Kapelusz

KAPELUSZ

 

Było późne wrześniowe po południe. Park miejski okalał żelazny płot z mosiężnymi ozdobami, a jego cztery bramy były jak wejścia do innego świata. Tu wszystko zwalniało: nogi, oddechy i czas. Wiał delikatny wiatr, którego niewielka siła była w stanie zerwać zbrązowiałe liście. Słońce żółtym, ciepłym światłem ogrzewało kasztany. Szumiały przyciszone rozmowy, korony drzew, bieżniki opon rowerowych na parkowych ścieżkach, lądujące na stawie dzikie kaczki i łabędzie. Pachniało jesienią: słodkimi owocami, suchą trawą i czekoladą.

Starszy pan w kapeluszu na głowie i zielonym swetrze usiadł na pustej ławce. Obok siebie położył drugi kapelusz, podobny do tego, który miał na głowie, ale nowy, z brązowym paskiem. Ułożył go starannie, z delikatnością, tak by rondo nie zahaczyło o drewniane szczeble siedziska. Rozejrzał się dookoła, jakby w tłumie chciał dostrzec kogoś, komu zarezerwował miejsce. Ręce położył na kolanach i czekał z twarzą zwróconą do słońca.

Biegacz w jaskrawych zielonych butach i sportowych okularach słonecznych robił drugie okrążenie wokół parkowego stawu. Zawsze, gdy widział bawiące się przy nim dzieci przypominała mu się historia chłopca, który dawno temu w nim utonął. Żona mu o tym opowiadała, kiedy pierwszy raz zaprowadziła go w to miejsce. Teraz truchtał powoli. Rozgrzewał się. Pilnował, by zegarek na nadgarstku wskazywał drugą strefę tętna. Właściwy trening był dopiero przed nim. Wiedział, że dzisiaj ma do przebiegnięcia dystans piętnastu kilometrów, więc musiał mądrze rozkładać siły. Był obok wschodniej bramy parku, gdy dostrzegł starszego mężczyznę siedzącego na ławce w kapeluszu na głowie. Widywał go już wcześniej w tym samym miejscu, o tej samej porze. Zawsze był sam. Biegacz kątem oka dostrzegł dodatkowy kapelusz leżący tuż obok mężczyzny. „Pewnie na kogoś czeka, może właściciel drugiego kapelusza poszedł kupić lody i zaraz wróci” – pomyślał i pobiegł dalej. Przy kolejnym okrążeniu obraz mężczyzny na ławce nie zmienił się ani o jotę. Siedział dalej nieruchomo, z przymkniętymi oczami i kapeluszem na ławce. Był niczym stara fotografia. „Dziwne… może nie żyje? Ale jakby umarł, to zsunąłby się z ławki” – biegacz potrząsnął głową jakby chciał z siebie zrzucić niewygodną myśl i spojrzał na zegarek. „Jeszcze jedno okrążenie i mogę przyspieszać”.

Minął młodą parę z wózkiem dziecięcym, budkę z lodami i żelazną bramę parku. Gdy przebiegał obok ławki z mężczyzną w kapeluszu gwałtownie się zatrzymał. Zdziwił się. Jakby jego mięśnie zareagowały na komendę, o której jego własny mózg nie zdążył go poinformować. Spojrzał na starszego pana. Spodnie zaprasowane w kant, koszula i krawat, zielony sweter, skórzane, wypastowane buty z brązowymi sznurówkami. Szybko oszacował jego wiek na jakieś siedemdziesiąt parę lat. Ten widok poruszył jakieś wspomnienie w głowie biegacza. Odchrząknął i podszedł do ławki.

- Przepraszam, czy wszystko w porządku? – zapytał.

Mężczyzna powoli otworzył oczy i uśmiechnął się zaskoczony.

- Tak, w sumie tak.

Biegacz rozejrzał się dookoła. Nie wiedział, co zrobić dalej. Tętno lekko dudniło mu w uszach, a zegarek urywanym dźwiękiem dał mu znać, że pora ruszać dalej.

- Czeka pan na kogoś? – zapytał wskazując głową na kapelusz leżący na ławce.

- Na syna.

- Też mam syna. Mogę usiąść na chwilkę?

Mężczyzna skinął głową i przesunął kapelusz robiąc miejsce dla biegacza.

- Ile lat ma pański syn? – zapytał.

- Piętnaście. Okropny wiek – biegacz westchnął, jakby przepełniała go rezygnacja pomieszana z frustracją. – A pański ile ma lat?

- Dziś kończy trzydzieści pięć. To dobry wiek na pierwszy porządny kapelusz, taki jak ten – mężczyzna popatrzył na nakrycie głowy leżące między nimi. – Dlaczego uważa pan, że piętnaście lat to okropny wiek? Cały świat pełen możliwości czeka z otwartymi ramionami. Można jeszcze bezkarnie marzyć, zakochiwać się, zarywać noce i wstawać bez bólu pleców i kolan – mężczyzna uśmiechał się jakby do własnych wspomnień. – Pański syn nie jest taki?

Biegacz westchnął ciężko.

- Właściwie nie wiem. Rzadko się z nim widuję. Nasze plany dnia są dość mocno wypełnione. Wie pan jak to jest. On ma szkołę, zajęcia językowe, lekcje squasha i wspinaczki. No i koledzy, wiadomo, choć mam wrażenie, że z nimi spędza czas tylko w sieci. Ja też dużo pracuję, nawet po godzinach. Nawet dzisiaj, gdy wrócę z treningu, mam zaplanowanych kilka spotkań online. Kontrahenci z drugiego końca świata oznaczają, że trzeba być bardzo elastycznym. Właściwie to biegam, żeby zresetować mózg od tego wszystkiego.

Zegarek biegacza znowu zaczął piszczeć.

- Chyba więc musi pan biegać dalej.

- Tak, powinienem – powiedział i oparł ręce na kolanach.

- Co jeszcze potrafi ten zegarek prócz kontrolowania czy nie za długo pan odpoczywa?

Biegacz się uśmiechnął.

- Prawdę mówiąc nie wiem. Mój trener mi go polecił. Muszę monitorować swoje treningi a wyniki wysyłam mu przez aplikację. Wtedy on wie, czy dobrze wypełniam jego zalecenia.

- O! To zupełnie jak w wojsku. Tylko wtedy dowódca decydował jaki dystans musimy przebiec albo ile pompek zrobić. Miał do tego specjalny gwizdek. Dźwięk wdzierał się w mózg zupełnie jak ten dochodzący z pańskiego zegarka – zaśmiał się starszy pan.

- Chyba trochę ma pan rację – biegacz spojrzał na mały wyświetlacz. Jego tętno spadło już do strefy spoczynkowej. Będzie musiał zacząć trening od nowa. – Zegarek mierzy mi też tętno i ciśnienie krwi.

- Tętno… Moja żona często kładzie mi dłoń na sercu albo przykłada do niego swoje ucho. Mówi, że w ten sposób chce sprawdzić, czy moje serce jeszcze dla niej bije – uśmiechnął się. – Zawsze mi wtedy nieco tętno podskakuje.

- Długo jesteście małżeństwem?

- Czterdzieści dziewięć cudownych lat – wyprostował się dumnie i przymknął oczy. Pod powiekami zobaczył swoją żonę. Była taka śliczna w skromnej białej sukience, kiedy wypowiadała słowa przysięgi. – A pan? Ma pan żonę?

- Tak… to znaczy formalnie nie. Żyjemy w związku partnerskim. Poznaliśmy się w kolejce po kawę. Oboje zamówiliśmy taką samą. Poszliśmy na spacer, zaczęliśmy się spotykać, potem pojawił się syn i jakoś to poszło. Nie mieliśmy czasu, żeby myśleć o ślubie. A teraz to już sam nie wiem…

Zielone buty sportowe kreśliły niezrozumiałe wzory na piasku pod ławka.

- Momentami mam wrażenie, że prócz syna niewiele nas łączy…

- Lubicie taką samą kawę…

- Już nie. Ona przerzuciła się na mleko sojowe, którego ja nie cierpię.

- No, wie pan, ludzie się zmieniają. Właściwie to może być cudowną przygodą obserwowanie, jak ktoś nam bliski się zmienia, dojrzewa, kształtuje – mężczyzna chciał jeszcze coś dodać, ale biegacz mu przerwał.

- A pan? Dlaczego ilekroć tu pana widzę to jest pan sam.

Mężczyzna w kapeluszu wziął głęboki oddech. Nie odpowiedział do razu.

- Moja żona nie lubi tego miejsca, tego parku. Nie przychodzi tu od dwudziestu lat.

- Właściwie, moja żona też chyba dawno tu nie była. Przynajmniej mi o tym nie wspominała, a dość regularnie relacjonuje mi swoje plany i to co udało jej się zrealizować.

- Plany… To trochę nie brzmi jak…

- Jak co?

- Jak życie.

Biegacz spojrzał przed siebie.

- Właściwie to powinienem już wrócić do mojego treningu – powiedział i rozejrzał się dokoła. – A pański syn? Kiedy przyjdzie? Długo już pan na niego czeka.

Mężczyzna opuścił głowę. Wziął do ręki nowy kapelusz.

- Długo. Czekam już dwadzieścia lat… - wstał z ławki i odwrócił się do biegacza. – Mój syn utonął w tym stawie gdy był w wieku pańskiego syna.

- To dlaczego pan tu przychodzi? Ja po takiej tragedii… - biegacz czuł, że nie jest w stanie niczego więcej z siebie wydusić.

- Widzi pan, różnica między nami jest taka, że pan tu przybiega każdego dnia, żeby zapomnieć, a ja tu przychodzę, by pamiętać…

I odszedł. Mężczyzna w kapeluszu i zielonym swetrze.

 

Średnia ocena: 2.3  Głosów: 3

Zaloguj się, aby ocenić

    Napisz komentarz

    Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania