Jeszcze nie wiem co z tego wyjdzie [ Bez tytułu ]

Prolog

Czy ja wiem? Czy nie ma tu nic do roboty. Codziennie srogi upał. Pomaga jedynie wchodzenie do słonego lecz przynoszącego ulgę morza adriatyckiego.

.

Południa polegały głownie na sjeście, mimo że to Chorwacja to każdy stosował tę zasadę. No prawie zawsze bo z balkonu położonego wyżej niż plaża tuż wśród skał, zieleni i nieznośnie głośnych cykad można było dostrzec rodzinę Polaków niezmienne męczących plażowy piasek od godziny siódmej.

I

Zbyszek a w zasadzie Zbigniew o agresywnie brzmiącym nazwisku Hajduk co roku jeździł z rodzicami ponad jedenaście godzin na Chorwacje, jak typowa klasa średnio-wysoka, jeśli tak można to określić. Matka, głowa pielęgniarek w jednym z szarych Krakowskich szpitali nie zarabia najwięcej ale też nie najgorzej. Ojciec elektryk też. Jeździł po całym Krakowie i montował ludziom takie pudełka z dostępem do kanałów w telewizyjnych a tym bliższym naprawiał radia. Widać było że jest z lekka zawiedziony synem który nie jest zainteresowany jego pracą. Było to najbardziej widoczne przy wybieraniu liceum. O wielki profil humanistyczny, co to w sumie znaczy? Oboje mieli jakiś wewnętrzny konflikt między sobą który można by było nazwać kontaktem, nie rozwinęli go na tyle żeby rozmawiać swobodnie, ale przynajmniej kłótnie zdarzały się rzadko. Nie można powiedzieć że częściej niż z matką.

.

Chorwacja co roku to jest klasyk nie myśleli nigdy żeby zatrzymać się kiedyś gdziekolwiek indziej mimo że mijaliśmy wiele innych ciekawych miejsc. Zazwyczaj jeździli w trójkę bo rodzice cenili sobie spokój, no właśnie chwilę ciszy, jednak siedemnastoletni Zbyszek pomimo raczej spokojnego charakteru nudził się. Ileż można wchodzić i wychodzić z wody, leżeć oglądać chorwacką telewizje i czytać. Dni raczej miały określony schemat dla całej trójki. Poranne śniadanie, kawa, papieros i przygotowanie do wyjścia na plażę. Powolne dojście do nie. Młody Hajduk nosił rodzicom fotele bo przecież był najmłodszy, to do czegoś zobowiązuje, chyba?

Mimo, że wydawało mu się że widzi tę samą od dziesiątego roku życia, bo już wtedy jeździli w swoją ulubioną destynacje. Jednak, po czasie przechadzanie się widział różnicę wśród poniszczonych murków, kamieni, krzewów z owocami. Widział nawet różny rozkład cieni, które dawały rośliny, brutalnie wrastające w ów płot wokół domku tubylców. Zawsze było mi wstyd za każdym razem gdy przechodziliśmy obok jakiegokolwiek owocowego krzewu, bądź drzewka olejnego. Matka musiała porozmawiać z właścicielem, chociaż to za dużo powiedziane. W tym momencie zawsze albo i przypadkowo przechodził tą samą drogą kot, on też najwyraźniej miał swój schemat. Średniej wielkości, biały z brudnymi łapami i brzuchem zawsze ratował Zbyszka. To tak jakby dawał mu wgłaskiwać wstyd, jakkolwiek abstrakcyjnie to brzmi. Jakby jego duża czarna plama na połowie pyszczka miała moc jego wchłaniania i pewnie tak było, bo za każdym razem gdy mama kończyła rozmawiać? Machać albo mówić wolniej, ten uciekał ale tak żeby dać Hajdukowi do zrozumienia że będzie tam jutro o tej samej porze, jak i po jutrze. Chodzili przez lasek który codziennie kontrastował zapachem grilla, nawet o dziesiątej rano jak i olejkami iglastych odrzutków. Zawsze szukali miejsca gdzieś pomiędzy. Pomiędzy skałą a ludźmi i szybkim dojściem do morza, tak żeby zostało zaledwie parę kroków. Ojciec zawsze wbijał parasol żeby schować się przed palącym słońcem, zajmowało mu to krócej niż poprawne ułożenie ręcznika i maty do leżenia tak aby mamie się to podobało, bo przecież zawsze znajdzie się jakaś gałązka pod głową lub grubszy piasek, który jej przeszkadza cokolwiek by to znaczyło. Byłem do tego przyzwyczajony, jednak nadal to sprawiało że miałem ochotę iść do morza i nie wrócić. Czy to dziwne?

.

Myślałem, że jestem geniuszem za każdym razem puszczałem rodziców przede mną do morza by wykraść im co najmniej trzy papierosy. Pomysł był przebiegły ale jakże niezwykle prosty. Zabrać z paczki mamy dwie bo pali o wiele więcej od ojca, jak krakowski smok i zawsze się dziwi że jej brakuje i jednego od ojca bo chyba się domyślał, jednak przy mamie udawał głupiego a sam jak się odwróciła to się śmiał. W sumie od zawsze, właśnie tak wyglądała nasza relacja. Ileż można się kąpać, mimo tego zdania i tak zawsze wchodził do wody, potrafił się w niej zrelaksować, oczywiście ze skutkiem szczypiących ocz, jednak dało się do tego przyzwyczaić przez ten miesiąc. Turkusowa woda i skały w kolorze kremowym potrafił idealnie kontrastować z czarnym, a może brązowym kulkami z igłami w wodzie których się bał pomimo że ich nie rozumiał. Słyszał wiele historii ale chroniące buty do pływania wydawały mu się wstydliwe, po co ma pakować stopę w przeźroczystym bucie jak może być goła, przecież i tak dotknie wody.

.

Po sesji pływania, unoszenia się na wodzie i przecierania oczu był czas na już i tak spóźnionego porannego papierosa. Proponował że pójdzie do sklepu na górce żeby uzupełnić zapasy wody. Ojciec jak zawsze wiedział o co chodzi, dając mu trochę dinarów chorwackich. Idąc pod górę mijał przyczepy zazwyczaj Polaków jednak nigdy po sobie nie chciał dawać znać że jest z tego samego kraju. Długie kręcone ciemne brązowe włosy, włochate ręce, ciemniejsza karnacja i mniej więcej przeciętny wzrost, sto siedemdziesiąt pięć centymetrów tak sobie przynajmniej wmawiał i tak było. Pomagały mu się wtopić w tubylców. Nie zliczy ile razy przez pobyt tam zaczęto do niego mówić po chorwacku a kończono na łamanym polsko angielskim. Jedyne co mogło go zdradzić to lekki wąs i zadarty nos, jednak ku zdziwieniu nikt nie zwracał na to uwagi. Słońce jak zwykle prażyło a zaczerwienione plecy powoli zaczęły się zamieniać w brąz. Co jakiś czas w drodze zamieniał położenie płóciennej torby, a to na lewy bark a to na prawy a czasami do ręki żeby nie odbić sobie paska na plecach o tak już zjaranych. Drogę znal już na pamięć, iść cały czas do góry i przy domku z wystającym krzewem i białymi ścianami skręcić w lewo do marketu. Tam zazwyczaj zachwycał się pierwszym tym dniu dymem papierosa, dziś jednak nie wziął zapalniczki, musiał wykorzystać dobroć ojca i kupić nową. Siadał na murku prywatnej drogi. Przesmyk łączył ziemie i trawę z brutalnie nachodzącym na nią betonem. Nie ważne ile razy tędy przechodził zawsze podobał mu się tutejszy kontrast budownictwa Chorwackiego. Drzewko olejne dawało mu na tyle cienia że nogi zawsze wystawały na słońce ale uczucie lekkiego chłodu u góry i parności na dole były idealne. Zachwycając się papierosem spostrzegł auto, nigdy takiego nie widział przez te jedenaście godzin trasy do celu. Stało na wjeździe szarego takiego paskudnego i zaniedbanego domku ale jednak urokliwego. Ogromny ogród i bugenwillą wrastającą w zaniedbany murek. Samochód jakby nie z jego czasów nie dawał mu spokoju, z tyłu kąt niemal dziewięćdziesięciu stopni a przód wypłaszczony. Zdziwiła go rejestracja, nadal paląc lecz w szoku kaszląc podszedł bliżej i rozpoznał pierwsze litery miejscowości włoskiej o której już wcześniej słyszał w jednych z jego książek. No bo kto z Włoch przyjeżdżał by do Chorwacji, wydawało mu się to bez sensu. W odbiciu przedniej szyby zobaczył otwarte drzwi balkonowe a sama budowla była podtrzymywana przez wściekle żółte filary które mimo ostrości wpasowywały się w szarość domu. Jednym okiem spostrzegł ciemne, opalone plecy dziewczyny nieznajomej, chcąc zobaczyć więcej zbliżył się do ogrodzenia jeszcze bardziej i oświeciły go brązowe ciemne długie włosy sięgające aż do końca łopatek takiego samego koloru jak jego. Stał wmurowany jakby zapomniał o dopalającym się papierosie. Jedyne co w tym momencie usłyszał to był donośny głos jej imienia nie wie czy dobrze usłyszał ale zapadło mu w pamięć dźwięczność imienia Salomea.

Średnia ocena: 3.3  Głosów: 3

Zaloguj się, aby ocenić

    Napisz komentarz

    Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania