KANAŁ (Rozdział III - "Ostrzeżenie")

  – Przepraszam, czy nie obiła się panu o uszy może jakaś... loteria organizowana przez urząd tego miasta? – Mikołaj nieśmiale zapytał podchodzącego do ich stolika brodatego kelnera.

 

  – Hę? Pierwsze słyszę – odparł krótko, zabierając puste tace po pizzach i szklanki. – Urząd miasta się takim czymś nie zajmuje, nie ma mowy – uświadomił niepotrzebnie.

 

  "No co ty, serio?" – pomyślał Kwieciński, wzdychając pod nosem. 

 

  – To co teraz zrobisz? – zaciekawił się Antek, jeszcze z ciekawości odwiedzając stronę urzędu miasta w Olkucku i klikając w zakładkę ''Aktualności'' – Tu też nic nie ma, no cóż... – powiedział, zamykając laptopa.

 

  – No a skąd mam wiedzieć? Co, mam zaczepiać ludzi na ulicy i po kolei się ich wszystkich pytać? – odparł podirytowany. 

 

  – Stary, może to wcale nie jest takie głupie? – uśmiechnął się subtelnie, unosząc brwi. – Wiesz... – przerwał – A zresztą, nieważne...

 

  – Powiedz, no... – odparł. Strasznie nie lubił, gdy ktoś podczas rozmowy zaczynał zdanie, a potem ucinał je w najmniej odpowiednim momencie.

 

  – Bo... teoretycznie mógłbyś też poszukać informacji u źródła – zasugerował enigmatycznie.

 

  – W sensie...?

 

  – Pójść do urzędu i tam się ich zapytać – powiedział, tym razem bez owijania w bawełnę. – Jeśli to ci nie daje tak spokoju, to może... to jest rozwiązanie – stwierdził, chowając laptopa do plecaka.

 

  – A jak oni też nie będą nic wiedzieć? – odrzekł. – Wyjdę na debila...

 

  – Człowieku... – odparł, a jego ręka swobodnie i z trzaskiem uderzyła o blat stołu – póki tam nie pójdziesz, to się nie dowiesz. Logiczne – przekonywał. – Poza tym... nie bez powodu zobaczyłbyś w telewizji taką reklamę.

 

  "No właśnie. Nie bez powodu..."

 

 – Co jeśli to oszustwo?! – zerwał się Kwieciński, jakby nagle dostał jakiegoś przypływu energii.

 

 – No... – rzekł Antek, machając lekko głową w obie strony i patrząc w górę w geście zastanawiania się – Raczej nie... – uznał. – Bo... jeśli byłby to jakiś zmasowany atak hakerski, to trąbiliby o tym w wiadomościach, internecie czy jeszcze gdzieś. To by nie przeszło bez echa. Przecież ponoć w tym ogłoszeniu był podany numer. Musieliby ostrzec ludzi, żeby pod niego nie dzwonili.

 

  – Jezu, faktycznie... – ze zrezygnowaniem schował twarz w dłonie. Już myślał, że rozwiązał tę powaloną zagadkę, podczas gdy nawet nie był temu bliski. 

 

  – Chyba że... Tu nie chodziło o coś na skalę powiatu, a o nabranie pojedynczych osób – przypuszczał. – I wtedy realnie mogło to by być oszustwo.

 

  – Czyli że mogło to się pokazać tylko mnie i paru innym osobom w mieście? Niby jak?

 

  – No... niewykluczone. Hakerzy na pewno mają na to sposoby. Jeśli to prawda, to powiem ci, że niezłego masz farta – zachichotał.

 

  – Weź, sam już nie wiem... – rzekł skonfundowany, przecierając dłonią twarz.

 

  Wnet do restauracji weszła grupka czterech znajomych, na oko rówieśników Mikołaja i Antka. Istniało duże prawdopodobieństwo, że byli to mieszkańcy Olkucka, czyli równocześnie potencjalna skarbnica wiedzy na temat telewizyjnego incydentu, którego świadkiem był Kwieciński.

 

  – Oho, warto by było do nich zagadać – Michalski szepnął z małym uśmiechem Mikołajowi niemal do ucha. Ten zestresował się na samą myśl, że właśnie ryzykował obrzuceniem krzywymi spojrzeniami znad przeciwka, mimo że ci odkładający na wieszaki swoje zimowe ubrania ludzie zdawali się być wyjątkowo sympatyczni.

 

  – Możesz ty to zrobić? – poprosił Antka.

 

  – A co, cykasz się? Przecież na co dzień masz do czynienia z nieznajomymi w sklepie.

 

  – Wiesz, jest różnica między zwykłym pytaniem "Kartą czy gotówką?" a pytaniem o to czy widzieli takie gówno w telewizji.

 

  – Ugh – burknął, przewracając oczami. – To przecież twoja sprawa, nie moja.

 

  – Ale fajnie, żebyś jako przyjaciel mi pomógł...

 

  – Ale ty przesadzasz... naprawdę... – mruknął niechętnym tonem. – Ej, słuchajcie! – powiedział, wyraźnie podnosząc głos, co błyskawicznie zwróciło uwagę roztrajkotanej paczki. – Bo... ten tutaj – wskazał wzrokiem na Mikołaja – Widział w piątek w telewizji ogłoszenie o loterii, którą rzekomo organizuje tutejszy urząd miasta. Wiecie coś o tym? Cokolwiek? Mieszkacie tu w ogóle?

 

  – Mieszkamy... – odpowiedziała mu blondwłosa dziewczyna, zaskoczona niespodziewaną zaczepką – No ale... ja na przykład nic nie słyszałam, a wy? – spytała, zerkając na stojącą za nią resztę.

 

  – Ja też – oznajmił wysoki szatyn, układając roztrzepaną od kaptura fryzurę.

 

  – I ja. Oglądałem prawie ciągle tamtego dnia filmy i... nic nie było – odezwał się ktoś inny.

 

  – No... ja też nic nie wiem – powiedziała niższa brunetka. – Ale chwila... urząd miasta? – parsknęła.

 

  – Tak! – zawołał Michalski. – Dziwne, nie? Próbujemy to rozgryźć, ale... coś nie idzie.

 

  – Sorry – odezwała się blondynka – Chętnie byśmy wam pomogli, ale wiecie jak jest...

 

  Poczucie niepokoju i swego rodzaju bezradności wskoczyło u Mikołaja na wyższy poziom. Po totalnej pustce w sieci i całkowitym braku jakichkolwiek informacji już od sześciu mieszańców Olkucka, szczerze nie miał pojęcia jak rozsądnie wytłumaczyć tamto piątkowe zajście.

 

  "Może Antek ma rację? Ale jak niby hakerzy mieliby mi to wyświetlić? Może to sen po prostu? Albo mi się przewidziało i nigdy nic takiego nie było?" – dumał z głową położoną na oparciu sofy i wzrokiem wbitym w sufit.

 

  – Idziemy do galerii? – rzucił znudzony nieco Antek i zastopował tym samym gonitwę myśli w głowie przyjaciela. – Wyszedł niedawno nowy tom tej książki, o której ci mówiłem. Aż żal nie kupić.

 

  – Dobra, w sumie czemu nie?

 

  – A i jeszcze wracając, to... możesz dowiedzieć się na forum miejskim, czy ktoś miał do czynienia z czymś podobnym. Jeśli w ogóle takie u was istnieje i jest aktywne. Napiszesz post i może dostaniesz odpowiedzieć, warto spróbować.

 

  – Póki co wolę chociaż na chwilę przestać się tym przejmować – wzdychnął. – Zamknąć temat, wmawiać sobie, że mam wyjebane i tyle...

 

  – Uhm... spoko, jak tam chcesz. Twój wybór. Nie będę wnikał.

 

  Zgodnie z planem udali się do centrum handlowego na obrzeżach. Mimo średnich warunków na drogach, podróż zajęła im niespełna piętnaście minut. Robiło się już ciemno, a wyróżniający się na tle szpetnych blokowisk i dziurawych ulic zadbany budynek galerii oświetlały tylko latarnie i wszechobecne na jej ścianach neony z logami sklepów. Galerię Olkucką postrzegano jako najpopularniejsze miejsce w okolicy. Ten kompleks usługowy dziennie przyciągał prawdziwe tłumy i nic w tym dziwnego, skoro wizyta tutaj to jedno z niewielu ciekawszych pozadomowych zajęć w tym jakże nudnym i nie oferującym prawie że nic atrakcyjnego mieście.

 

  Kiedy ruchome drzwi stanęły otworem, oczom przyjaciół ukazał się długi, ciągnący się aż do drugiego końca obiektu korytarz, a obok niego wejście na okrągłe patio ze zjawiskowym widokiem na trzy piętra. Antek, wypatrzywszy w oddali księgarnię, ruszył w jej kierunku bez żadnego zastanowienia. Mikołaj szedł za nim i patrzył na wszystko dookoła. Ostatni raz był tam z dziewięć lat temu i sporo się przez ten czas zmieniło. Zniknął jego ulubiony niegdyś sklep z Lego, którego za dzieciaka był wielkim fanem. Większość złożonych zestawów nadal tkwiło na strychu w jego rodzinnym domu. A przynajmniej miał taką nadzieję. Gdyby któregoś razu zastał je zniszczone, zrobiłoby mu się zwyczajnie przykro. I to nie dlatego, że dalej nie wiadomo jak bardzo wielbił te małe kolorowe klocki, a dlatego, że wiązał z nimi naprawdę masę super wspomnień.

 

  Zmiany zaszły również w samym wyposażeniu korytarzy. Kiedyś były one niemal puste, z zaledwie paroma drewnianymi ławkami po lewej i prawej, a Kwieciński zastał je wręcz pełne życia. Z roślinnością, stoiskami i różnymi dekoracjami.

 

  – Czekaj – powiedział Antek, zatrzymując się przy kierunkowskazie naprzeciwko księgarni. – Chcę się upewnić, że mam wystarczająco kasy – dodał, grzebiąc w plecaku w poszukiwaniu portfela. – Niby po tankowaniu sprawdzałem, ale jakoś sobie nie ufam – prychnął śmiechem.

 

  Nagle czekający Mikołaj spostrzegł charakterystyczną zwartą gromadę osób, składającą się z trzech mężczyzn i dwóch kobiet. Dlaczego charakterystyczną? Bo wszyscy bez wyjątku byli w niej ubrani kompletnie na czarno, a – co najciekawsze – na głowach mieli założone czarne kominiarki. Poruszali się szybko i pewnie i raczej nie interesowali się tym, że wchodzili komuś w drogę czy zahaczali kupujących ramionami. Krótko mówiąc – zachowywali się tak, jakby korytarz był przeznaczony wyłącznie dla nich. Ci, których mijali, wpatrywali się w nich z obawą. Niektórzy schodzili trochę na bok, nie chcąc mieć z nimi ewentualnej styczności. Nic dziwnego, w końcu nie było to coś typowego.

 

  – Ty, stary – rzekł Mikołaj, trącając łokciem Antka zapinającego plecak – Patrz.

 

  – O kurde, co jest?

 

  Tymczasem członkowie grupy przyspieszyli i już nie pozostawiali złudzeń, że ich celem była księgarnia.

 

  Sprytnie wykorzystali to, że w pobliżu nie było akurat nikogo z ochrony i wtargnęli do środka. Rozdzielili się na dwa obozy. Pierwszy niszczył absolutnie wszystko, co napotkał, a drugi w pośpiechu, gdzie popadnie, malował farbą w spreju czarne wykrzykniki. Spanikowani i zdezorientowani klienci, w akompaniamencie huku przewracanych regałów, brzęku tłuczonej porcelany i dźwięku rozrywanych i bezwzględnie rzucanych na podłogę produktów, gorączkowo uciekali ze sklepu. Pracownicy, którzy mieli taką możliwość i byli w miarę daleko od niebezpieczeństwa, niezwłocznie zawiadomili ochronę. Ta niestety nie zdążyła się stawić, bo sprawcy zaczęli zmywać się tak szybko, jak się pojawili. Zamaskowany mężczyzna, aby dopełnić dzieła, rozbił pięścią szybę i ulotnił się razem z towarzyszami, pozostawiając po sobie drobinki szkła i pół konkretnie zdemolowanego lokalu.

 

  – N-no... to chyba nic se dziś nie kupię...

Średnia ocena: 3.0  Głosów: 1

Zaloguj się, aby ocenić

    Napisz komentarz

    Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania