Karpackie niedźwiedzie

Opowiadano kiedyś, że w mieście Braszów w Rumunii, jeszcze za czasów Ceausescu, w mroźne zimowe noce wciąż powtarzały się dziwne włamania do sklepów spożywczych....Sklepy były całkowicie zdemolowane, ale włamywacze nie kradli pieniędzy, ani jakichkolwiek rzeczy wartościowych...Pod osłoną nocy wdzierali się do sklepów i zabierali tylko miód i kilka butelek wody z cukrem...

Ale czy złodzieje w Rumunii pod koniec lat 80. mieli jakikolwiek wybór? Czy mogli wynieść ze sklepów coś więcej niż kilka sztuk twardego jak kamień pieczywa...i co jeszcze (?)

Dobre pytanie...

Kiedyś opowiadano, opowiadano...W każdym razie ktoś wspomniał o tym, że zimy w miastach Siedmiogrodu były w tamtych czasach mroźne i bardzo długie...Po mrocznych miastach hulał lodowaty wiatr, elektrownie wyłączały prąd, w centrach miast świeciło zaledwie kilka latarń...

Tak było również w Braszowie, który poznałem jeszcze w tej koszmarnej epoce...

Miasto tonęło w ciemnościach, tylko gdzieś w pobliżu dworca kolejowego zapalał się i gasł fioletowy neon na dachu hotelu....Taki Braszów widziałem wiosną 1988, na ponad rok przed upadkiem reżimu " Geniusza Karpat".

Ludzie bali się wychodzić z domów. Mówiono, że po centrum miasta, które po godzinie 20.00 było zupełnie opustoszałe i nieco upiorne, grasuje dobrze zorganizowana banda rabusiów...Później okazało się, że jest to stado niedźwiedzi, które bezkarnie plądruje sklepy spożywcze, a nawet wielkie magazyny żywności...

Minęło jeszcze kilka lat. Wiatr historii porwał i cisnął w przepaść dyktatora Ceausescu, o którym oficjalna propaganda mówiła również, że jest " Słońcem Karpat"...

Wszystko się zmieniło..., pozornie wszystko się zmieniło...Ale...ale...

Ktoś kiedyś opowiadał, że na osiedlu, gdzie mieszkali robotnicy z pobliskiej fabryki traktorów, jacyś wandale zniszczyli kilka samochodów marki Dacia...Jeden z pojazdów został wręcz wgnieciony z gigantyczną siłą w asfalt, wszystkie drzwi wyrwano, a bagażnik rozpruto na strzępy...Jakimi siłaczami musieli być złodzieje, którzy zmasakrowali ten samochód, a następnie ukradli kilka opakowań chipsów, pierniki, kilka tabliczek czekolady i dwa słoiki miodu... (?)

Później miało miejsce jeszcze wiele włamań do sklepów, samochodów, a nawet domów jednorodzinnych. To wtedy przypomniano sobie o stadzie agresywnych niedźwiedzi z końca lat 80.

Po pewnym czasie powrócił spokój, a niedźwiedzie przeniosły się w inne okolice.

.

Mówiono, że stado niedźwiedzi uciekło po pożarze cyrku. To w namiocie cyrkowym w jednym z miast karpackich wybuchł wielki pożar, po którym zdołało uciec wiele zwierząt...Nikt ich już nie odnalazł. Ale kiedy to było, czyżby jeszcze za czasów Ceausescu?

Pożary nie wybuchają zbyt często w namiotach cyrkowych; zdarza się jednak, że w katastrofach giną artyści cyrkowi i wszystkie zwierzęta...Taki los spotkał w lutym 1945 Cyrk Sarrasani, dla którego zbombardowane Drezno stało się masowym grobem.

(----)

Czasami zwierzęta spontanicznie uciekają z cyrków lub ogrodów zoologicznych. Ale to zdarza się dosyć rzadko. Wtedy jednak organizują się w ponadgatunkowe stada, które nieźle radzą sobie na wolności.

W każdym razie niedźwiedzie zniknęły z miast rumuńskiego Siedmiogrodu.

- Nasza mała menażeria--

Jak już wspomniałem, w jednym z miasteczek Siedmiogrodu całkowicie spłonął namiot cyrkowy, a te zwierzęta, które przeżyły, rozbiegły się we wszystkie strony świata.

Ktoś widział spore stado na Węgrzech. Później słowackie gazety donosiły o dobrze zorganizowanej szajce zwierzęcej, którą nazwały groźną menażerią...

Po pewnym czasie ta " niebezpieczna menażeria" dotarła do Warszawy. Wielkim szturmem przebiegła przez Młociny, Bielany i Żoliborz, a jednym z prowodyrów tej zgrai był potężny dzik nazwany przez mieszkańców tych dzielnic " taranem". To " taran" i jego towarzysze wywołali wielki popłoch na przystanku autobusowym przy placu Wilsona...Olbrzymie stado zwierząt wyłoniło się, nie wiadomo skąd, i z wielkim łoskotem, tratując kwiaty w pobliskim parku, ruszyło prosto na przystanek, przewracając ludzi czekających na swoje autobusy, wyrywając im z rąk plastikowe torby z zakupami i damskie torebki. Jakiś pan płaczliwym głosem skarżył się, że potężny dzik zabrał mu aktówkę, w której znajdował się zupełnie nowy laptop, a w nim wiele cennych danych itd.

Świadkowie, którzy po ataku rozwścieczonego stada zachowali przytomność umysłu, dodali kilka spostrzeżeń, które mocno zaskoczyły prowadzących śledztwo policjantów. Okazało się, że przez plac Wilsona z impetem przebiegła wielka zgraja zwierząt złożonych z dzików, niedźwiedzi i orangutanów, ale były tam również szympansy itd. Na czele tej bandy znajdował się opisany już olbrzymi dzik z Puszczy Kampinoskiej, którego nazywano " taranem". Po tym incydencie zapanował spokój, tak jakby stado zbuntowanych zwierząt zapadło się pod ziemię...

-- Mała anarchia na Grochowie---

Po kilku spokojnych miesiącach na warszawskiej Pradze zaczęły się dziać dziwne rzeczy. Podobnie jak w dalekim Braszowie, również u nas powtarzały się włamania do sklepów spożywczych, z których ginęło trochę słodyczy i słoiki miodu wrzosowego. W pewnym momencie wydarzenia nabrały wielkiego przyspieszenia. Kioskarze narzekali na stado przerośniętych orangutanów, które wpadały do kiosków i zabierały kolorowe tygodniki, rzadziej gazety codzienne, które rozkładały na ławkach w Parku Skaryszewskim, a następnie darły je na strzępy....

Innym razem rozbestwione orangutany wpadły do biura rachunkowego, wygoniły na podwórko przestraszone urzędniczki...Podobno właścicielka zatrzymała się dopiero na Gocławku...

Ale to chyba pogłoski, tanie sensacje, za którymi gonią wszystkie brukowce?

Opowiadano...opowiadano...Ale może były to plotki i tanie sensacje? Po wielu latach opowieść o szalonej menażerii niesamowicie się rozrosła...Wciąż ktoś dodaje jakiś nieznany dotąd epizod.

Czy można było jakoś ułożyć sobie relacje z psotnymi zwierzakami? Chyba tak...?

Orangutany polubiły papierosy i aromatyczny tytoń do fajek...Nikomu nawet nie przeszkadzało, że zręczny orangutan, któremu mieszkańcy nadali przydomek Romeo ( Dlaczego? Tego nikt nie wie..) potrafił wyjąć jakiemuś przechodniowi fajkę z ust, dwa razy się zaciągnąć, ukłonić się, a następnie oddać zdumionemu człowiekowi jego własność...

Właściciele stoisk na bazarze przy rondzie Wiatraczna twierdzili, że misie polubiły landrynki, a dziki okazywały wdzięczność, kiedy dostawały kilka zeszłorocznych buraków i ziemniaków...Wtedy chętnie pilnowały straganów...

Tak minęła jesień, a po niej łagodna zima. Była kapryśna wiosna, zupełnie nieobliczalna. Po upałach i tropikalnych deszczach do Warszawy dotarły syberyjskie mrozy i śnieżyce. Ludzie coraz rzadziej wychodzili z domów. Na domiar złego zastrajkowały wszystkie służby miejskie: nie jeździły autobusy, tramwaje, nie startowały samoloty. Dziennikarze radia i telewizji, a nawet operatorzy Internetu odmówili dalszej pracy...

W tych dniach mieszkańcy Warszawy zapomnieli o psotnych zwierzętach.

Którejś nocy, kiedy miasto powoli pogrążało się w letargu, jeden z mieszkańców, od wielu lat cierpiący na bezsenność, miał rzekomo usłyszeć pojedynczy strzał, potem widział rozbłyski wielu eksplozji, a następnie słyszał wściekłą kanonadę. A może był to początek wiosennej burzy, po której przyszły ciepłe i słoneczne dni... (?)

PS.

Mieszkańcy miasta dopiero się obudzili i ze zdumieniem spostrzegli, że ich sen trwał znacznie dłużej niż jedną noc...Był początek zimy, a może połowa lutego (?)

PS.2

Nasza psotna menażeria na dobre zniknęła...Być może wszystko rozegrało się tamtej wiosennej nocy?

To chyba wtedy mieszkańcy miasta zapadli w głęboki sen...

- Zima była mroczna i wyjątkowo męcząca, sen mieszkańców tutejszych domów trwał bardzo długo...

---------------------------------------------------------------------------------------------

listopad-grudzień 2022

Średnia ocena: 0.0  Głosów: 0

Zaloguj się, aby ocenić

Komentarze (1)

  • Moews
    Opowiastka o zwierzętach- trochę w niej faktów, ale znacznie więcej zmyśleń i domysłów

Napisz komentarz

Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania