Jutro droga Starka

Siedzę sobie na taborze pod Mokiem. Czekam na Sandrę, ma się pojawić w weekend. Sandra to partnerka Rycha P. – mojego instruktora. Jestem kursantem. Zdobywam szlify taternickie i przygotowuję się do egzaminu w Betlejemce – Centralnej Szkole Polskiego Związku Alpinistycznego. Umówiłem się z Ryśkiem, że mam się tutaj spotkać z Sandrą i trochę połoić. Przydam się jej do przygotowania pod pierwsze kobiece przejście wariantów klasycznych na Kazalnicy. Jest 14 lipca 1996 roku. Ciepłe lato, które praktycznie całe spędzę w Tatrach. W międzyczasie, nim pojawi się Sandra, powspinam się z Kazkiem – instruktorem i ratownikiem z KW w Krakowie. Ja, kursant będę partnerować prawdziwemu wspinaczowi. Rozpiera mnie duma i jednocześnie obawa. Rychu stwierdził, że będę się nudzić z nimi, innymi kursantami na Pięciu Stawach i pojadę do Moka zrobić coś trudniejszego. Jestem tutaj już od kilku dni, po aklimatyzacji robiliśmy drogi na Mnichu i Zadnim Mnichu. A jutro droga Starka na czołówce MSW.

Czwarta rano pobudka. Gotowy czekam na Kazka. Wychodzimy jednak późno. Dopiero o 5:30 mijamy schronisko i wchodzimy w ciszę i spokój doliny. Nadal nie ma jeszcze na szlaku turystów. Tafla stawu lśni nieruchomo czekając na pierwszy podmuch wiatru. Idziemy wzdłuż jego brzegu, mijamy szlak na znajdującą się powyżej kotlinę Czarnego Stawu i ruszamy wprost na piargi pod Mięguszem.

Czołówka Mięgusza to nieformalna nazwa północno-wschodniej ściany wznoszącej się na wysokość 300 metrów pierwszej turni Mięguszowieckiego Szczytu Wyżniego. Ściana opada w stronę Morskiego Oka i jest doskonale widoczna z werandy schroniska. Po drodze Kazek opowiada o akcjach ratowniczych w tym rejonie. Co jakiś czas jego krótkofalówka odzywa się trzeszczącym głosem. Przechodząc przez piargi żartuje, że skupienie uwagi podczas przechodzenia tego rumowiska powinno być podwójne. Jedno z racji luźno leżących głazów, po których trzeba się poruszać. Drugie z powodu znalezisk, jakie można tutaj odkryć w okresie letnim. Ten gigantyczny piarg tworzy się ze spadających skał i kamieni obficie sypanych przez Maszynkę do mięsa – wielki i szeroki żleb spadający z drugiej turni Mięgusza. To co ginie w ścianie jesienią, wiosną można znaleźć w piargach. Zdarza się, że i ludzi.

Wiążemy się pod ścianą. Nad nami łatwe trawki i górujące nad nimi Czarne i Szare Zacięcie. Rozpoczynamy wariantem Muskata i drogą Łozińskiego aż nad Szarym Zacięciem wchodzimy w drogę Starka. Pięć czy sześć wyciągów za nami. Połowa drogi. Wspinamy się szybko. Granit jest miejscami wygrzany przez poranne słońce. Jest odrobinę inny niż w dolinie Pięciu Stawów. Bloki skalne zwieszają się pod kątem w dół nie dając rękom wygodnych chwytów. Ale tarcie. Tarcie i przyczepność granitowych kwarców jest niesamowita. Prowadzimy na zmianę. Szybko mijają godziny. Droga wymagająca, trudna, ale nie mam z nią problemów. Po 3 godzinach wspinaczki znajdujemy się o dwa wyciągi od

wielkiego trawnika na czołówce, który jest zwieńczeniem pierwszej turni. Tam skończymy. Asekurując na przedostatnim wyciągu, cieszę się wysokością, widokiem i przestrzenią. Słońce uciekło już na południową stronę – stoję na półce w cieniu. To chwile, które spędza się tylko ze swoimi myślami. Partner wspina się gdzieś powyżej. Już po pierwszych metrach znika za pionowo wywieszonymi blokami. Tylko ruch liny asekuracyjnej mówi mi, że Kazek się wspina. Porozumiewamy się krzykiem bądź częściej szarpnięciami liną. Trzy razy

– stop, jestem na stanowisku i kolejne trzy możesz iść - asekuruję. Tym razem Kazek utknął na dłużej. Lina asekuracyjna już od kilku długich minut nie przesuwa się. Zastanawiam się, co się mogło stać. Lina łącząca nas jest jedyną rzeczą oddzielająca nas przepaści. Moje życie zależy od jego decyzji i zachowania a jego od moich. W takich sytuacjach zawiązuje się zaufanie do drugiej osoby. Pozostaje mi cierpliwie czekać. W cieniu zaczyna być chłodno. Mijają minuty. W końcu szarpnięcie – jest na stanowisku – i po chwili następne szarpnięcie. Powoli, ale z radością zaczynam się wspinać. Ruch rozgrzewa. Już po chwili przestaję

myśleć, że było mi chłodno. Docieram do Kazka i na półce widzę jeszcze dwie osoby. Skuleni siedzą w załomach półki dwaj wspinacze. Nim zdążyłem zapytać, Kazek komenderuje. Był wypadek. Prowadzący z zespołu, który był przed nami odpadł i trochę się poobijał. Kazek bierze go ze sobą. Ja asekuruję drugiego. TOPR już powiadomiony, trzeba zjechać z nimi do podstawy ściany. Żeby to zrobić musimy dokończyć ten jeden wyciąg i wejść na trawnik. Stamtąd trawersujemy do stanowisk zjazdowych. Ja zamykam. Mam zająć się osobą, która jest mniej poszkodowana. Chłopak jest tak wystraszony, że nie potrafi

przywiązać się do liny. Robimy windę i po kolei wciągamy ich na górę. Wchodzę ostatni. Teraz trawers i szukamy stanowiska zjazdowego. Trudno się zorientować w gęstwinie nisko płożącej się kosodrzewiny. Zaznacza się tylko pozorna krawędź przewinięcia ściany. Nie sposób za nią zajrzeć nie narażając się na osunięcie ze ściany. Kazek zjeżdża kawałek, sprawdza drogę. Podchodzi ponownie i podpina jednego ze wspinaczy pod własną uprząż. W ten sposób ma nad nim pełną kontrolę. Chłopak nie jest w stanie utrzymać niczego w rękach. Nadal jest oszołomiony. Razem szybko zjeżdżają. Docierają do stanowiska, słychać okrzyk „

– na – olna”. Luz na linie też o tym świadczy. Pytam drugiego, czy da radę sam zjechać. Trochę mu już przeszło – da radę. Zakładam mu auto asekurację, sprawdzam przyrząd zjazdowy. Schodzi, w końcu znika za krawędzią. Czekam. Przed nami pięć długich zjazdów. I pół godziny marszu nim będziemy na bezpiecznym szlaku. Przychodzi refleksja jak szybko radość ze wspinania zamieniła się w ukrywane przerażenie. Refleksja, że jestem w miejscu, w którym każdy ruch musi być przemyślany i świadomy. Maksymalnie pozbawiony ryzyka.

Pod podstawą spotykamy się z ratownikami. Pakują pierwszego z uratowanych wspinaczy w tobogan i szybko schodzą do schroniska. Jeden z ratowników powoli schodzi z drugim. A my. Uścisk dłoni. Kazek dziękuje mi za pomoc. Ja mu za drogę. Wracamy powoli na taborowisko.

 

Andrzej Wilczkowski - Miejsce przy stole.

"W naszym sporcie nie trzeba [...] szukać ekstremów. Nawet w na pozór niewiele znaczących drobiazgach każdy nasz ruch jest wymierny w wartościach etycznych. Jeśli nie wkładasz na swój własny łeb kasku, narażasz jednocześnie towarzysza - kiedy bowiem oberwiesz kamieniem, a on cię nie będzie chciał opuścić, może zginąć wraz z tobą. Nie wiążąc się linią w mniemaniu, że tobie w tym miejscu asekuracja jest niepotrzebna, zwiększasz niebezpieczeństwo nie tylko dla siebie.

[...] I tu dochodzimy do sedna sprawy.

Podstawowym kanonem etyki taternickiej jest stosunek towarzysza na wspinaczce, przyjaciela będącego w potrzebie, a ogólniej - poczucie przynależności do grupy. Tak więc [...] źródeł etyki [...] szukać będę w sformułowanym przez Zaruskiego tekście przyrzeczenia, składanego przez wstępujących do Tatrzańskiego Ochotniczego Pogotowia Ratunkowego: "Dobrowolnie przyrzekam pod słowem honoru, że póki zdrów jestem, na każde wezwanie Naczelnika lub jego Zastępcy - bez względu na porę roku, dnia i stan pogody - stawię się w oznaczonym miejscu i godzinie odpowiednio na wyprawę zaopatrzony w celu poszukiwań zaginionego i niesienia mu pomocy. Obowiązki swe będę pełnił sumiennie i gorliwie, pamiętając, że od mego postępowania zależnym być może życie ludzkie..."

Średnia ocena: 0.0  Głosów: 0

Zaloguj się, aby ocenić

    Napisz komentarz

    Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania