Język faktów

Częściej, niż realnie głębszych odpowiedzi, człowiek poszukuje wrażeń, stymulacji, doznań. Materia zastępuje odpowiedź, wypiera bezbronny system, zdany wyłącznie na siebie. Wypiera system beztroski, zależność od innych. Wypiera rozmach, sumienie, gęstość myśli, które przylatują chmarami, jak muszki do nadgnitego owocu. Sprawdzam kieszeń: portfel, szlugi, ogień. Niewiele mi trzeba. Na pewno nie odpowiedzi, bo każde pytanie to wyłącznie pretekst do tego, by o czymś zapomnieć lub powspominać. Myślę nawet, że człowiek jest poruszaniem albo wynurza się ze wstydu lub lęku, spogląda w podniety. Jestem fizyczny, nie szukam uniesień, już i tak dość musiałem unieść na barkach.

 

Życie to nie sztuka wyborów, a wybiórczość doświadczeń. Byle najmniej wyparcia. Cały ten egzystencjalizm to sika odśrodkowa, która płynie kośćmi i poszukuje ujścia, a jeśli go nie znajduje, trzeba rozbić tkanki na myśli, jakoś trzymać się, chociaż nie wiadomo czego, ani po co. A ja? Nawet nie wierzę w wolność, co najwyżej spontaniczność, swobodę, ograniczoną ilość przeżyć, którą generuję, gdy myślę o tym, że nie jestem wcale żywy, a wyłącznie osadzony w ramach życia.

 

A kiedy mam już siebie dość i mam ochotę zabić albo chociaż zniszczyć, upokorzyć, nie szukam odpowiedzi, a potwierdzenia, dopowiedzeń, dowodów na to kim jestem, gdy się czuję. To są te myśli, z których nie umiem znaleźć wyjścia. Nie chce mi się ruchać. Jestem nijaki i słaby, ciało szuka ucieczki, poczuć wstyd, poczuć odrzucenie, niechęć, nienawiść, złość, agresję, zażenowanie, zakłopotanie. Uczę się to nazywać, pragnienia, których nie chcę, ale są silniejsze ode mnie. Chcę tylko kolejnego dowodu. Czasem staje się impotentem, lęk wygrywa, a nie umiem nazwać, czego się boję lub czego nie chcę. A to, czego nie chcę staje się tym, czego chcę, a czego chcę, tym, czego nie chcę. Stoję na linii frontu pomiędzy sam nie wiem czym a ciałem. Pomiędzy językiem a ciałem. Pomiędzy myślą, a przeświadczeniem, pomiędzy wszystkim, wepchnięty w ten hałas, próbuję krzyczeć, ale to nawet nie są rozkazy, nie są wołania, nie są modlitwy. Na końcu słyszę tylko, że chciałbym umrzeć, nigdy się nie narodzić. Albo zrzucić ciało albo zrzucić myśli, bo już rzygam na estetykę, a zwracam uwagę na każdy zapach i niuans. Nie umiem przestać, skończyć ani zacząć. Nic już nie umiem. Nie umiem wydostać się z poczucia wstydu, któremu nadałem własne imię. Nie wierzę już w zmiany, wierzę, że po prostu kiedyś będę sobą do końca, jakoś się określe, podejmę decyzję, wybiorę stronę, opowiem się za czymś, a nie tylko o czymś, co i tak się nie wydarzy. I może faktycznie chodzi o więzi, których nie miałem. A może miałem, ale nie tak, jakbym to sobie pomyślał. Dużo bym dał, żeby usłyszeć, dlaczego tak bardzo się boję. A teraz nawet nie wiem, czy to jest lęk, czy potrzeba, której nie umiem nazwać, a przez to nie dość, że obca, to staję się coraz bardziej nagląca.

Średnia ocena: 0.0  Głosów: 0

Zaloguj się, aby ocenić

    Napisz komentarz

    Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania