KASACJA

PROLOG: Wybór w blasku neonu

Deszcz bębnił o blaszany dach magazynu GS-u na obrzeżach Warszawy. W środku, w snopie światła z jednej, brudnej żarówki, na krzesłach siedziało dwóch mężczyzn – kierownik wydziału handlu i jego zastępca. Obaj związani, z ustami zaklejonymi szarą taśmą.

Przed nimi stał mężczyzna w nienagannie skrojonym, importowanym garniturze. W ręku trzymał milicyjnego P-64.

– Panowie, socjalizm uczy nas dzielić się po równo – powiedział cicho, uśmiechając się zimno. – Ale dzisiaj zrobimy wyjątek. Nie mam czasu na dwa przesłuchania, a milicja już tu jedzie. Jeden z was zaraz powie mi, gdzie są ukryte talony na samochody. Drugi dostanie kulkę. Daję wam dziesięć sekund, żebyście wzrokiem ustalili, który idzie na pierwszy ogień. Czas start.

ROZDZIAŁ 1: Plujka i teorie naukowe

Porucznik Olgierd Żurawski zaklął pod nosem, gdy fusy od taniej kawy oparły się o jego przednie zęby. Siedział w błękitnym Milicyjnym Fiacie 125p, który odmawiał współpracy na każdym zakręcie. Obok niego, za kółkiem, siedział sierżant Edek. Edek właśnie próbował otworzyć paczkę „Radomskich” zębami, jednocześnie kręcąc kierownicą.

– Obywatelu poruczniku – zaczął Edek, niemal dławiąc się filtrem. – A może ten cały „Krupier” to wcale nie człowiek? Może to jakiś imperialistyczny sabotażysta wysłany, żeby podkopać zaufanie do naszej gospodarki planowej?

– Edek, zamknij się – warknął Żurawski, masując skronie. – „Krupier” to zwykły skurwiel z pistoletem, który ma za dużo czasu i za mało skrupułów. A ty zaraz wjedziesz w ten chlew, jeśli nie zaczniesz patrzeć na drogę.

– Ale szefie, ja patrzę! Tylko ta wycieraczka od strony pasażera znowu...

W tym momencie zza ściany deszczu wyrosła sylwetka magazynu GS-u. I dokładnie w tej samej sekundzie z okna budynku buchnął ogień z kałasznikowa.

ROZDZIAŁ 2: Socjalistyczny pościg

– O kurde, rodzą! – wrzasnął Edek, dając po hamulcach. Fiat obrócił się o 180 stopni, tyłem uderzając w drewniany płot. Płot przestał istnieć.

Żurawski nie czekał. Wybił barkiem drzwi i wypadł na błoto, wyciągając z kabury swojego wytartego TT-ka. Z magazynu wybiegł „Krupier”, ciągnąc za sobą wielką, skórzaną torbę pełną talonów i dolarów z Pewexu. Za nim biegło dwóch jego pomagierów, siejąc ołowiem na oślep.

– Edek, osłaniaj mnie! – wrzasnął Żurawski, ruszając biegiem w stronę zaparkowanej obok magazynu, czarnej Wołgi bandytów.

Edek, pełen rewolucyjnego zapału, wyskoczył z Fiata, potknął się o własny płaszcz, upadł twarzą w błoto, ale zdołał wystrzelić. Kula trafiła prosto w... tylną oponę ich własnego Fiata.

– Trafiony! – zameldował dumnie z kałuży.

– No debil, po prostu debil – syknął Żurawski, kuląc się za beczką po paliwie, podczas gdy kule z kałasznikowa rozrywały blachę dookoła niego.

„Krupier” wskoczył do Wołgi. Silnik zaryczał, a czarna bestia ruszyła prosto na Żurawskiego, rozbryzgując fontanny błota. Porucznik spojrzał prosto w przednią szybę. Przez ułamek sekundy widział twarz mordercy. „Krupier” uniósł dwa palce do czoła w ironicznym salucie, po czym Wołga z piskiem opon wbiła się na główną drogę, zostawiając milicjantów w chmurze spalin i dymu.

ROZDZIAŁ 3: Świadek, który stracił apetyt

Pół godziny później deszcz ustał, zostawiając po sobie duszny, parujący smród mokrego asfaltu. Na miejsce zajechała milicyjna Nysa, z której leniwie wysiadł technik z aparatem „Zorka”, przeklinając pod nosem, że musiał zostawić niedokończoną partię brydża.

Żurawski stał wewnątrz magazynu nad ocalałym zastępcą kierownika. Facet nazywał się Malinowski, był blady jak ścienna kreda i wciąż trząsł się tak mocno, że zęby stukały mu o brzeg aluminiowego kubka z herbatą, którą przyniósł mu Edek. Drugi z urzędników leżał kilka metrów dalej, przykryty szarym, wojskowym kocem, spod którego sączyła się ciemna strużka.

– No i co, obywatelu Malinowski? – Żurawski kucnął przy nim, podając mu otwartą paczkę „Sportów”. – Ogień macie?

– O-on... on kazał nam wybierać, panie poruczniku – wykrztusił Malinowski, łapczywie zaciągając się dymem. – Powiedział, że ten, który spojrzy na drugiego, umiera pierwszy. Świętej pamięci Janek popatrzył na mnie z takim błaganiem... a ten bandyta tylko się zaśmiał. Powiedział: „Zły ruch, panie Janku. Krupier zawsze widzi, kiedy blefujesz”. I strzelił. Ot tak. Jakby muchę zabijał.

Edek, który w międzyczasie zdążył wytrzeć błoto z twarzy (zostawiając malownicze, czarne smugi za uszami), podszedł z notesem.

– Obywatelu poruczniku! – rzucił służbistym tonem, salutując z taką energią, że mało nie wybił sobie oka daszkiem czapki. – Zabezpieczyłem dowód rzeczowy. Ślady opon czarnej Wołgi wskazują, że uciekali w stronę szosy na Gdańsk, albo na Poznań, albo po prostu zawrócili do centrum. W każdym razie, bieżnik jest mocno zdarty, co zgłosiłem już drogówce.

Żurawski spojrzał na swojego pomocnika z ciężkim westchnieniem.

– Edek, twój geniusz mnie poraża. Zawęziłeś krąg poszukiwań do terytorium całej Polskiej Rzeczypospolitej Ludowej. Może od razu wyślij depeszę do Interpolu?

– Da się zrobić, szefie! Tylko centrala na poczcie ma przerwę obiadową do piętnastej – odparł całkiem poważnie Edek.

ROZDZIAŁ 4: Układ zza lady Pewexu

Żurawski wiedział, że „Krupier” nie uciekł z Warszawy. Ktoś, kto polował na talony samochodowe i nie gardził dolarami, musiał mieć tutaj potężne zaplecze. Godzinę później Fiat 125p – rzężący na trzy gary i z zapasowym kołem, które Edek założył na odwrót – zatrzymał się przed hotelem „Victoria”. To tutaj biło finansowe serce stolicy, karmione dewizami i zagranicznym alkoholem.

Porucznik wszedł do środka, zostawiając Edka na czatach z jasnym przykazaniem: „Jeśli zobaczysz czarną Wołgę, masz w nią nie strzelać. Masz po prostu głośno krzyczeć”.

W hotelowym Pewexie pachniało lepszym światem – kawą „Jacobs”, mydłem „Fa” i Pewexową czekoladą. Za ladą stała zblazowana ekspedientka, która na widok legitymacji Żurawskiego nawet nie przerwała piłowania paznokci.

– Słuchaj no, dziewczyno – zaczął cicho porucznik, opierając się o szklaną gablotę. – Szukam faceta. Elegancki, garnitur z Pewexu, pachnie zagranicznym tytoniem, zostawia po sobie trupy i mówi na siebie Krupier. Płaci zielonymi. Był tu?

Dziewczyna uniosła wzrok, a w jej oczach pojawił się cień strachu, który natychmiast spróbowała zamaskować kpiącym uśmieszkiem.

– Panie poruczniku, tu co drugi klient płaci zielonymi i pachnie zagranicą. A milicja nie ma tu wstępu bez nakazu prokuratora, dyrektor hotelu ma plecy w komitecie centralnym...

Żurawski nie dokończył. Złapał dziewczynę za rękę, w której trzymała pilniczek, i przyciągnął ją bliżej.

– Ten twój dyrektor z komitetu nie zbierał dzisiaj mózgu swojego kolegi z podłogi magazynu GS-u. Krupier nikomu nie płaci dwa razy. Jak skończą mu się talony, przyjdzie po twój utarg. Mów, co wiesz, albo zamknę ten twój kram w imię walki ze spekulacją i zgniłym zachodem.

Dziewczyna przełknęła ślinę. Rozejrzała się nerwowo po pustym sklepie.

– Nie znam gościa. Ale pytał o cinkciarza „Ślepego” Mietka. Mietek ma dzisiaj „wypłatę” w podziemiach restauracji „Krokodyl” na Starym Mieście. Krupier mówił, że chce wymienić papier na „żywe złoto”.

ROZDZIAŁ 5: Czarny humor i ostre strzelanie

Kiedy Żurawski wybiegł przed hotel, zastał widok, który niemal zwalił go z nóg. Edek stał na dachu ich Fiata z wyciągniętym pistoletem, a wokół auta kręciła się trójka kompletnie pijanych studentów z zagranicy, którzy myśleli, że to element jakiegoś ulicznego performance’u.

– Obywatelu poruczniku! Tam jadą! – wrzasnął Edek, wskazując palcem na skrzyżowanie.

Z bocznej uliczki rzeczywiście wytoczyła się czarna Wołga. „Krupier” musiał ich zauważyć, bo z pasażerskiego okna wychyliła się lufa kałasznikowa.

– Edek, złaź z tego grata! – rzygnął ogniem Żurawski, sam dopadając do drzwi kierowcy.

Zanim Edek zdążył zareagować, długa seria z automatu przecięła powietrze. Kule poszatkowały maskę Fiata, a jedna z nich odstrzeliła milicyjnego „koguta” z dachu, który z głośnym sykiem potoczył się po chodniku. Edek spadł z dachu prosto w otwarte drzwi pasażera, lądując głową na skrzyni biegów.

– Ruszaj szefie, bo nas przerobią na konserwy turystyczne! – zajęczał z dołu sierżant.

Żurawski wrzucił jedynkę. Fiat, ku zdziwieniu wszystkich, w tym samego porucznika, wyrwał do przodu z głośnym piskiem opon. Ruszyli w szaleńczy pościg przez popołudniową Warszawę. Wołga gnała pod prąd, spychając z drogi autobusy miejskie i nieliczne Syrenki.

– Edek! Wyciągaj gnata i strzelaj w chłodnicę! – krzyczał Żurawski, lawirując między przechodniami na Krakowskim Przedmieściu.

Edek wystawił rękę przez okno. Huknęło raz, drugi, trzeci.

– Szefie! Chyba trafiłem! – wrzasnął uradowany.

– W co, na miłość boską?!

– W witrynę sklepu „Cepelia”! Ale głowa konia z papier-mache ładnie eksplodowała!

– Ja cię chyba sam zastrzelę, Bęben! – wściekł się Żurawski.

Wołga gwałtownie skręciła w stronę wąskich uliczek Starego Miasta. Prędkość była zbyt duża – czarna limuzyna zahaczyła o róg kamienicy, gubiąc zderzak i z iskrami lecącymi spod podwozia wpadła na bruk runku. Żurawski wjechał tuż za nimi, blokując Fiatem jedyną drogę ucieczki z placu.

Bandyci wyskoczyli z wozu. „Krupier” trzymał w ręku ciężką walizkę. Spojrzał na nadbiegającego Żurawskiego, a na jego twarzy znowu pojawił się ten sam, upiorny uśmiech. Złapał przechodzącą obok starszą panią z siatką pełną porów i ziemniaków, przystawiając jej pistolet do skroni.

– No i co teraz, poruczniku? – zawołał Krupier, a jego głos echo odbiło od ścian kamienic. – Socjalistyczna moralność czy sprawiedliwość? Wybieraj. Albo puszczasz mnie wolno, albo ta obywatelka nie doczeka wieczornego Dziennika Telewizyjnego. Masz pięć sekund.

Żurawski zamarł. Jego TT-ka celowała prosto w pierś mordercy, ale ryzyko było zbyt duże. Krupier zaczął się cofać w stronę ciemnej alejki.

Wtedy zza pleców porucznika rozległ się dziwny, metaliczny dźwięk. To Edek, próbując wysiąść z Fiata, zaklinował się pasem bezpieczeństwa, potknął o urwany przewód od koguta i lecąc do przodu, przypadkowo nacisnął spust swojego P-64.

Kula, wystrzelona niemal z poziomu gruntu, rykoszetowała od bruku, odbiła się od zardzewiałej latarni i trafiła... prosto w walizkę trzymaną przez Krupiera.

Zamek walizki pękł. Setki zielonych banknotów i setki różowych talonów na Maluchy i Duże Fiaty uniosły się w powietrze, tworząc gigantyczną, gęstą chmurę. Przerażona starsza pani, widząc spadające z nieba dolary, z okrzykiem „Matko Boska, cud w Warszawie!” zaczęła okładać Krupiera swoją ciężką siatką z ziemniakami po głowie.

Oszołomiony i zasypany talonami Krupier stracił równowagę. Żurawski wykorzystał sekundę – doskoczył do niego, wyprowadził potężny, milicyjny prawy prosty prosto w elegancką szczękę bandyty, grzebiąc go w błocie i papierach.

EPILOG: Zasłużona nagroda

Dwie godziny później, w dusznych piwnicach komendy na Malczewskiego. Krupier, już w kajdankach i bez garnituru, siedział w celi.

Żurawski siedział przy swoim biurku, pisząc raport na starej maszynie „Erika”. Edek, z dumnie wypiętą piersią, rzucał na blat uratowane z bruku banknoty.

– No, Edek – odezwał się Żurawski, nie przerywając pisania. – Ten twój strzał to był podręcznikowy przykład ballistyki międzygalaktycznej. Jak ty to zrobiłeś?

– Czysta kalkulacja, obywatelu poruczniku! – skłamał bez mrugnięcia okiem Edek. – Przewidziałem trajektorię rykoszetu. W końcu partia uczy, że rzetelny milicjant musi myśleć nieszablonowo. Należy nam się chyba jakaś premia, co? Może talon na auto?

Żurawski zatrzymał maszynę, spojrzał na Edka, potem na paczkę „Sportów”.

– Dostaniesz premię, Edek. Osobisty uścisk dłoni komendanta i talon. Ale na darmowe rwanie zębów w przychodni MSW, bo jak jeszcze raz przestrzelisz mi oponę w moim służbowym aucie, to sam ci tę szczękę zreorganizuję. A teraz idź przynieś kawy. Tylko tym razem bez fusów.

KONIEC

Średnia ocena: 3.6  Głosów: 5

Zaloguj się, aby ocenić

    Napisz komentarz

    Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania