KANAŁ (Rozdział I - "Jesteś następny w kolejce")
Piętnasty lutego, rok dwa tysiące ósmy. Dla dwudziestojednoletniego Mikołaja Kwiecińskiego był to najzwyklejszy w świecie dzień – pobudka wcześnie rano, praca na kasie w markecie w podlaskim Olkucku i powrót do domu zatłoczonym autobusem. Choć nie pracował do późnego wieczora, bo około godziny czternastej był zastępowany przez innego pracownika, to i tak za każdym razem czuł się niezwykle wyczerpany. Może to przez te ciągłe interakcje z niekiedy upierdliwymi klientami? Sam w sumie nie wiedział. Taki irytujący tryb życia przestał mu odpowiadać. Zdał sobie z tego sprawę kilka miesięcy wcześniej i to właśnie od tamtego momentu postanowił zacząć szukać nowej posady. Chciał znaleźć spokojniejsze miejsce, w którym poziom hałasu i ilość widywanych ludzi odpowiadałyby jego osobistym preferencjom. Jednak mimo wielogodzinnego przewijania stron z ogłoszeniami, i tak nie zdołał trafić na coś, czego z chęcią by się podjął.
Po skończonej robocie marzył tylko o walnięciu się na kanapę i pójściu spać. Założył czarną czapkę, aby jego średniej długości brązowe włosy nie stały się jeszcze wilgotniejsze od nieprzerwanie padającego śniegu, i ciemnozieloną sztruksową kurtkę. Mikołaj nie należał do najwyższych osób. Był dość szczupły. Miał wyraźnie zarysowane kości policzkowe, nieco zadarty nos i spierzchnięte od mrozu usta. Jego głęboko osadzone niebieskozielone oczy, choć zdrowe, wyglądały, jakby były wiecznie zmęczone. Bladą twarz mężczyzny zdobiły zaś pojedyncze piegi i lekki zarost.
Szedł gdzieniegdzie rozwalonym chodnikiem w kierunku przystanku. Towarzyszyły mu wysokie szare bloki, ponure drzewa o nagich gałęziach i ulubiona muzyka na słuchawkach. Najbardziej lubił alternatywny rock, ale często słuchał też polskiego hip-hopu czy post punku. Wyjątkowo surowa pogoda zmusiła go do przyspieszenia. Nie zamierzał spędzać ani chwili dłużej na tym okropnym mrozie. Wreszcie znalazł się na skrzyżowaniu osiedlowej uliczki z jedną z większych ulic w mieście. Zauważywszy przystanek, z którego co chwilę odjeżdżały opóźnione z powodu warunków atmosferycznych autobusy, wyciągnął z kieszeni granatowych jeansowych spodni empetrójkę i zwiększył na niej głośność. Pozwoliło mu to w znacznym stopniu zagłuszyć szum setek aut przetaczających się po jezdni. Podszedł do wiaty i spojrzał na rozkład jazdy. Cicho westchnął, widząc, że musiał poczekać jeszcze dziesięć minut. Niby mało, ale po miesiącach spędzonych w Olkucku nawet taki czas oczekiwania zaczął go wkurzać. Gdy mieszkał na wsi i jego jedynym sposobem na dostanie się chociażby do szkoły były rzadziej kursujące PKS-y, czekanie z pół godziny na przyjazd busa nie stanowiło dla niego żadnego problemu. Był do tego przyzwyczajony.
Po wypaleniu półtorej fajki zobaczył nadjeżdżający autobus, oczywiście po brzegi wypełniony pasażerami. Ku jego nieszczęściu z pojazdu absolutnie nikt nie wysiadł, więc zmuszony był się jakoś wcisnąć do środka. Udało się. Nagle z daleka dostrzegł dosłownie jedno wolne miejsce, tak jakby spadło mu ono prosto z nieba. Wykorzystał okazję i bez zastanowienia zaczął powoli przeciskać się między ludźmi, by je zająć. Siadając, poczuł ulgę. W końcu resztę drogi mógł pokonać w spokoju, bez stania w ścisku i znoszenia nieprzyjemnych oddechów obcych na karku.
Mikołaj wynajmował tanią kawalerkę na pamiętającym czasy PRL-u osiedlu, znajdującym się praktycznie na samym krańcu Olkucka. Granicę wyznaczało tam niskie prowizoryczne ogrodzenie, za którym, z perspektywy blokowiska, rozciągało się potężne zaśnieżone pole, którego kolor zlewał się wówczas z zachmurzonym niebem. Obskurne elewacje tamtejszych bloków z wielkiej płyty nie znały czegoś takiego jak renowacja. Budynki te z zewnątrz wyglądały wręcz na opuszczone, ale tak naprawdę stanowiły dach nad głową dla kilkuset osób.
Kwieciński otrzepał buty ze śniegu i przekroczył próg klatki schodowej, gdzie panował półmrok. Wszedł do swojego azylu na drugim piętrze zwanego mieszkaniem i powiesił na wieszaku kurtkę razem z czapką. Od razu przebrał się w domowe ciuchy i położył na starej kanapie w salonie. Już miał zamykać oczy, kiedy to niespodziewanie usłyszał dochodzący z góry gwałtowny łomot przerywany wrzaskami.
– Co jest, kurwa? – powiedział, marszcząc brwi. Podniósł się, nie odrywając wzroku od sufitu. Coś było ewidentnie nie tak. I chciał dowiedzieć się co dokładnie.
Lokal tuż nad Mikołajem zajmowało pewne małżeństwo. Państwo Matusiak od zawsze byli dla wszystkich neutralni i nie uważani za przesadnie głośnych, dlatego ta nagła zmiana sytuacji mocno go zaniepokoiła. Prędko udał się do źródła hałasu. Zapukał do drzwi, nasłuchując dźwięków ze środka. Wnet za klamkę chwyciła niższa od niego kobieta. Trzydziestosześcioletnia Agnieszka nerwowo poprawiła rozczochrane kruczoczarne włosy, a na jej zapłakanej twarzy zawitał sztuczny uśmiech.
– O, dzień dobry – przywitała się, pociągając ociężale nosem. – A co pan tutaj robi?
– Proszę pani, co tu się dzieje...? – zapytał.
– Nie no... nieważne. Nic strasznego – zapewniła, powstrzymując się od wytłumaczenia.
– Jakoś nie chce mi się wierzyć – odparł, niemal szepcząc. – Nie przesłyszałem się przecież.
– Mała sprzeczka. Nic poważnego, serio...
Mąż Agnieszki, Łukasz, opuścił kuchnię i wkroczył do przedpokoju, a pod jego nogami walały się puszki i butelki po piwach. Obijał się o ściany, próbując utrzymać równowagę.
– Z kim ty gadasz?! Co to za facet?! – zareagował agresywnym tonem. Był kompletnie pijany.
– Z nikim, no... Zamknij się w końcu – rzekła, odwracając się na moment.
– Niech se stąd lepiej pójdzie! – zażądał.
W międzyczasie, przed wejściem do mieszkania Matusiaków zjawił się funkcjonariusz policji.
– Dzień dobry, otrzymałem zgłoszenie o awanturze – oznajmił.
– Kurwa, ta Piotrkowska go pewnie wezwała! – wrzasnął Łukasz, wspominając o sąsiadce, u której kiedyś, po ostrej kłótni, wyrobił sobie negatywne zdanie.
– Ale po co te nerwy? Niech się pan uspokoi, w porządku?
Mikołaj za to się oddalił. Stwierdził, że wróci do siebie, skoro dzielnicowy i tak miał już wszystko pod kontrolą. Było mu cholernie szkoda Agnieszki. Sam w przeszłości doświadczył nadużywania alkoholu przez kogoś mu bliskiego, dzięki czemu potrafił wyobrazić sobie przez jakie piekło właśnie przechodziła. Uzależnienie od tej substancji, słusznie uważanej za prawdziwą truciznę, zmienia człowieka nie do poznania – odciska piętno nie tylko na jego zdrowiu fizycznym, ale i psychicznym. Ktoś taki może początkowo wmawiać sobie, że przecież "czuje się dobrze i nic mu nie jest", ale konsekwencje nieustępliwego alkoholizmu pojawiają się szybciej, niż mu się wydaje.
Rozmyślanie nad wydarzeniami z dzieciństwa dołowało Mikołaja, dlatego starał się unikać tego typu chwil szerokim łukiem. Odechciało mu się spać, więc wziął łyka wody ze szklanki i zasiadł na skrzypiącym fotelu w salonie. Wziął do ręki pilot od stojącego na kredensie telewizora i kliknął guzik uruchamiający go. Ekran nie pokazywał niczego poza dwoma prostymi paskami z lewej strony.
– No, super... – mruknął, przewracając oczami.
Próbował jakoś to naprawić. Znalazł schowany pod liśćmi paprotki poluzowany kabel. Nie znał jego funkcji, ale przycisnął go z powrotem. Zero reakcji.
– Złom jebany, wypadałoby nowy kupić... – skomentował działanie, a właściwie niedziałanie telewizora. Ze złości uderzył dłonią w górną obudowę urządzenia, które aż zadrżało pod wpływem silnego ciosu.
I stała się magia. Włączyło się. Na ekranie, zamiast normalnego przypadkowego kanału z listy, wyświetliło się podejrzanie wyglądające ogłoszenie o organizowanej przez urząd miasta loterii, w której było do wygrania dziesięć milionów złotych. Aby wziąć w niej udział, należało zadzwonić po numer znajdujący się pod nagłówkiem.
– Brakuje wam kasy na remonty, a loterię organizujecie? – prychnął.
Faktycznie, Olkuck od dawna zmagał się z problemami finansowymi, spowodowanymi złym zarządzaniem budżetem. Wydawanie pieniędzy na zjawiskowe fontanny i inne nikomu niepotrzebne pierdoły doprowadziło do sporego zadłużenia, co odbiło się na komforcie mieszkańców.
– Poza tym, od kiedy za takie coś odpowiada miasto? To sensu nie ma – dokończył swój monolog Kwieciński, siadając na kanapie.
Kiedy ekran zgasł, Mikołaj miał ochotę wypluć wiązankę przekleństw, lecz po paru sekundach zaczęły pojawiać się na nim prawdziwe programy. Los tak chciał, że trafił na odcinek ulubionego serialu – "Breaking Bad". Natychmiast zabrał się za oglądanie.
Seans zakłócił mu piskliwy dzwonek w telefonie. Zaskoczyło go połączenie od obcego numeru. Istniały wtedy dwie opcje: albo dzwonił do niego ktoś, kogo realnie nie znał, albo znajomy, którego zapomniał zapisać w kontaktach.
– Halo? – odezwał się pierwszy.
W słuchawce słyszał wyłącznie dziwne chrzęsty i krótkie, trudne do opisania trzaski.
– Halo? Z kim mam przyjemność rozmawiać?
– Ecjelok w ynpętsan śetsej.
Koniec połączenia.
Komentarze (2)
Napisz komentarz
Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania