Julio Cortazar, czyli gra ze stereotypami

Julio Cortazar, więzień przykuty do snów, skazaniec na właściwe słowa, prozatorski wirtuoz, poeta, eseista, teoretyk i praktyk nowej formy pisania, awangardzista, eksperymentator i gladiator myśli, odrealniony sztukmistrz trudniący się odśnieżaniem piasku na wodzie, to literat hermetyczny dla jednych, a dla innych - kulturalny dywersant. Pomawiany o uprawianie językowych czarów, o stosowanie fabularnych egzorcyzmów i pokątne konszachty z diabłem, miał samoswoje, a jak się potwierdza - prorocze spojrzenie na rolę czytelnika.

Mawia się o jego bohaterach: niepoprawni idealiści, zdecydowani naiwniacy, zawzięci marzyciele. Idealiści, ponieważ chcą zmieniać świat, nie znając jego celu i sensu.

Marzyciele, gdyż wstępują w życie grubo po trzecim dzwonku, a odchodzą z niego w połowie przedstawienia. Nie wiedząc, czy byli na komedii, czy brali udział w dramacie. Nie wiedząc, a jednak zachowując się, jakby znali całość spektaklu.

W swoich utworach prezentował pogląd, że czytelnik powinien być aktywnym partnerem autora. Uczestnikiem wędrówek szlakami wyobraźni. Razem z pisarzem współtworzyć ma utwór. Dlatego w Grze w klasy zaproponował odbiorcy swobodny wybór kolejności czytania jego poszczególnych fragmentów.

Książkę można więc czytać w sposób tradycyjny, od początku do końca, albo według własnego uznania. Lub - zgodnie z kolejnością rozdziałów zaleconą przez autora. Lub – losowo. Tak skonstruowana powieść odkrywa przed adresatem kolejne poziomy jej interpretacji i za każdym razem budzi nowe refleksje.

Barwny, muzyczny, oryginalny i mało książkowy styl, jest nie do naśladowania; łamie poprawnościowe konwencje. Wcześniej niespotykany, odróżnialny na tle jakichkolwiek twórców, w zgrzebnych czasach lat sześćdziesiątych i siedemdziesiątych, był z tych powodów tak u nas popularny.

Sztuka nie jest dla niego kopią rzeczywistości. Ma pobudzać myśl odbiorcy, a nie zasklepiać się w ograniczeniach do ilustrowania otaczającego świata. Ma go przetwarzać, a nie odtwarzać. Do odtwarzania wystarczy magnetofon, zdjęcie powierzchni zdarzenia. Fabularne confetti. Do przetwarzania konieczna jest pamięć równoległa, rentgenowskie zdjęcie wirujących uczuć.

W jego utworach nie ma ludzi bez nawyku tłumaczenia się ze swojej egzystencji; każdy przed każdym udaje innego, niż jest. Każdy chce być niepowtarzalny, sam jak palec zanurzony w rzekach wzajemnego niezrozumienia.

W cortazarowskim świecie wszyscy walczą ze sobą o zachowanie własnej tożsamości. O tożsamość niejednokrotnie utraconą. Streszcza się w niej nierozwiązywalny dylemat. Zaczyna się żmudny proces zdzierania oficjalnych grymasów. Rozdrapywania ran. Dążenia tropem przeżyć nie do odzyskania.

Ale choć przeżycia są dla jednych bohaterów oczywistościami, drugim - obserwatorom z zewnątrz - wydają się podejrzane, wątpliwe, nieautentyczne. Stąd u Cortazara toczą się nieustanne boje na słowa. Pojedynki antagonistów. Starcia przypominające akademickie dyskusje o niczym. Jałowe i nieudolne spory pseudointelektualistów próbujących określić się w rzeczywistości, zinterpretować otaczający świat i znaleźć w nim swoje miejsce.

A ponieważ wszyscy są reprezentantami własnych światów, nie ma między nimi całkowitego porozumienia. Jest zaledwie fragmentaryczne, poszatkowane na wycinki i wyrywkowe segmenty – zdarzenie opowiedziane aluzyjnie; nie w pełni i nie wprost.

Tak jest w Jego najlepszej powieści, zdumiewającej śmiałością rozwiązań w warstwie językowej, Grze w klasy. Np. Horacio Oliveira, np. Traveler, np. Maga, np. Talita: krążąc wokół siebie, spotykają się w rzeczywistości innej niż ta, która jest ich udziałem. Są razem, ale są w ciągłym konflikcie. Żyją wspólnie, ale żyją na dwóch biegunach: tylko w zaciszu głów opisywanych postaci.

W tej eremii tolerują swoją obecność, lecz choć są do siebie podobni, nie potrafią się zaakceptować. A że podobieństwo nie wyklucza różnic, Maga i Horacio, para z Francji lub duet przyjaciół z Argentyny, Horacio i Traveler, postaci te trwają wobec siebie w nieustannym klinczu: na pograniczu rozstania.

*

Powieść składa się z trzech części: Z tamtej strony przedstawia epizody paryskich losów bohatera, czterdziestoletniego Horacia Oliveiry prowadzącego swobodne, pozbawione dyscypliny życie w środowisku paryskiej bohemy.

Z tej strony mówi, o jego przygodach po powrocie do Argentyny.

Z różnych stron jest zbiorem tekstów, które, wedle autora, można w lekturze pominąć, Ale, czytając je w określonej kolejności i przy zastosowaniu specjalnego klucza, podanego na wstępie powieści, uzyskuje się dodatkowe informacje o wydarzeniach.

Niezwykła struktura utworu, szaleństwo konstrukcji, wzmagają się w miarę lektury. Narastają jak psychiczne rozchwianie głównego bohatera, Horatia. Nie ufając żadnym teoriom czy prawdom, grzęźnie w irracjonalnych spazmach. Sparaliżowany bezsiłą swoich duchowych rozterek, pozbawiony woli działania i władzy samodzielnego sądzenia, nie zgadza się na rzeczywistość widzialną: Niemożliwe — powiada — żeby to było naprawdę, żebym ja był kimś, kto się nazywa Horatio.

Podważając oczywistość rzeczywistości, szuka jej głębszego sensu. Dochodzi do granicy obłędu. Ale wierzy, że jest coś więcej niż widzi, że istnieje jakiś inny świat; może jest lustrem, a może sobowtórem.

Mieszkający w Paryżu, samotnik na własne życzenie, obcy gdzie bądź, na stałe przebywa w sali pełnej krzywych luster. Zabłąkany wśród metafizycznych rzek i pustych miejsc, kibic prawdziwego życia, dezerter z własnej Ojczyzny (Sfrancuziały Argentyńczyk, jak mówi o nim jeden z bohaterów powieści), przewrażliwiony poszukiwacz uzasadnień dla swoich filozoficznych rewolt, jeden z wielu cudzoziemców we własnym kraju, porusza się po Paryżu, jak po marzeniach o Buenos Aires.

Horacio Oliveira, o którym drugi z bohaterów powieści mówi: [...] specjalizował się w zaprzepaszczonych sprawach. Najpierw zaprzepaścić coś, a potem uganiać się za tym jak wariat, przybysz z kraju yerby i mate, znajduje w Paryżu drugą połowę poszukującego siebie, Luisę - Magę, wróżkę, niedostępną i niepoznawalną, uosobienie miłości: kobietę idącą w zamyśleniu przez bezmyślny świat.

Spotyka Magę, wizjonerkę światów ukazujących się jej pomiędzy tym, co dostrzegalne, a tym, co skąpane w rojeniach i niebieskich obłokach, kobietę, która nie tyle idzie przez świat, co w nim tańczy niby jak welon utkany z powietrza.

Pisarz odsłania przed czytelnikiem kolejne warstwy tej samej fizjonomii bohatera. Prowadzi z nim nieustanną grę, demaskatorską zabawę w zdzieranie kolejnych masek.

Przed okiem odbiorcy przetaczają się obrazy twarzy. Twarzy odsłanianych sukcesywnie. Twarzy zapadających w pamięć adresatów. Przymocowanych do czytelniczej świadomości potęgą jego pióra.

Nie pisze utworów nieważnych; zadaje trudne pytania. Na przykład: czy brak rytuału nie jest też rytuałem? Od kiedy falsyfikaty są wiarygodniejsze od prototypów?

Bohaterzy tej niecodziennej prozy, są w naszym poharatanym świecie wiecznymi gimnazjalistami dojrzewania; są zawsze i ciągle od nowa zaskakiwani własną niewiedzą. Stale i ciągle tak samo błądzą jak ćmy w stronę ognia. Non stop i uparcie, zadając pytania bez odpowiedzi o to, dokąd i dlaczego toczy się ich życie.

Zawsze i od nowa znajdują się w trakcie realizacji scenariusza przypadkowego reżysera i okazjonalnych aktorów.

Choć wydaje się im, że pełnią w życiu ważną rolę, w rzeczywistości są tylko statystami, znakami czasu i jego symbolami, odgrywają w nim epizody i są do zastąpienia.

*

Teatralne robinsonady masek, ich przeobrażenia w nowe, są treścią jego twórczości. Przypominają nieprzerwane wkraczanie do gabinetu wypełnionego zjawami o tysiącu sprzecznych intencji; mówią o niemożliwości międzyludzkiego porozumienia.

Do czego prowadzi nadmierna opieka, widzimy w opowiadaniu "Zdrowie chorych". Autor zastanawia się nad skutkami reżyserii cudzego życia, nad granicami ingerencji w nie, nad strefą jego intymności, nad tym, do jakiego miejsca możemy je modyfikować i czy ślepa, zaborcza, a więc infantylna miłość, jest wytłumaczeniem retuszowania rzeczywistości.

Bohaterzy, rodzina, omotani siecią niepowodzeń, tworzą zwarty i szczelny mur chroniący najsłabszego z nich, Matkę, przed wiadomością o śmierci jej syna. Mur strzegący przed wiadomością, która mogłaby ją zabić.

Matka rodu wywiera na nich ciągłą i perfidnie zamierzoną presję. To prawie dobrotliwa kura domowa, uczuciowa terrorystka. To emocjonalna szantażystka: zajęta sobą i swoim demonstracyjnym cierpieniem, parząca ziółka na ciśnienie, fundująca sobie i całej rodzinie istne zestawy dodatkowych utrapień, pochłonięta była ceremoniałem dyrygowania przewrażliwionymi poczynaniami rodziny, zaabsorbowana była skrupulatnym baczeniem na nią i zwracaniem jej trwożliwej uwagi na swoje nowe zadry w nosie.

Frasunek o utrzymanie prowizorycznego spokoju w domowym rumowisku, o zachowanie ładu we własnych sumieniach, zmusza ich do intryganckiego wysiłku, do wyzywania losu na udeptaną ziemię, do demonstrowania, udawania czułości, roztaczania opieki, troskliwości drapieżnej wobec bliźnich, a zgodnej z ich intencjami: skłania ich do postępowania namaszczonego tradycyjnym obyczajem, obyczajem mówiącym o celach uświęconych przez środki.

Przyzwyczajeni do lawirowania obok istotnych spraw, do unikania kłopotliwej prawdy, tańczą na linie z “litościwej komedii” , a gimnastyka wśród pozorów, przychodzi im bez trudu. Aczkolwiek przychodzi na krótko, bo gdy zaprzęgają do swoich spisków osobę ledwie związaną z tragedią, narzeczoną nieboszczyka - nieubłagany czas sprawia im psikusa: okazuje się mianowicie, że tak misternie, cienkim nićmi szyte kombinacje, już dawno temu zostały odkryte przez Mamę i już dawno mogli jej wyjawić to, o czym wiedziała od samego początku, o tym mianowicie, że jej syn kopnął w kalendarz .

*

W ostatnim zdaniu opowiadania "Wszyscy kochamy Glendę", Cortazar stwierdza: “nie można zostać zdjętym z krzyża i zachować życie”. Dlatego tytułowa postać, filmowa aktorka, musi umrzeć, bo jej sztuczny, wyidealizowany portret, nie pasuje do przyjętych reguł fikcji; jest niezgodny z ideałem.

Tak też jest w opowiadaniu "Instrukcje dla Johna Howella". Pisarz sprowadza całą rzecz do absurdu: mówi, że uwolnienie się spod presji podjętej gry w udawanie, są to mrzonki, że od szaroburej egzystencji nie ma ułaskawienia.

Suplement

Zofia Chądzyńska, kongenialna tłumaczka jego utworów, powiedziała, że cotazarowski język pisania jest dożylny. Rzeczywiście, proza ta zawiera w sobie coś z iniekcji słowem: szybkie przenikanie do wewnątrz literackiego krwioobiegu, skuteczną kurację i radykalne zmienianie czytelniczej duszy.

Zasłużona popularność autora przybierała niekiedy groteskową formę. W Polsce lat siedemdziesiątych. w rzodkiewkowym państewku, powstawały grupy fanatyków tego rodzaju pisania, myślenia i życia. Były to jednak grupy specyficzne: zachowywały się samolubnie i zazdrośnie. Pilnie strzegły autora i jego książki przed łapczywym okiem pozostałych czytelników; miały Cortazara za własnego barda. Herolda tylko im obwieszczającego prawdę: dzieliły się zawartością jego książek, lecz dzieliły tylko z wybranymi. Wtajemniczonymi.

W przedmowie do jednej z książek Cortazara, Pani Zofia pisała: „cytowało się go, mówiło nim, ludzie pisali do siebie listy przepisując niektóre partie Gry w klasy”.

Średnia ocena: 3.4  Głosów: 5

Zaloguj się, aby ocenić

Komentarze (1)

  • Freya 4 miesiące temu
    Miałem swoją pogodną przygodę z literaturą tzw. iberoamerykańską... Marquez, Liosa, ale jakoś zaniknęła w starciu z rzeczywistością itp.😂
    Niemniej mam szacun i nie bez powodu są nominacje oraz nagrody Nobla – bez dynamitu 😎 pozdro

Napisz komentarz

Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania