Kameleon i podziemia.
Marek i Wiktor stali przed wejściem do podziemi PAST-y, ale to nie był zwykły schron. To był relikt przeszłości, który „Kameleon” zamienił w swoje prywatne centrum dowodzenia. Gdy zeszli niżej, echo ich kroków odbijało się od wilgotnych, betonowych ścian, a zapach ozonu z pracujących maszyn stawał się coraz silniejszy.
TAJEMNICA PODZIEMI: OPERACJA „ECHO”
W najgłębszej części piwnic, za ciężkimi, stalowymi drzwiami z napisem „Nieupoważnionym wstęp wzbroniony”, znajdowało się serce spisku. Ściany były wyłożone tysiącami miedzianych kabli, które schodziły się w jednym miejscu – przy potężnym, czarnym pulpicie, który wyglądał jak coś wyjętego z tajnych laboratoriów NASA, a nie z realiów PRL-u.
– Tato, spójrz na te taśmy – szepnął Wiktor, wskazując na obracające się powoli szpule magnetofonów. – Oni nie tylko podsłuchują. Oni to wszystko katalogują. Tu są nagrania z hoteli, z ambasad, nawet z konfesjonałów.
Marek podszedł do głównego biurka. Leżała tam teczka z napisem „KAMELEON – STATUS: CZARNY”. Otworzył ją i poczuł, jak krew odpływa mu z twarzy.
– „Kameleon” to nie jest jedna osoba, Wiktor – mruknął Marek, przeglądając zdjęcia. – To kryptonim programu. Sophie Schmidt była częścią tego projektu. Mieli stworzyć „człowieka-cień”, agenta bez tożsamości, który mógłby zastąpić każdego urzędnika, każdego oficera. Sophie uciekła, bo odkryła, że pierwszym celem na liście do „zastąpienia” był... premier.
KAMELEON WYCHODZI Z CIENIA
Nagle światła w podziemiach zamigotały i zgasły. W ciemności rozległ się metaliczny dźwięk przeładowywanego pistoletu.
– Zbyt dużo czytasz, Marku. To zawsze był twój problem – głos „Kameleona” dobiegał zewsząd, odbity od betonowych sklepień. – Myślałeś, że Sophie zostawiła twoje nazwisko, bo ci ufała? Nie. Zostawiła je, bo wiedziała, że jesteś jedynym psem w tym mieście, który pójdzie tropem aż do samego końca... prosto w moją pułapkę.
Z mroku wyłoniła się postać. W słabym świetle awaryjnych lamp „Kameleon” wyglądał inaczej niż w pociągu. Miał na sobie mundur kapitan milicji – taki sam, jaki nosił Marek. Nawet blizna na policzku była identyczna.
– Widzisz? – zaśmiał się sobowtór. – Jutro rano „kapitan Marek Kowalski” zostanie znaleziony martwy przy próbie kradzieży tajnych akt. A ja? Ja wrócę do twojego domu, zjem śniadanie z twoją żoną i nikt, absolutnie nikt, nie zauważy różnicy.
OSTATNIE STARCIE
Wiktor nie czekał. Rzucił się na oślep w stronę szafy rozdzielczej, wyrywając kable garściami. Iskry sypnęły się na wszystkie strony, oświetlając podziemia jak seria błyskawic.
Marek rzucił się na swojego sobowtóra. Walka była brutalna – dwóch identycznych ludzi tłukło się po betonowej posadzce, pośród huku pękających lamp i syku zwarć elektrycznych. Nie było tu techniki, była tylko czysta, pierwotna nienawiść.
– Nie zastąpisz mnie... – wycharczał Marek, dusząc przeciwnika. – Bo ty nie masz... niczego... w środku. Jesteś tylko kopią!
W pewnym momencie Wiktor znalazł główną dźwignię zasilania awaryjnego.
– Tato, padnij!
Marek puścił „Kameleona” i przeturlał się za ciężki regał z taśmami. Wiktor szarpnął za wajchę, wywołując potężne przeciążenie. Stare kondensatory zaczęły wybuchać jeden po drugim. Ogień błyskawicznie zajął suche taśmy magnetyczne, na których zapisane były wszystkie brudy Warszawy.
„Kameleon” próbował ratować teczki, próbował gasić ogień własnym płaszczem, jakby te papiery były jego jedyną duszą. To był błąd. Płonąca konstrukcja sufitu, naruszona wybuchami, zaczęła osiadać.
UCIECZKA Z PIEKŁA
Marek chwycił syna za ramię i pociągnął go w stronę szybu windy. Gdy wydostali się na dach PAST-y, za ich plecami nastąpiła ostatnia eksplozja. Z kominów budynku buchnął czarny, gęsty dym, niosąc ze sobą popiół z tysięcy zniszczonych ludzkich żywotów.
Stali na szczycie, patrząc na budzącą się Warszawę. Syreny milicyjne wyły już na dole, ale Marek wiedział, że tym razem nikt nie przyjdzie ich aresztować. Bez akt, bez dowodów, bez „Kameleona” – spisek zapadł się pod ziemię razem z podziemiami.
– Co teraz, tato? – zapytał Wiktor, otrzepując pył z kurtki. – „Kameleon” zginął?
Marek spojrzał na dół. Widział, jak z bocznego wyjścia, niezauważony przez nikogo, wymyka się człowiek w cywilnym ubraniu. Zatrzymał się na sekundę, spojrzał w górę na dach i... poprawił kołnierz płaszcza dokładnie tak samo, jak robił to Marek.
– Nie wiem, synu – odparł Marek, zaciskając pięści. – Ale dopóki ja żyję, on zawsze będzie tylko cieniem.
Podziemia PAST-y zostały zamurowane tydzień później „ze względów technicznych”. Ale w nocnych barach, przy piosenkach Maryli Rodowicz, wciąż krąży legenda o kapitanie, który walczył ze swoim własnym odbiciem. A Marek? Marek już nigdy nie patrzy w lustro z tą samą pewnością co kiedyś.
Napisz komentarz
Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania