Karol
Często zachodziłem do jego pokoju. Mieścił się na pierwszym piętrze, po przeciwnej stronie korytarza, o krok za łącznikiem zespalającym oba skrzydła Domu, koło windy, tuż za rogiem. Skręcało się w stronę dyżurki, przechodziło obok brudownika i trafiało do ustronia wysadzanego fotelami, skąd widać było, jak rozparci w sobie pensjonariusze, paląc papierosy i siedząc, rozmawiają i rżną w karty, a pielęgniarze stoją obok popatrując na nich ze znudzonym zaciekawieniem; szczególnie wówczas, gdy trwały zawody pomiędzy rywalizującymi oddziałami.
*
Miał potrzaskany krzyż i bezwładne nogi z odleżynami. Odznaczał się miłym usposobieniem i na twarzy gościł mu niesmiały uśmiech, toteż odwiedzały go istne tabuny dziewcząt z personelu. Spieszyły mu z pomocą, podczas gdy on wydawał rozkazy, instrukcje, pouczenia i wskazówki. Czynił to jednak w sposób tak naturalny, szczery i sympatyczny, a zawsze z dobrotliwym spojrzeniem, jak gdyby chciał je przeprosić za kłopot, że jest ciężki i nie może wstać.
Lecz były to tylko pozory. Zachowanie pod publiczkę. Zanim umieszczono go tutaj, zajmował trzypokojowe mieszkanie po rodzicach. Jeden przeznaczył na lekarstwa, strzykawki i stosy higienicznych chusteczek. Drugi wynajmował studentkom w zamian za seksualne usługi, a w trzecim mieszkał w czymś, co na upartego nazwać można pokojem rozkoszy.
Nie cierpiał robienia czegoś z obowiązku. Gdy jeszcze chodził, lubił wzbudzać zainteresowanie, być w centrum uwagi, kraśnieć od pochwał i spodziewać się hołdów. I to mu zostało. Nasiliło się po skoku do wody.
Naraz nie mógł więcej, niż kumple, ziomale od szumnych imprez i hecnych zagrywek, jak laski od serca i legowiska. Z początku jego znajomi przychodzili dzień w dzień, lecz później odwiedzali go z rzadka i krócej, bo z każdą chwilą stawał się coraz bardziej nieprzyjemny, a uporczywa złośliwość przybierała coraz większe rozmiary.
Dawny zapał do życia pozwalający mu brnąć przez codzienność, osłabł. Nagle wszystko straciło sens i zaczęło mu przysparzać zmartwień. Odwiedzający mówili, że ocenia ludzi przez pryzmat zgorzkniałego paralityka i nie mają z nim o czym podyskutować, gdyż patrzy na nich poprzez nadpęknięty kręgosłup.
Pozował na typa, którego nikt nie rozumie i spycha na margines. Ale, jak powiadali, nie są winni temu, co go spotkało. A tym bardziej nie może mieć do nich pretensji. że nie umarł.
*
Poznałem go w szpitalu. Kiedy odwiedziłem go w domu, od samego rana wydzwaniał do różnych instytucji prosząc o pomoc, bo on taki biedny i ciężko chory. Przy czym robił do mnie porozumiewawcze oko i zasłaniając ręką mikrofon, twierdził, że ma niezły ubaw.
Dzięki swoim działaniom dwa razy w roku jeździł do sanatorium. Co tydzień przychodziła do niego pielęgniarka i jeśli pojawiła się młoda, próbował namówić ją na seks. Aż urwała mu się idylla i po ośrodkach opiekuńczych poszła fama, że jest zbokiem i zbukiem i funkcyjni ludzie d/s społecznej troski zadecydowali, że nie może mieszkać sam i wymaga nieustannego nadzoru.
*
Kiedy tu trafił, zaszła w nim gruntowna zmiana. Zaniechał poprzednich praktyk i złagodniał tak radykalnie, że ktoś, kto go nie znał wcześniej, mógł sądzić, że był takim od narodzin: subtelnym, wiecznie uśmiechniętym, całkowitym przeciwieństwem naciągacza i że od zawsze lubił czytać, dbać o porządek, rozmawiać na uduchowione tematy, filozofować w otoczeniu książek popstrzonych uwagami.
Napisz komentarz
Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania