Kąpiel na ukończenie podstawówki

(wspomnienie sprzed lat)

 

(...) W dzień rozdania świadectw ukończenia podstawówki poszliśmy całą klasą na nową, miejską plażę nad jeziorem Rudnik, kąpaliśmy się, wygłupialiśmy. Zabawy w wodzie skończyły się w momencie, kiedy jeden z kolegów, Darek, wraz z Marysią odpłynął na materacu dalej od brzegu. Wygłupiali się i nagle dla żartu zrzucił z materaca koleżankę. Wrzasnęła i od razu przykryła ją woda. Za chwilę wypłynęła, gwałtownie młócąc wodę ramionami. Utrzymała się na powierzchni tylko krótką chwilę; po kilku sekundach ponownie wciągnęła ją topiel.

 

Sprawca próbował ją ratować tak, jak potrafił. Zeskoczył z materaca do wody, podpłynął do niej i w momencie, kiedy ponownie ukazała się nad wodą, chwycił ją za rękę. Zaczęła wrzeszczeć i spanikowana przyciągnęła go do siebie, ściskając ramionami za szyję. Podduszony i obciążony jej ciężarem teraz on poszedł pod wodę. Na chwilę udało mu się wypłynąć, ale znowu zniknął w toni jeziora.

 

Pływałem akurat w pobliżu, kiedy zobaczyłem całe zdarzenie. Wystarczyło kilka energicznych zamachów ramion i już znalazłem się obok nich – Nie duś go! Chwyć za ramiona! – krzyknąłem.

 

Tak samo mógłbym przemawiać do obrazu. Marysia wrzeszczała wniebogłosy, kurczowo obejmując szyję kolegi, którego głowa jeszcze raz się pojawiła i ponownie zniknęła pod wodą.

 

Dopłynąłem na wprost twarzy koleżanki, której oczy, okrągłe z przerażenia, oznaczały jedno – była w szoku, żadne słowa do niej nie dotrą. Schwyciłem ją za ramiona, próbowałem oderwać od szyi duszonego przez nią kolegi. Ale trzymała, jak w imadle! Skąd znalazła w sobie tyle siły?! Chwyciłem za jej palce, próbowałem wykręcić; udało się. Puściła Darka i… teraz mnie ścisnęła za szyję.

 

– Puuść… zaa ramioonaa – zdążyłem jeszcze wydusić. To były moje ostatnie słowa, nim całkiem pokryła mnie woda. Machałem rękoma i nogami, próbowałem wypłynąć; musiałem natychmiast zaczerpnąć życiodajnego tlenu. Na sekundę udało się, ale znowu ciężar Marysi wepchnął mnie w głąb toni. Rzucałem się, walczyłem o życie, czułem, że dłużej nie wytrzymam, za chwilę otworzę pod wodą usta…

 

Nagle gniotący mnie ciężar zelżał, szyja uwolniła się z imadła uścisku żelaznych, jak niedziewczęcych ramion. Gwałtownie wypłynąłem, chwyciłem pierwszy haust powietrza. Żyję, jeszcze żyję!

 

Zobaczyłem mężczyznę na materacu, który już wyciągał z wody koleżankę. Jego pomoc nadeszła w ostatniej chwili. Rozejrzałem się wokoło – sprawca nieszczęścia akurat wychodził z wody na brzeg. Uciekł! Ja go uratowałem, a on uciekł!

 

Marysia w kilka sekund znalazła się na materacu, jeszcze się trzęsąc z przeżytego szoku. Legła na nim w poprzek, kurczowo trzymając się dłonią ręki wybawcy. Nic jej już nie groziło. Dopłynąłem szybko do plaży i biegiem doskoczyłem do siedzącego już na kocu kolegi. zacisnąłem pięści:

 

– Darek, toś ty taki?! Ja ci życie ratuję a ty spieprzasz, cholero?!

 

– Zdzi… – wysapał, zasłaniając się rękoma. – Zdzisiek… Nie wiem, co się stało.

 

– Nie wiesz?! Ty tchórzu!– Nachyliłem się nad nim, ciągle wściekły i rozemocjonowany. – Sam ją zrzuciłeś do wody, a potem zwiałeś, kiedy ci pomogłem!

 

Woda z moich wlosów kapała wprost na niego. Darek skulił się i cicho powiedział:

 

– Przepraszam, nie wrzeszcz. Naprawdę nie wiem, czemu uciekłem. Dopiero tu otrzeźwiałem.

 

– A ja mogłem już nie żyć przez ciebie!

 

– Przepraszam, naprawdę nie wiem…

 

– A idź w cholerę! Spieprzaj mi lepiej z oczu!

 

Odwróciłem się od kolegi i usiadłem na swoim kocu. Starałem się uspokoić, chociaż przeżycia sprzed chwili tkwiły wciąż w mózgu jak rozpalony do czerwoności metalowy kolec. Tak mało brakowało, a nie musiałbym już niczym się martwić.

 

Darek pośpiesznie zabrał swoje rzeczy i oddalił się na drugi koniec plaży. Może przestraszył się mojej wściekłości, a może wolał uciec przed spodziewaną kolejną rundą, tym razem ze strony Marysi. Właśnie wychodziła na brzeg, razem z mężczyzną, który ją wciągnął na materac. Podniosłem się i podszedłem do nich:

 

– Bardzo panu dziękuję. Gdyby nie pan...

 

Machnął ręką:

 

– Nie ma sprawy. Na drugi raz się nie wygłupiajcie, z wodą nie ma zabawy. Macie szczęście, że byłem w pobliżu.

 

– Wiem. To kolega zachował się jak dzieciak. Wolał już zniknąć.

 

– Zwiał? – Rozejrzał się. – A chciałem mu swoje powiedzieć.

 

– Już mu nawtykałem. Jeszcze raz dziękuję.

 

– Uważajcie na siebie. Macie całe życie przed sobą.

 

Wziął materac pod pachę i odszedł. Marysia, już trochę mniej rozedrgana, chwyciła mnie za rękę:

 

– Zdzisiu…

 

– Wiem, wiem. W porządku – mruknąłem.

 

– Ale chciałam ci…

 

Pokręciłem głową i machnąłem ręką:

 

– To nie twoja wina, Marysiu.

 

– Nie gniewasz się? – Spojrzała na mnie błagalnie i z wdzięcznością w głosie.

 

– Na ciebie? Za co? Ratowałaś się. Człek wtedy nie myśli. Ważne, że oboje żyjemy.

 

– A gdzie Darek?! – Rozglądnęła się, szukając wzrokiem sprawcy niedoszłej, na szczęście, tragedii.

 

– Powiedziałem mu, co myślę. Za ciebie i za siebie. Poszedł sobie. – Wskazałem głową kierunek. – Chcesz go szukać?

 

– Teraz nie. I tak go dorwę! Wiesz, mam na dzisiaj dosyć wody. Poopalam się tylko.

 

– Nie dziwię się. Ja idę trochę popływać.

 

– Coo?! Chcesz teraz wejść do wody?!

 

– A chcę. Jak mówią dorośli – klin klinem trzeba wybijać. Aby się nic nie utrwaliło. Później by było gorzej.

 

– O Boże… naprawdę po tym wszystkim chcesz jeszcze wejść do wody?! – Wyraźnie nie mogła pojąć, co mówiłem.

 

– Przecież powiedziałem – uśmiechnąłem się, pierwszy raz od zdarzenia. – A ty nie wzywaj pana boga swego nadaremno, bo się wkurzy, spuści nogę i cię kopnie. I będzie ci błogosławione.

 

– Ciebie nawet teraz żarty się trzymają! – Marysia wreszcie też się uśmiechnęła.

 

– A trzymają. Żyjemy? Żyjemy. Więc po co rozpamiętywać. Życie jest piękne. A ja lubię pływać. Opalaj się. – Odsunąłem jej z czoła zwisający mokry kosmyk włosów, odwzajemniłem uśmiech i pobiegłem do wody. Teraz już mogłem rozkoszować się pływaniem.

***

Darkowi długo pamiętałem jego zachowanie – wygłupił się jak dzieciak z przedszkola jeszcze nieznający wody; rzuciłem mu się bez zastanowienia na ratunek, a on, uwolniony, zwiał jak ostatni tchórz. Nie baczył, że to była jego wina, że z kolei ja przegrywałem walkę o życie. I nie przyjąłem jego tłumaczenia, że „naprawdę nie wiem, czemu uciekłem”. Dziewczynę mógłbym zrozumieć, ale nie chłopaka. Albo jest się chłopem, albo nie. Gdyby nie ten mężczyzna…

***

Otrzymałem nauczkę, której już nigdy nie zapomniałem – do topiącego się można podpłynąć od przodu, ale tylko wtedy, kiedy ma się ze sobą kij, plastikową butelkę, ręcznik… jakąś rzecz, którą można mu podać, aby się uchwycił. Nigdy z przodu nie podaje się gołej ręki! Jeżeli nic nie mamy, podpłynąć należy zawsze od tyłu. Można opłynąć, można też zanurkować pod wodę i wypłynąć za plecami ratowanego. Wtedy bez groźby duszenia z jego strony można chwycić go pod pachę i holować do brzegu. Z gołymi rękoma nigdy nie podpływać od przodu!

 

Dzień zakończenia szkoły podstawowej mógł być więc moim ostatnim w życiu. Na szczęście nie był i tylko to się liczyło. Mogłem cieszyć się z ledwie rozpoczętych dwóch miesięcy wakacji.

Średnia ocena: 3.7  Głosów: 3

Zaloguj się, aby ocenić

    Napisz komentarz

    Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania