuałach, które odprawiał w swoim zamku, o jego obsesji na punkcie kontroli i porządku. Niektórzy twierdzili, że zbliżał się do nieśmiertelności, nie tylko dzięki swojej tajemniczej mocy, ale także przez technologie, które pozwalały mu na utrzymywanie zdrowia i młodości. A jego ambicje rosły — nie tylko chciał rządzić miastem, ale również cały kontynent miał znaleźć się pod jego kontrolą.
Kiedy jeden z doradców zwrócił mu uwagę, że ludzie zaczynają się bać, Vaelrik odpowiedział zimnym głosem:
„Strach jest najlepszym sojusznikiem. To, co niezbędne dla porządku, to nie tylko siła, ale i posłuszeństwo. Kiedy strach ogarnie serca, nie będzie już miejsca na opór. Każdy, kto podważy ten porządek, stanie się częścią systemu, albo zniknie.”
Jego słowa były jak wyrok, a każdy, kto je słyszał, czuł ciężar tych słów. Vaelrik nie bał się przejść do ostateczności. Jego wizja miasta, którego fundamenty były coraz silniejsze, nie miała miejsca na wątpliwości.
Każdy mieszkaniec miasta, nawet ci, którzy wcześniej korzystali z nowoczesnych urządzeń i wynalazków, zaczynali dostrzegać, że życie pod jego rządami staje się coraz bardziej szare. Technologia, która miała być błogosławieństwem, stała się narzędziem kontroli. Nowe maszyny, zbudowane z metalu i magii, patrolowały ulice, a mechaniczne ptaki nie opuszczały nieba. Więzienia były pełne, a te, które miały zniknąć, stały się jeszcze bardziej potężne. Oporni byli znikani w mroku, a ich losy stawały się tylko kolejnym ostrzeżeniem.
Vaelrik siedział na tronie z kości słoniowej, w otoczeniu wielkich mechanizmów, które oddychały w rytm jego decyzji. Jego oczy błyszczały zimnym światłem. W tej sali, pełnej obcych przedmiotów, maszyn, map i instrumentów, Vaelrik czuł, że kontroluje wszystko. Nie tylko miasto, ale całą przyszłość, która rozpościerała się przed nim.
Wciąż jednak coś w jego wnętrzu zaczynało się zmieniać. Kiedy przyglądał się ludziom, którzy teraz patrzyli na niego z bojaźnią i podziwem, nie mógł oprzeć się myśli, że coś w tej drodze nie jest całkowicie właściwe. Mimo wszystko wiedział jedno: jeśli miał utrzymać kontrolę, nie mógł pozwolić na słabości. Ciemne myśli, które zaczynały go nękać, były czymś, co musiał stłumić w sobie, aby rządy twardej ręki były skuteczne. A jeśli miałby sięgnąć po więcej — po nieograniczoną moc — nie mogło być miejsca na sentymenty.
Miasto żyło, oddychało w rytm maszyn i mocy, którą Vaelrik posiadł. I w tym świecie, pełnym blasku stali, nikt nie odważył się zapytać, dokąd prowadzi ta ścieżka.
Ale Vaelrik wiedział jedno: ta droga nie kończyła się na zjednoczeniu miasta. Była tylko początkiem czegoś znacznie większego. Z każdym dniem jego rządy stawały się coraz bardziej absolutne, a technologia, którą wprowadził, zaczynała stawać się nie tylko narzędziem kontroli, ale także manifestacją jego władzy. W jednym z bocznych pomieszczeń zamku, ukrytym przed oczami wszystkich, dwóch doradców spotykało się w milczeniu. Obaj mężczyźni byli lojalni wobec Vaelrika, ale ich twarze zdradzały zmęczenie i niepokój. Siedzieli przy małym stole, a w powietrzu unosił się zapach kadzidła, które delikatnie płonęło w pobliskiej misie. Żar świecy rzucał ciepłe, migoczące światło na ich twarze.
Doradca 1 (Ealdred): szeptem
„Widziałeś, co się stało w dzielnicy Dąbrowa? Ludzie są przerażeni... Ci, którzy nie mieli pojęcia o nowej broni, teraz nie mogą znieść tego, co zobaczyli. Maszyny patrolujące ulice, ptaki mechaniczne w powietrzu... to już nie jest miasto, które budowaliśmy.”
Doradca 2 (Haldor): spogląda w bok, z niepokojem
„Tak. Lord Vaelrik nigdy nie był zwykłym władcą, ale to, co się dzieje teraz... To coś więcej niż tylko rządy. To obsesja. Kiedy ostatnio rozmawiałem z nim, jego oczy... Był jakby gdzieś indziej, Ealdred. Jakby nie tylko rządził miastem, ale kontrolował wszystko, co się w nim dzieje, nawet to, co nie zostało jeszcze zbudowane.”
Ealdred:
„Bo on nie tylko buduje miasto. Buduje swoje imperium. A technologie, które wprowadza, zamiast uszlachetniać ludzi, sprawiają, że stają się tylko trybikami w maszynie. Maszyny, które miały ułatwiać życie, teraz stają się strażnikami. Ludzie żyją w strachu. Czy ty to widzisz? Zaczynają go bać. A to, Haldor, to nie jest dobry znak.”
Haldor:
„Bać się? Cóż, Vaelrik nigdy nie ukrywał, że chce być potężny, ale... nie myślałem, że dojdzie do tego. Spójrz na jego decyzje — już nie słucha nikogo. Wiesz, jak zareagował, gdy ktoś zapytał go o przyszłość miasta? Powiedział tylko, że 'przyszłość to porządek'. Porządek, który kontroluje każdą osobę. Myślisz, że to jeszcze ten sam Vaelrik, którego znaliśmy?”
Ealdred:
„Nie. To już nie jest ten człowiek. Nie wiem, czy to technologia go zmieniła, czy coś innego... Ale widzę, jak zmienia się jego podejście do wszystkiego. Kiedyś dążył do wzniesienia tego miasta na piedestał chwały. Teraz, wygląda jakby chciał zamienić je w... w więzienie. I nie wiem, co będzie, jeśli nie uda się go zatrzymać.”
Haldor: zamyślony
„Zatrzymać? Jak? On ma teraz wszystko — technologię, kontrolę, lojalność ludzi. Wiesz, co się stanie z tymi, którzy się sprzeciwią? Znikają w mroku. A my, Ealdred, jesteśmy jednymi z ostatnich, którzy mogą jeszcze mówić otwarcie. Jeśli będziemy mu się sprzeciwiać, również zostaniemy zmiażdżeni przez jego system.”
Ealdred:
„Ale nie możemy pozwolić, by to wszystko wymknęło się spod kontroli. Nie dla nas, nie dla tego miasta. Pamiętasz, jak rozmawialiśmy o tym, jak można by ukierunkować jego ambicje? Kiedyś miał wizję... teraz nie widzę w nim tego samego człowieka. On nie dostrzega, że przekracza granice.”
Haldor: ciszej
„I co proponujesz? Czy możemy jeszcze zrobić coś, by go powstrzymać? Każdy krok, który podejmujemy, staje się niebezpieczny. Kiedyś był liderem, teraz jest tyranem. Co, jeśli z jego wizją wiąże się coś więcej? Co, jeśli w końcu wejdzie w ten... mrok, który sam stwarza? Może już jest za późno.”
Ealdred: spogląda na niego z powagą
„Późno? Jeśli nie teraz, to kiedy? Czekać, aż miasto stanie się jego całkowitym więzieniem, gdzie nie będzie miejsca na nic prócz strachu? Mamy obowiązek. Zanim będzie za późno, musimy działać. Nawet jeśli to oznacza przeciwstawienie się mu.”
Haldor: wzdycha
„To ryzykowne. Ryzykowne... ale chyba nie mamy wyboru.”
W jedynej karczmie, która jeszcze działała w centrum miasta, powietrze było ciężkie od dymu palącego się drewna i rozmów, które z każdą chwilą stawały się coraz bardziej podniesione. Zazwyczaj to miejsce było spokojnym azylem dla kupców, robotników i podróżnych, którzy odpoczywali po długiej pracy. Teraz jednak wśród stolików rozmawiali nie tylko o codziennych sprawach, ale także o coraz bardziej niepokojących zmianach, które zachodziły w mieście.
W jednym z rogów karczmy, przy stole obok okna, siedział mężczyzna w średnim wieku, z twarzą pokrytą bliznami, a w oczach widoczny był niepokój. Nazywał się Garan i od lat pracował przy budowie nowych maszyn. Znał dobrze Vaelrika, znał jego ambicje, ale teraz wszystko się zmieniało. Wokół niego siedziało kilku innych robotników — ludzi, którzy spędzili życie w cieniu Vaelrikowej wizji, ale teraz zaczynali dostrzegać, że ich świat się rozpada.
Garan: mówiąc cicho, ale stanowczo
„Nie wiem, jak wy, ale ja już nie mogę dłużej patrzeć na to, co się dzieje. To, co Vaelrik zrobił z tym miastem... z nami... to nie jest porządek. To więzienie.”
Mężczyzna 1: patrzy na niego, z lekką obawą
„Ciszej, Garan. Jeśli to usłyszą Straże, znikniemy na zawsze. Wiesz, jak jest teraz. Wszyscy, którzy otwarcie się sprzeciwiają, giną w nocy.”
Garan: spogląda na niego twardo
„Nie boję się już straży. Zresztą... oni sami już zaczynają się bać. Wiemy, że nasze życie nie ma znaczenia w oczach lorda. Przypomnijcie sobie, co się stało z tymi, którzy protestowali, gdy chcieli wprowadzić te mechaniczne ptaki... Każdy, kto podniósł głos, zniknął.”
Mężczyzna 2: spogląda na Garana z niepokojem
„Ale przecież on daje nam wszystko, czego potrzebujemy. Technologie, jedzenie, lepsze życie... te maszyny naprawdę pomagają. Mamy lepsze narzędzia, łatwiej się pracuje.”
Garan: z pogardą w głosie
„Pomagają? Tak, ale tylko po to, żebyśmy byli bardziej wydajni w pracy na niego. Przypomnę ci, jak maszyny zaczęły patrolować nasze ulice. Zaczęliśmy pracować dla nich, a nie dla siebie. Miasto, które miało nas uwolnić, teraz nas zniewala.”
Mężczyzna 1: z szepczeniem
„Ale co możemy zrobić? Vaelrik ma kontrolę nad wszystkim. Maszyny, strażnicy, jego magia... Kto się sprzeciwi? Ludzie boją się, że nie będą mogli żyć bez tych wszystkich wynalazków.”
Garan: wzdycha, a jego twarz staje się bardziej zacięta
„A co, jeśli możemy? Co, jeśli to właśnie te maszyny mogą zostać użyte przeciwko niemu? Zobaczcie, co dzieje się z naszymi dziećmi, z naszymi rodzinami. Każdy z nas stał się tylko częścią układanki, którą on kontroluje. Musimy to zmienić, zanim całkiem stracimy kontrolę nad naszym życiem.”
Mężczyzna 2: milczy przez chwilę, potem mówi, z wahaniem
„A co jeśli to się nie uda? Jeśli... jeśli nie damy rady? A Vaelrik... czy naprawdę nie jest już niepokonany? Te maszyny, jego straże... to wszystko... jest nie do pokonania.”
Garan: zdecydowanie
„Nie wiem, czy wygramy, ale wiem jedno — jeśli nic nie zrobimy, nie będziemy mieć żadnego życia. Bo Vaelrik nie zostawi nam już żadnych wyborów. Jeśli nie stanie się to teraz, to nigdy. Trzeba działać.”
Kilka chwil minęło w milczeniu, gdy mężczyźni rozważali słowa Garana. W ich oczach zaczęło tlić się coś więcej niż tylko strach — pojawiła się iskra determinacji. W miarę jak rozmowa toczyła się dalej, coraz więcej osób zaczęło przyłączać się do cichych, ale znaczących rozmów o buncie. Niezadowolenie, które rosło w sercach ludzi, zaczęło wychodzić na powierzchnię.
W tej chwili, w ciemnym kącie karczmy, rozmowa zamieniła się w plan. Plan, który nie miał jeszcze formy, ale zaczynał przybierać kształt. I choć nikt z obecnych nie miał odwagi wypowiedzieć tego głośno, w ich sercach zrodziła się myśl, która nie dała się już stłumić — może nadszedł czas na bunt. W jednej z bocznych ulic miasta, oświetlonych tylko przez migoczące światła z okien, dwóch mężczyzn rozmawiało w cieniu. Obaj nosili uniformy wojskowe, choć jeden z nich miał wyraźnie wyższy stopień — był to kapitan Corvyn, dowódca jednostki straży miejskiej, a drugi, Doran, był zwykłym żołnierzem.
Corvyn: spogląda ostrożnie w obie strony, zanim mówi cicho
„Słyszałeś o tym, co się dzieje wśród robotników? O tych rozmowach, o tym planie...?”
Doran: zaniepokojony, ale z ciekawością
„Tak. Mówią, że Garan zaczyna coś organizować. Nie jestem pewny, co dokładnie, ale ci ludzie są coraz bardziej zdesperowani. Podobno chcą się zbuntować przeciwko lordowi. To... to szaleństwo. Co oni mogą zrobić przeciwko maszynom i strażnikom?”
Corvyn: zdecydowany, ale z ukrytą wątpliwością w głosie
„Nie wiem, Doran. Ale jedno jest pewne: miasto zaczyna się kruszyć. Ci ludzie czują, że stracili już wszystko, łącznie z wolnością. A kiedy stracisz wolność, nie masz nic do stracenia.”
Doran: patrzy na niego, po czym nerwowo rozgląda się po okolicy
„A ty? Co myślisz? Bo wiesz, Corvyn, jesteś jednym z najstarszych w tej jednostce. Jeśli wojskowi dowiedzą się, że to się dzieje... nawet my możemy zostać wciągnięci.”
Corvyn: zamyśla się przez chwilę, a potem mówi ciszej
„Właśnie dlatego musimy działać ostrożnie. Wiesz, jak to wygląda — Vaelrik nie pozwoli na żadne nieposłuszeństwo. Ale, z drugiej strony... nie wiem, jak długo jeszcze możemy milczeć. Ludzie zaczynają dostrzegać, że nie mamy kontroli. A jeśli oni, ci zwykli ludzie, w końcu się zbuntują, to my, wojskowi, musimy podjąć decyzję. Bo jeśli będzie wojna, to my będziemy tymi, którzy ją poprowadzą.”
Doran: zaczyna czuć się coraz bardziej zaintrygowany
„Więc myślisz, że powinniśmy... dołączyć? Jeśli to wybuchnie, Vaelrik nas wszystkich zniszczy. Ale jeśli to my poprowadzimy ten bunt, mamy szansę?”
Corvyn: z powagą, spoglądając mu w oczy
„Tak. Jeśli wszystko wybuchnie, to tylko z naszej strony. Musimy działać z wyprzedzeniem. Chciałbym dowiedzieć się, kto jeszcze może mieć w tym udział. Dowódcy z różnych jednostek, nie tylko w straży, ale i w armii. Większość z nich czuje, że ta technologia to już nie jest tylko dobrobyt, ale narzędzie tyranii. Musimy znaleźć sposób, by połączyć siły.”
Doran: niepewnie
„Nie wiem... to ryzykowne. Ale jeśli Vaelrik w końcu nas zniszczy, to co pozostanie? Jeśli zginą wszyscy, to co będzie z nami?”
Corvyn: zamyślony, po czym z determinacją dodaje
„Nie ma już odwrotu. Jeśli mamy się zbuntować, to teraz. Jeśli nie, to wszyscy się w końcu zapadniemy w tej stalowej klatce. Zbierzmy ludzi. Rozmawiaj z tymi, którzy jeszcze w to nie wierzą. Pokażmy im, że mamy dość. Zanim będzie za późno.”
Kilka dni później w karczmie, gdzie Garan spotykał się z robotnikami, pojawił się nieoczekiwany gość. Był to młodszy oficer, jeden z żołnierzy straży, który często patrolował ulice. Nazywał się Elric. Wszyscy w karczmie zamarli, gdy go zobaczyli — nie spodziewali się, że ktoś z ich własnych strażników będzie zainteresowany ich sprawą.
Garan: patrzy na Elrica, zdziwiony, ale z zaciekawieniem
„Ty... co ty tu robisz, strażniku?”
Elric: nervoznie, patrząc na innych, po czym mówi ciszej
„Przyszedłem nie po to, by was zdradzić. Wręcz przeciwnie. Słyszałem, co planujecie... i chcę w tym uczestniczyć.”
Doran: wstaje, zaskoczony
„Ty... Jesteś strażnikiem. Jak... jak możesz? Vaelrik... on nie pozwoli na nic. Będziesz martwy, jeśli się dowie.”
Elric: spogląda na nich, z poważnym wyrazem twarzy
„Znam Vaelrika. Wiem, co on robi z tym miastem. Jak on wykorzystuje nas wszystkich. I nie będę stał bezczynnie, patrząc, jak cała ta technologia niszczy ludzi. Wiemy, jak się stało, że to wszystko zaczęło działać. A teraz... teraz jest moja kolej. Mamy szansę. Wiem, że nie jesteśmy sami.”
Garan: przez chwilę milczy, patrzy na innych, po czym mówi cicho
„Myślisz, że masz rację? Mówią, że Vaelrik jest niepokonany... ale może, może...”
Elric: przerywa mu, z przekonaniem
„On nie jest niepokonany. Ma maszyny, ma magię, ale nie ma ludu. I jeśli tylko się zjednoczymy, to możemy go pokonać. Czas zacząć działać, zanim on nas zniszczy.”
Następnego dnia, w ciemnych zaułkach miasta, kilku dowódców wojskowych spotkało się w tajemnicy. Elric, który dotarł tam razem z Garanem, przekazał im informacje o planowanym buncie. To, co miało początkowo wyglądać na mały, lokalny opór, teraz zaczynało przeistaczać się w coś znacznie większego. Każdy z dowódców, choć niechętnie, zdawał sobie sprawę, że sytuacja jest krytyczna. Struktura władzy w mieście zaczynała pękać, a Vaelrik, mimo swojej technologii, nie mógł już kontrolować wszystkiego.
Dowódca 1: po cichu, z niepokojem
„Jeśli rzeczywiście chcemy sprzeciwić się Vaelrikowi, to musimy działać szybko. Jego sieć nadzoru jest wszędzie. Nie wystarczy tylko siła — musimy poznać jego słabe punkty. I zrobić to z precyzją.”
Dowódca 2: ze zdecydowaniem
„Zaczynamy od małych grup. Im mniej osób wie o szczegółach, tym bezpieczniej. Ale musimy zjednoczyć się w jednym celu — przejąć kontrolę nad maszynami, zniszczyć system nadzoru. To nasza szansa.”
Zamek Vaelrika był cichy tej nocy. Głębokie, szklane okna w jego prywatnej komnacie odbijały blask gasnących świec, a cisza, która panowała w zamku, była tylko chwilową iluzją. W głowie lorda tłoczyły się myśli, burza emocji, którą trudno było zrozumieć nawet dla niego samego.
Wysoki, ciemnowłosy mężczyzna stał przy oknie, wpatrując się w miasto, które zbudował, a które teraz zaczynało wymykać się spod jego kontroli. Dźwięk nadchodzącego buntu był niczym echo, które roznosiło się po zakamarkach miasta. Ludzie, którzy kiedyś mu służyli, teraz zaczynali sprzeciwiać się jego władzy. Maszyny, które miały zapewnić porządek, nie zdążyły powstrzymać narastającego niezadowolenia.
Wtedy drzwi jego komnaty otworzyły się cicho, a do środka wszedł jeden z jego doradców — Ealdred, który przez wiele lat był jednym z najwierniejszych ludzi Vaelrika. Przyniósł raport o ostatnich wydarzeniach w mieście, o rosnącej opozycji, o szeptach o buncie, które stawały się coraz głośniejsze. Doradca chciał porozmawiać o możliwych rozwiązaniach, ale to tylko pogłębiło gniew lorda.
Ealdred: spoglądając na Vaelrika, który stał nieruchomo przy oknie
„Panie, sytuacja wymyka się spod kontroli. Musimy podjąć zdecydowane kroki. Wiemy, kto jest odpowiedzialny za te pogłoski o buncie. Może to czas, by wyciągnąć konsekwencje...”
Vaelrik odwrócił się powoli, jego twarz była lodowata, ale w oczach czaił się gniew. W jego umyśle narastał chaos. Złość i frustracja były niczym rosnąca fala, gotowa zalać wszystko, co napotkała na swojej drodze.
Vaelrik: zimnym, twardym głosem
„Krok? Jakie 'kroki', Ealdred? Co jeszcze mam zrobić? Zniszczyć całą armię, zabrać im ostatnią resztkę nadziei? Wszyscy ci ludzie... myślisz, że to wystarczy? Oni nie rozumieją. Oni nie widzą, że jestem jedynym, który ma plan. Tylko ja.”
Ealdred: przechodzi w kierunku lorda, próbując go uspokoić
„Panie, nie ma potrzeby... Te wszystkie technologie, te maszyny... To wszystko zaczyna działać na naszą korzyść, ale potrzebujemy stabilności. Musimy uspokoić ludzi, zająć się tym cichym buntem. Nie możemy dać się ponieść emocjom.”
W tym momencie Vaelrik zbliżył się do Ealdreda. Jego postawa była groźna, a twarz wypełniała złość, która nie pozwalała na jakąkolwiek refleksję. Ealdred, widząc zmiany w zachowaniu lorda, starał się nie wycofać, ale w jego oczach pojawił się niepokój. W tej chwili Vaelrik już nie panował nad sobą.
Vaelrik: z przekonaniem, który przeradza się w wściekłość
„Stabilność? Żartujesz? Mam kontrolować miasto rękami ludzi, którzy nie potrafią dostrzec tego, co jest dla nich najlepsze? Oni nie chcą stabilności, oni chcą wolności! To jest moje miasto, moje imperium, Ealdred, a ty mówisz o 'uspokajaniu'?!”
Bez ostrzeżenia Vaelrik wyciągnął rękę i jednym płynnie wykonanym ruchem dosięgnął gardła swojego doradcy. Ealdred nie zdążył się obronić, w jego oczach malowała się szokująca reakcja, jakby nie wierzył, że to się dzieje.
Vaelrik ścisnął mocniej, a w jego oczach nie było już śladu wahania. Nie było litości, nie było żalu. Tylko chłodne przekonanie, że zrobił to, co musiał.
Ealdred: zduszony, ledwie łapiąc oddech
„Panie... proszę...”
Jeden szybki ruch i ciało Ealdreda opadło na ziemię. Vaelrik wciąż stał, nie ruszając się z miejsca, z twarzą pozbawioną jakichkolwiek emocji. Dźwięk ciała uderzającego o podłogę zabrzmiał, jakby oznaczał koniec czegoś — końca nie tylko życia, ale także końca jakiejkolwiek nadziei na litość.
Vaelrik w końcu opuścił rękę, patrząc na martwe ciało swojego doradcy. Jego oddech był spokojny, jakby nic się nie wydarzyło.
Vaelrik: mówiąc zimno, z czystym przekonaniem
„Nie miałeś racji, Ealdred. Nigdy nie miałeś racji.”
Zimne, twarde spojrzenie lorda nie zmieniało się. Zabił, bo wiedział, że nie ma już miejsca na słabości. Nie było czasu na wahania. Każdy, kto stawał na jego drodze, musiał zniknąć. Ludzie, którzy go zawiedli, którzy nie rozumieli jego misji, musieli być usunięci. W tej chwili Vaelrik już nie widział żadnej granicy.
Nie było skrupułów. Nie było wyrzutów sumienia. Tylko nieograniczona władza. Rada była zwołana, jak co miesiąc, by omawiać sprawy zarządzania miastem. Wielka sala, w której zasiadali doradcy, była pełna mężczyzn i kobiet ubranych w drogie szaty, jednak dzisiaj atmosfera była dziwnie napięta. Vaelrik zasiadł na swoim tronie, otoczony przez swoich wiernych doradców, w tym Ealdreda, który po powrocie do życia wydawał się inny. Cała sala milczała przez chwilę, a ci, którzy siedzieli najbliżej, rzucali niepewne spojrzenia na ożywionego doradcę.
Ealdred siedział obok lorda Vaelrika, ale jego postawa była nienaturalna. Jego spojrzenie było puste, a ruchy pozbawione jakiejkolwiek energii, którą kiedyś miał. Wydawał się być bardziej ciałem niż człowiekiem, wypełnionym tylko zimną obojętnością.
Adelric, starszy doradca o siwych włosach, siedział naprzeciwko Ealdreda, wciąż nie mogąc uwierzyć w to, co widział. Coś było nie tak. Znał Ealdreda od lat, ale teraz ten człowiek wyglądał jak obcy. Jego zimne, martwe oczy nie przypominały tego, co widział w nim wcześniej.
Adelric: z niepokojem, spoglądając na Ealdreda
„Panie... coś się zmieniło. Co się z nim stało? To nie jest ten sam człowiek. Coś w jego oczach... coś w jego postawie...”
Vaelrik: próbując zachować spokój, chociaż nie czuł się pewnie
„Nic się nie stało. Ealdred jest po prostu zmęczony. Czasem nie wszystko jest takie, jak się wydaje.”
Ale Ealdred siedział cicho, patrząc wprost przed siebie, nie reagując na żadne z pytań. Jego twarz była jak maska, a jego milczenie tylko pogłębiało niepokój wśród doradców.
Felicja, młodsza doradczyni, zawsze bardziej wrażliwa na subtelne zmiany, nie mogła ukryć swojego zaskoczenia. Czuła, że coś w tym wszystkim jest nie tak. Była jedną z tych, którzy od razu zauważyli, że zmiana Ealdreda była głębsza niż tylko zmiana postawy.
Felicja: szepcze cicho, patrząc na innych
„To niemożliwe... On nie wygląda na człowieka, który właśnie powrócił z martwych. Jest... zimny, martwy w sobie. Co jeśli... to coś innego?”
Jej słowa wstrząsnęły grupą doradców. Wzrok kilku z nich przeszedł na Ealdreda, który nie okazywał żadnych emocji, jakby ich obecność nie miała dla niego żadnego znaczenia.
Adelric: patrząc na Vaelrika z rosnącym niepokojem
„Panie... powiedziałem ci, że coś nie jest w porządku. Jeśli to, co mówisz, to prawda, to Ealdred... nie wrócił taki, jak był. I jeśli nie będziemy ostrożni, to ta... zmiana... może doprowadzić do katastrofy.”
Vaelrik poczuł, jak jego serce zaczyna bić szybciej. Zrozumiał, że coś się wymyka. Ludzie zaczynają zauważać różnicę. Utrata kontroli nad Ealdredem była jednym z najgorszych możliwych scenariuszy.
Vaelrik: zimno, próbując zapanować nad sytuacją
„To tylko chwilowa niedyspozycja. Ealdred jest wciąż moim doradcą. Będziecie go słuchać. Nikomu nie wolno mówić o tym, co się tutaj wydarzyło.”
Ale nie wszystkim doradcom udało się zignorować to, co działo się na ich oczach. Plotki szybko zaczęły krążyć wśród służby, a ci, którzy mieli dostęp do bardziej intymnych części zamku, szybko zaczęli szeptać o dziwnych zmianach u Ealdreda. Jakby nie dość było ich podejrzeń, niektórzy z doradców zaczęli także wyczuwać, że coś się stało z samym Vaelrikem. Z początku nieznaczne zmiany w jego zachowaniu zaczęły nabierać wyraźniejszego kształtu. Był bardziej nieprzewidywalny, bardziej agresywny, jakby opętany jakąś siłą, której nie potrafił kontrolować.
Plotki o dziwnych zmianach zaczęły rozprzestrzeniać się po całym mieście, a wielu mieszkańców zaczęło dostrzegać, że coś jest nie tak w zachowaniu lorda. Murmury o „zatrutej władzy” i „mrocznych sekretach” zaczęły krążyć wśród kupców, służby i zwykłych ludzi. Gdy do plotek dołączyły opowieści o Ealdredzie, który wrócił z martwych, w mieście rozprzestrzeniła się fala niepokoju i nieufności.
Felicja: szeptem, patrząc na resztę doradców
„Musimy coś zrobić. Ludzie zaczynają mówić o tym, że Ealdred nie wrócił taki, jak był. To może doprowadzić do buntu, jeśli nie powstrzymamy tych plotek.”
Adelric: przewraca oczami
„Jeśli ludzie dowiedzą się, że to Vaelrik zabił Ealdreda, nie będziemy w stanie nic zrobić. To nie tylko zdrada. To zamach na samą ideę władzy. I już teraz, wśród mieszkańców, krążą plotki, że nie tylko Ealdred zmartwychwstał. Ludzie zaczynają się bać. A kiedy ludzie się boją, wszystko staje się możliwe.”
Głosy doradców zaczęły mieszać się ze sobą, a atmosfera w sali stała się coraz bardziej napięta. Szeptano o rychłym buncie, o władzy, która nie może trwać w takim stanie. Ludzie w mieście zaczęli dostrzegać rzeczy, które wcześniej były niewidoczne — zmiany w ludziach, w atmosferze, w samym sercu władzy.
Vaelrik patrzył na Ealdreda, który milczał, jakby nie słyszał rozmów wokoło. Jego oczu nie można było odczytać. Zamiast tego, jego milczenie zaczęło stawać się jak mroczny symbol tego, co miało nadejść. Bunt wisiał w powietrzu, jak zbliżająca się burza, a Vaelrik wiedział, że nie da się go powstrzymać.
Ealdred, choć ożywiony, stał się jego największym zagrożeniem. I nie tylko on. Całe miasto zaczynało się budzić do rzeczywistości, której lord nie mógł już dłużej kontrolować. Był to dzień, który wstrząsnął miastem do samego rdzenia. W powietrzu unosił się ciężki zapach strachu, niepokoju i… nadziei. Ludzie, którzy przez lata żyli w cieniu Vaelrika, teraz stali razem. Zjednoczeni. Wspólnym celem była wolność – wolność od tyrana, który rządził miastem twardą ręką, który nie tylko zniszczył swoje relacje z doradcami, ale i z samym miastem. Jego brutalność, jego bezwzględne decyzje i mroczne tajemnice zostały ujawnione, a teraz nadszedł czas na koniec jego panowania.
Na czele tej rebelii stał Lorian, wojownik o twardym, ale sprawiedliwym sercu, który zdobył szacunek zarówno wśród żołnierzy, jak i ludności. To on, po serii trudnych decyzji, zaczął organizować bunt, który miał na celu zakończenie panowania Vaelrika, ale nie poprzez śmierć. Lorian nie chciał zabijać byłego lorda. Wiedział, że zemsta nie przyniesie niczego poza jeszcze większym cierpieniem. Chciał, by Vaelrik zrozumiał, jak głęboko zawiódł swoich ludzi.
Lorian stanął na czołgu armii, a za nim rządzący miastem doradcy – Felicja, Adelric i kilku innych, którzy, choć wcześniej lojalni Vaelrikowi, teraz stanowili fundament oporu. Zgromadzili się na rynku, w samym sercu miasta, przed ogromnym pałacem, w którym Vaelrik ukrywał się przez ostatnie dni.
Vaelrik, który czuł, jak władza zaczyna mu się wyślizgiwać z rąk, ukrywał się w swojej komnacie, przygotowując się do ostatecznej konfrontacji. Wiedział, że nie może już uciec. Wszystko, co zbudował, rozpadało się w mgnieniu oka. Jego umysł nie był już w pełni trzeźwy, a jego spojrzenie mroczne i pełne obłędu.
Wtedy, tuż przed wschodem słońca, z tłumu na rynku wyłonił się Lorian, jego głos brzmiał pewnie, a jednak z szacunkiem, kierując swoje słowa do Vaelrika.
Lorian: głośno, aby wszyscy usłyszeli
„Vaelrik, twoje panowanie dobiegło końca. Zdradziłeś nas, zdradziłeś wszystkich, którzy ci służyli. Twój czas minął, ale nie będziemy cię zabijać. Dziś za twoje grzechy zapłacisz jedynie wygnaniem. Zginiesz tu, ale tylko jako człowiek, którego nie chcemy już wśród nas.”
Vaelrik, stojąc na szczycie swojego pałacu, słyszał te słowa, a w jego oczach błyszczała nie tylko furia, ale i paniczny strach. W jego umyśle nie było już miejsca na rozsądek. Przypomniał sobie te chwile, gdy jako młody lord marzył o potędze, jakby to było wczoraj. Jego marzenia prysły, a teraz, stojąc w obliczu tego, co zrobił, nie miał już odwrotu.
Vaelrik: szyderczo, z gniewem
„Myślisz, że pokonacie mnie? Moja moc nie jest skończona! Zniszczycie mnie, ale ja zawsze znajdę sposób, by powrócić. Tak, jak zawsze to robiłem!”
Ale Lorian nie miał zamiaru pozwolić Vaelrikowi na taką łatwą śmierć. Dziś nie było miejsca na mściwość, tylko na sprawiedliwość.
Lorian, stojąc z wyciągniętą ręką, dał znak do otwarcia portalu. W samym sercu rynku, na oczach wszystkich, zaczęły pojawiać się runy, które błyszczały dziwnym, nieziemskim światłem. W kręgu run, który wciąż pulsował magią, otworzył się portal. Był to mroczny, zaklęty przejście, które prowadziło do nieznanego miejsca – wygnania, gdzie Vaelrik miał nigdy nie wrócić. Nikt nie znał dokładnie tego miejsca, ale Lorian był pewien, że po drugiej stronie nie było już drogi powrotnej.
Lorian: spokojnym, ale zdecydowanym tonem
„Nie ma już dla ciebie miejsca w tym świecie. Odejdź, Vaelrik. Przez ten portal. Tam, gdzie już nigdy nie będziesz w stanie zagrozić nikomu.”
Vaelrik spojrzał na zgromadzony tłum. Nie mógł uwierzyć, że właśnie to go spotyka. Na chwilę zamknął oczy, czując, jak jego dawna moc zaczyna zanikać. Potem, niezdolny do sprzeciwu, ruszył ku portalowi, który otworzył się przed nim, a jego kroki były powolne, jakby wypełnione ostatnimi resztkami sił. Kiedy przekroczył próg, światło portal zaczęło blaknąć, a sam portal zniknął w jednej chwili, zostawiając po sobie tylko pustkę.
Zgromadzeni na rynku patrzyli, jak Vaelrik znika za zasłoną tajemniczego przejścia, wiedząc, że to koniec jego panowania. Lorian spojrzał na doradców, którzy stali obok niego.
Lorian: głośno, ku zadowoleniu tłumu
„Ludzie tego miasta zyskali wolność. Ale nie będziemy teraz rządzić w pojedynkę. Miasto będzie rządzone przez Radę. Rada, która będzie sprawiedliwa i nie będzie już dopuszczać tyranii. Nie ja, ale wszyscy. Razem!”
Ludzie zaczęli wiwatować, wiwaty rozbrzmiewały na całym rynku, a serca obywateli zaczynały bić w zgodzie. Nowa era zaczynała się w tym mieście, gdzie władza miała być dzielona i sprawiedliwie egzekwowana przez Radę, której członkowie reprezentowali interesy wszystkich.
Miasto, które kiedyś było pogrążone w mroku tyranii, teraz rozbłysło nadzieją na przyszłość. Lorian, choć nowym przywódcą, obiecał, że będzie rządził w porozumieniu z doradcami i w imię dobra wszystkich obywateli. Cisza.
Martwa, głucha cisza.
Kiedy Vaelrik otworzył oczy, czuł jakby minęła wieczność. Nie było już tłumów, rady, portalu. Nie było pałacu, miasta, nieba. Nie było nic... poza wiecznym mrokiem.
Leżał na ziemi przypominającej zwęgloną skorupę. Powietrze było gorące i gęste, przesycone siarką i czymś, co przypominało smród rozkładu. Nad nim niebo — albo raczej jego parodia — w kolorze spalonej krwi, poprzecinane błyskami zielonkawego ognia, który nie dawał światła, tylko... cierpienie.
Vaelrik powoli podniósł się z ziemi. Jego ciało nie było poranione, ale czuł ciężar – nie fizyczny, lecz jakby jego dusza została przygnieciona. Przed nim roztaczał się krajobraz jak z koszmaru: skaliste wzniesienia zrobione z ostrych kości, rzeki pełne wrzącej smoły, a wszędzie wokół czaiły się cienie.
I wtedy je zobaczył.
Z mroku zaczęły wyłaniać się istoty. Stworzenia przypominające świnie, ale z humanoidalnymi kształtami – zdeformowane, poruszające się na dwóch nogach, z szarą, popękaną skórą pokrytą wrzodami. Ich oczy były zupełnie białe, a pyski – rozdarte, z ostrymi, połamanymi kłami. Każde z nich wydawało z siebie dźwięk jak przeciągłe chrumknięcie zmieszane z jękiem potępionej duszy. Ich palce zakończone były zakrzywionymi pazurami, którymi drapały ziemię, zostawiając głębokie rowy.
Były ich dziesiątki. Setki. Otaczały go powoli, nie spiesząc się, jakby smakowały chwilę.
Vaelrik nie ruszył się.
Nie wpadł w panikę.
Nie cofnął się.
Zamiast tego, uniósł dłoń, a na jego palcach zapłonęły ciemne runy, które pojawiły się jakby same z siebie. Czuł magię. Była tu z nim. W tym miejscu, z dala od świata ludzi, jego moc nie była stłumiona... była czysta. Dzika. Starsza niż czas.
Vaelrik: cicho, do siebie, z lekkim uśmiechem
„Myśleliście, że mnie zamknęliście. Że to koniec...”
W jego oczach pojawił się blask. Nie strachu. Nie szaleństwa. Tylko świadomości.
Vaelrik:
„To dopiero początek.”
Istoty przystanęły w kręgu, metr od niego, jakby go badały, jakby... coś w nim rozpoznały. Nie rzuciły się. Nie zaatakowały. Otaczały go, czekając.
Cień przetoczył się po jego twarzy, a jego sylwetka na tle piekielnego krajobrazu wydawała się teraz... większa.
I wtedy wszystko zamarło. Czas, dźwięk, ruch.
Ostatnie ujęcie:
Krąg demonów-pomiotów wokół Vaelrika, a on – sam, nieruchomy, z płonącymi oczami i rozświetlonymi runami na dłoniach.
W tle – jęk piekielnego wiatru i cisza przed czymś, co nieuniknione.
Napisz komentarz
Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania