KANAŁ (Rozdział IV - "Jedno miłe wspomnienie")

  Uciekinierzy wiedzieli, że liczyła się dla nich każda sekunda. W każdej chwili zza rogu mogła wyłonić się ochrona, a wtedy ich plan ległby w gruzach. Przed atakiem na księgarnię nie zaplanowali, którędy uciekną. Wybrali po prostu te same drzwi, którymi weszli do galerii. Mknęli głównym korytarzem, tym razem gdzieś z dwa razy szybciej niż przedtem. Tak jak przed napadem, nie obchodziło ich to, że mijali ludzi, którym, nawet nieświadomie, mogli wyrządzić krzywdę. To nie było wtedy ważne. Nic nie było ważne poza ucieczką stamtąd i to w trybie natychmiastowym. Skręcili w prawo, a ich oczom ukazało się docelowe wyjście. Jednocześnie na ogonie zaczęło sterczeć im pięcioro ochroniarzy wykrzykujących niezrozumiałe w tamtym momencie dla nich słowa. Sprawcy zwinnie przecisnęli się przez kręcące się w kółko drzwi i wybiegli na pokryty białym puchem parking. Ochroniarze rzecz jasna podążyli za nimi, w głębi duszy mając nadzieję, że zdołają ich jeszcze schwytać i obezwładnić. Ale nic z tego, bo nim się obejrzeli, sylwetki gonionych członków tajemniczej grupy wniknęły w sam środek nasilającej się mgły.

 

  Po dosłownie minucie niemal wtapiający się w tło czarny van opuścił miejsce postojowe i teren Galerii Olkuckiej.

 

                                      ***

 

  Spotkanie Mikołaja i Antka, a także niewątpliwie setek innych osób, zostało przerwane nakazem opuszczenia galerii wygłoszonym przy pomocy głośników rozproszonych po obiekcie. Nie zdradzano szczegółów tej decyzji, żeby nie wywołać zbędnej paniki. Wspomniano tylko o "pewnych", niewyjaśniających nic problemach technicznych. Mimo to nie zdołano powstrzymać rozsiewania najróżniejszych plotek, co – bądź co bądź – wzmagało jakiś tam społeczny niepokój. Zarząd wziął sprawę na poważnie i nie wykluczał powtórki wydarzeń ze zdewastowanej już księgarni, ale tym razem w innej części budynku.

 

  Zdezorientowany tłum wręcz rozlewał się po najbliższej okolicy, a samochody, jeden za drugim, wpychały się na wąskie drogi wyjazdowe, co prowadziło do powstawania korków. Mikołaj i Antek należeli właśnie do grupy tych, którzy zmuszeni byli cierpliwie w jednym z takich czekać.

 

  – To co? Odwieźć cię? – zapytał żartobliwie Michalski, i tak znając odpowiedź.

 

  – Niee, no co ty! Nawet kiedy mam opcję dojazdu do domu bez wspierania olkuckiej komunikacji miejskiej, a co za tym idzie, przewalania hajsu na kolejne nieziemskie fontanny w centrum albo zapychanie kieszeni szanownego pana prezydenta Borkowskiego, to wiadomo, że i tak wybiorę transport publiczny! – odparł wyraźnie ironicznie Mikołaj.

 

  – Nie no fakt, przejebanie tu żyć, tak na dłuższą metę – westchnął.

 

  – Marzy mi się wynieść z tej dziury. Tak na serio.

 

  – No... nigdy nie wiadomo. Może w końcu znajdziesz se lepszą robotę, odłożysz jeszcze więcej kasy, zrobisz prawko, kupisz pierwsze auto, no i... tak dalej. Jesteś kowalem własnego losu – powiedział.

 

  – No niby tak, ale ile można szukać ogłoszeń? Mam wrażenie, że dowiedziałem się już o każdym wolnym stanowisku w Olkucku – odrzekł ze zrezygnowaniem w głosie Kwieciński. – I żadne mnie jakoś wybitnie nie porwało.

 

  – A nie uważasz, że lepiej już pójść do pracy, która nie będzie dla ciebie atrakcyjna, ale pozwoli ci więcej zarobić? Przebolejesz te półtora roku, czy ile tam będziesz chciał, ale da ci to chociaż nowe możliwości.

 

  – No, może i tak... – odparł z lekkim zakłopotaniem.

 

  – Ale raczej unikałbym pracy w księgarni – zaśmiał się. – Po tym co dzisiaj było, to wiesz...

 

  – Ale właśnie, o chuj tam chodziło?

 

  – Sam chciałbym wiedzieć. Fajnie by było wejść tym bandziorom do głów i zobaczyć co nimi wtedy kierowało.

 

  – To nawet nie wyglądało jak próba kradzieży. Oni po prostu wbili do środka i wszystko rozwalili.

 

  – I wysprejowali – uzupełnił Antek.

 

  – Wykrzyknikami. Czarnymi. To też zastanawiające – stwierdził.

 

  – Nie wiem, a co jeśli te wykrzykniki to jakaś... forma ostrzeżenia? – zgadywał. – Tak mi się to kojarzy.

 

  – Albo zwyczajnie ich znak rozpoznawczy. Sygnalizują nimi swoją obecność w przestrzeni publicznej – obstawiał.

 

  Przyjaciele tak wymieniali się swoimi mniej lub bardziej absurdalnymi teoriami aż do przyjazdu na osiedle Mikołaja. Mgła zmieszana z mrokiem otoczyła każdy blok z osobna i nie pomagały nawet wysokie, zwieńczone soplami latarnie, których surowe światło padało zaledwie na nieduży obszar wokół nich. Samochód Michalskiego z trudem wcisnął się na plac będący w istocie parkingiem dla mieszkańców. Swobodne poruszanie się po nim było utrudnione przez hałdy zbitego śniegu i samą w sobie pokrywę, która spokojnie sięgała po kostki. Spółdzielnia określała go mianem "tymczasowego", bo od dekady planowano budowę zupełnie nowego obok, lecz o rozpoczęciu takowej inwestycji ani widu, ani słychu.

 

  – To to by było na tyle – powiedział Antek, parkując przed ogrodzeniem bez gaszenia silnika.

 

  – Wciąż podziwiam, że chciało ci się tyle jechać – przyznał.

 

  – Nie ma co ukrywać, wypadało się spotkać po takim czasie. Gadanie na Gadu-Gadu to nie to samo – rzekł. – Chyba... – wymamrotał, czego Kwieciński nie usłyszał.

 

  – To co, widzimy się znowu za pół roku? – zażartował Mikołaj.

 

  – Nie no – parsknął. – Trzeba jakoś wcześniej...

 

  – Koniecznie... – dodał. – Dobra, to pa! Zdzwonimy się co do następnego razu – zakomunikował, pchając za klamkę przednich drzwi, a następnie wychodząc na zewnątrz.

 

  – Siema! – pożegnał się również.

 

  Antek po chwili odsunął szybę, wpuszczając przy tym chłodne powietrze i zawołał przez śmiech do chyboczącego się na lodzie przyjaciela:

 

  – Tylko się nie wypierdol!

 

  Nie zrozumiawszy już odpowiedzi, zamknął okno i włączył ogrzewanie na desce rozdzielczej. Rozchylił daszek przeciwsłoneczny i z przyszytej do niego małej kieszonki wyjął rodzinną fotografię z kolacji wigilijnej z dwa tysiące czwartego roku. Spojrzał na siedzącą na wózku babcię pijącą kompot ze szklanki, sfrustrowanego młodszego brata czekającego pod choinką na odpakowanie prezentów, dziadka, który starał się namówić go do zajęcia miejsca przy uginającym się od potraw stole, rodziców, z promiennymi uśmiechami, którzy, przytulając się, pozowali do zdjęcia i siebie w rogu kadru, niosącego dodatkowe talerze i sztućce. 

 

  Oparł głowę o fotel ze speszeniem wymalowanym na twarzy, a wzrok przeniósł na pole znad przeciwka. Oglądał je jakby nieprzytomnie, skacząc od punktu do punktu. Lustrował odległe kominy fabryki, a dokładniej świecące równomiernie na czerwono lampy na ich ścianach. Potem przeszedł do masywnych, choć mętnych słupów elektrycznych rozprowadzających przewody i samolotu, który przekroił niebo zarysem jasnoszarej smugi i migiem zniknął za chmurami.

 

  Mikołaj zaś wszedł do swojej kuchni. Był głodny, więc odgrzał w mikrofali resztki obiadu, aby się nie zmarnowały. Usiadł na taborecie, rozmyślając nad zachowaniem Michalskiego. I to nie dlatego, że źle wspominał te wspólnie spędzone godziny. Wprost przeciwnie – to upragnione spotkanie było przerwaniem wszechobecnej w jego życiu monotonii, czyli czymś, czego szczerze potrzebował. Chodziło jednak o to, że Antek sporadycznie sprawiał wrażenie albo przygnębionego, albo wkurzonego. Kwieciński nie potrafił dobrze tego nazwać. Naturalnie pytał się go, czy na pewno wszystko jest okej, ale dostawał krótkie i niewyczerpujące tematu odpowiedzi typu: "Tak, git". Zauważył też, że żartował on częściej niż zwykle. Nie byłoby w tym nic dziwnego, wszak można było wytłumaczyć to na przykład wyjątkowo dobrym humorem. Problem w tym, że niekiedy wyglądało to nad wyraz sztucznie, jakby ukrywał pod maską prawdziwe emocje.

 

  Po podgrzaniu jedzenia postanowił udać się do salonu i odpalić laptopa. Zamierzał posłuchać się przyjaciela i napisać na miejskim forum post o loterii, i nie tylko.

 

  Przypomniał sobie swoje słowa z restauracji: "Póki co wolę chociaż na chwilę przestać się tym przejmować. Zamknąć temat, wmawiać sobie, że mam wyjebane i tyle..."

 

  Znajdując się w domu, w kompletnej ciszy, nie mógł już dłużej oszukiwać samego siebie, że to, co przytrafiło mu się w ciągu ostatnich dni, go nie obchodziło. Gdyby nie incydent w galerii, owszem, nadal przeżywałby ogłoszenie w telewizji, ale z pewnością nie w takim stopniu. W dodatku zaczęło martwić go bełkotliwe połączenie telefoniczne, które od początku traktował jako swoisty dowcip. Zwłaszcza, że już wcześniej miał do czynienia z podobnym zjawiskiem. Teraz nawet ta sytuacja, na pierwszy rzut oka nieistotna, wyglądała jak element niedorzecznej układanki.

 

  Kwieciński, odwiedzając stronę olkuckiego forum, został zasypany chronologicznym spisem utworzonych niedawno wątków. Najświeższe wpisy pochodziły sprzed siedmiu godzin, a najstarsze sprzed trzech miesięcy, co świadczyło o słabej popularności serwisu. Sama lista nie zawierała niczego przełomowego, w związku z tym wpisał w widniejącej nad nią wyszukiwarce trochę fraz mogących przekierować go do potencjalnie kluczowych informacji. I niestety, nie było tam nic poza śmieciowymi, nieprzefiltrowanymi przez moderację reklamami.

 

  Wreszcie założył na szybko konto, aby odblokować publikowanie własnych treści. Stworzył post, gdzie z dbałością o szczegóły opisał wcześniejsze zdarzenia i podzielił się domysłami oraz spytał, czy ktokolwiek doświadczył czegoś podobnego. 

 

  Na koniec wylogował się.

 

Nie dostrzegł jednak jaskrawej kropki koło ikonki koperty.

Średnia ocena: 0.0  Głosów: 0

Zaloguj się, aby ocenić

    Napisz komentarz

    Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania