Kasztanowe włosy

Miarowy stukot pociągu delikatnie kołysał jego stan półjawy, półsnu. Powoli, z niechęcią, otwierał oczy. Wokół panował półmrok. Za oknem nocny krajobraz z drgającego cienia przeistaczał się powoli w coraz wyraźniejszy obraz rzeczywistości. Spod półprzymkniętych powiek zaczynał powoli rozróżniać poszczególne kształty. Na horyzoncie zaczynało jaśnieć. Jego stalowy smok bez pośpiechu, lecz nieuchronnie zmierzał w stronę nowego dnia. Nie wzbudzało to w nim entuzjazmu. Wolałby odwlekać poranek jeszcze przez jakiś czas. Przez jeszcze jedną noc. Przez tydzień. A najlepiej do końca świata. Albo przynajmniej do końca swoich dni.

Chciał jeszcze trwać w tym stanie, który wydawał mu się niemal błogi. Był zmęczony. Chciał jeszcze zasnąć, ale jego umysł zaczynał już pracować, jakby niezależnie od jego woli – analizował, układał plan dnia i warianty tegoż planu. Myślał o nadchodzącym dniu z niechęcią. Jego rutyna, jego praca i zadania nigdy nie były ani łatwe, ani proste. Nie były też czyste. Ale jeszcze kiedyś wierzył, że mają jakiś większy sens, że są częścią większej, lepszej sprawy.

Lata służby pozbawiły go wszelkich złudzeń. Czuł się jak w matni. Nie wierzył w to, co musiał robić. Czasami ta robota go po prostu brzydziła. Coraz rzadziej zaglądał do lustra, za to coraz częściej do butelki. Nie widział innej drogi ucieczki. Zaciskał zęby i robił, co mu kazano. Nie miał siły, by przestać, by się uwolnić. Nie wiedział, jak. A może po prostu się bał? Albo, co gorsza, przyzwyczaił się i nie widział już dla siebie innej rzeczywistości.

Po prostu trwać i robić swoje. Bez względu na wszystko. Bez oglądania się za siebie, bez patrzenia przed siebie. Jak maszyna, która ma do wykonania zadanie, pozyskuje informacje, analizuje, przygotowuje plany, a potem je realizuje. Na zimno. Po wszystkim, kiedy emocje będą dawały znać o sobie, zawsze jest jeszcze zimna butelka w lodówce. Zawsze czeka i pozwala zasnąć. Prawie błogo.

Powoli zaczął się ruszać. Poczuł krążenie w ramionach i udach. Tępo patrząc w okno i na szarzejący krajobraz, sięgnął do wewnętrznej kieszeni marynarki. Poczuł kopertę. Wstał, przeciągnął się, czując ból we wszystkich kościach. Czuł się znacznie starzej, niż wskazywałaby na to jego metryka. To znaczy ta prawdziwa. W służbie używał tylu dokumentów, że sam tracił już pewność, ile miał lat. Zresztą nie tylko tego. To trochę dziwne, kiedy używa się tylu tożsamości. Patrzysz w lustro i próbujesz sobie przypomnieć, jak się nazywa ta istota naprzeciwko. A przynajmniej jak się nazywa dzisiaj, jutro i w dającej się przewidzieć najbliższej przyszłości.

Czasami zaczynał mieć wątpliwości, czy on w ogóle istniał naprawdę. Za każdym razem inna tożsamość, inne dokumenty, adresy, inne telefony. Inny człowiek. Za każdym razem wkuwał wszystko na pamięć: nazwisko, daty urodzenia i całą resztę. A zaraz po zakończeniu zadania miał obowiązek zdać wszystko i zapomnieć. Po czym procedura zaczynała się od nowa, od nowego zlecenia.

Kiedy zaczynały się pojawiać rozkazy czy też zlecenia działań poza granicami kraju, zaczynał się zastanawiać, czy wciąż jest funkcjonariuszem działającym w ramach jakiegoś tam prawa, czy też to on, a raczej jego przełożeni, zaczynają to prawo tworzyć na własny użytek. Za każdym razem od nowa, jakby szyli je na wymiar zadania. Nie był nigdy świętoszkiem. Wyznawał zasadę, że działając zgodnie z literą prawa, nigdy nie osiągnie się zakładanych rezultatów, że to będzie zbyt wolne lub po prostu nieskuteczne. Ale wierzył, że przynajmniej działa zgodnie z duchem prawa, w obronie czegoś, co w dłuższej perspektywie można było nazwać sprawiedliwością lub bezpieczeństwem… kraju, ludzi.

Coraz częściej jednak miał wrażenie, że chodzi głównie o bezpieczeństwo… interesów jego szefów.

Wyszedł z przedziału i zaczął zmierzać w stronę wagonu restauracyjnego, by napić się gorącej, czarnej kawy i wpuścić nieco życia w swoje żyły. O tej porze wagon powinien być w miarę pusty, a on oprócz kawy chciał także znaleźć kilka chwil, by spokojnie i bez zbyt dużej liczby świadków, nie zwracając na siebie uwagi, przejrzeć papiery i zdjęcia.

Wagon restauracyjny faktycznie był niemal pusty. Tylko przy jednym stoliku, tuż przy barze, siedział pierwszy walczący ze świtem i bezsennością klient. Zamówił swoją kawę i usiadł przy stoliku na drugim końcu wagonu, mając za plecami ściankę, a przed sobą widok na cały wagon.

Wyjął kopertę. Była dość duża i zielona. Jej zawartość wyciągał ostrożnie, każdy dokument i zdjęcie pojedynczo. Najpierw materiały informacyjne dotyczące jego dzisiejszego zadania i człowieka, który miał być jego celem. Wszystko już znał, ale zawsze wolał jeszcze raz przeczytać dokumenty, by się upewnić, że wszystko dobrze opracował.

Schował materiały i wyciągnął zdjęcie celu. Starszy jegomość o bladej cerze i siwiejących włosach, z wyraźną łysiną, w kwadratowych okularach o grubych szkłach. Na pierwszy rzut oka księgowy. Z papierów wynikało to samo.

I znów zaczynają się pojawiać myśli, o które nie prosił, a które same dochodzą do głosu. Dlaczego miał się zająć tym człowiekiem? Nic szczególnego w papierach nie znalazł. Oczywiście zawsze dostawał tylko tyle informacji, ile jego przełożeni uznawali za stosowne. Miał wiedzieć tylko to, co pozwalało wykonać zadanie. I nic więcej. Nie płacili mu za myślenie, za oceny moralne i strategiczne, tylko za wykonywanie rozkazów. Nawet nie zlecono obserwacji, tylko od razu…

Schował papiery i zdjęcie. Rozsiadł się wygodniej i zamknął oczy. To w zasadzie jedyna forma ucieczki, na jaką go było stać. Na nic więcej nie był w stanie się zdobyć. Ze strachu. Za granicą zamkniętych powiek czuł się bezpieczniej, czuł się niemal wolny.

W takich chwilach powracały obrazy, które mógł sam przywołać, w przeciwieństwie do snów. Coraz częściej był to obraz tej kobiety: widok jej kasztanowych włosów, lekko zadartego nosa, kilku piegów, głębokich oczu pełnych wiary i nadziei, a jednocześnie wyrozumiałych, tak jakby potrafiły wybaczać. Bez rozczarowań, po prostu pełne wiary w sens i porządek świata, ale bez naiwności.

Czasami wydawało mu się niemożliwe, by ktoś w jej wieku mógł mieć spojrzenie starej i doświadczonej życiem kobiety, która przestała się z życiem zmagać. Po prostu zaczęła je akceptować, wybaczać i cieszyć się najdrobniejszymi oznakami codziennego życia: słonecznym świtem, uśmiechem dziecka, smakiem wina i kawy w przytulnej, małej kawiarence, kilkoma słowami odnalezionymi w nowej książce zaczynającej się jak nowa przygoda.

Oczywiście nie miał pewności, że taka jest, ale znał się na ludzkich oczach i tym, co się za nimi często skrywa. Z reguły dobrze rozpoznawał ludzkie emocje. Kwestia doświadczenia.

Widział jej włosy opadające na ramiona, na jasną koszulę. Jej kroki, taniec jej kroków zamkniętych w zwiewnej sukience i tenisówkach. Wyglądała przez to na młodszą, chociaż nie był w stanie precyzyjnie określić jej wieku.

Widywał ją przelotnie. Za pierwszym razem nie był nawet pewien, czy ją zauważył, czy była realną postacią, czy tylko ułudą, jakimś snem na jawie. Kiedy po raz drugi wyłapał w nurcie twarzy i garniturów długie kasztanowe włosy, a pod nimi tę twarz i te oczy, zaczął podążać za nią jak drapieżnik za ofiarą, ani na chwilę nie tracąc jej z oczu, samemu nie będąc zauważonym.

To był czysty instynkt. Nie potrafił w żaden racjonalny sposób wytłumaczyć sobie, dlaczego zwrócił na nią uwagę. Dlaczego w tym strumieniu ludzkich losów przemierzających ulice miasta, które były dla niego tylko tłem, ledwie szumem, nagle dostrzega kasztanowe włosy i te oczy. Twarz, której nie potrafi wyrzucić, zapomnieć, wymazać.

A kiedy znów odnajdywał ją w miejscach i o czasie, które wydawały się całkowicie przypadkowe, zaczynał za nią podążać jak cień, tyle że oddalony o kilkadziesiąt metrów. Sam bardzo dobrze potrafił wtapiać się w kształty i kolory miasta, potrafił być niezauważony, jeśli tylko chciał. Jednak podążając za nią, z jakiegoś absurdalnego powodu chciał, żeby go zobaczyła, żeby skierowała swoje spojrzenie na niego. Chciał i jednocześnie się tego bał.

Po prostu nie rozumiał. Przecież w ogóle jej nie znał. A mimo to miał wrażenie, że znał ją od dawna, niemal od dzieciństwa, którego prawie w ogóle nie pamiętał. Dawała mu poczucie innego świata, w którym mógłby, w którym chciałby zamieszkać. Zdawał sobie sprawę, że to nierealne, ale nie potrafił od tego uciec.

Pragnął znów ją zobaczyć, a gdy po kilku dniach lub tygodniach wyławiał ją wśród innych twarzy, zaczynał za nią podążać, przyciągany jak ćma do światła, często zapominając o realizowanym właśnie zadaniu. Tak, dla niego była światłem. Była nadzieją i wybaczeniem, była wolnością i spokojem. Tylko dlaczego właśnie ona?

Przeczuwał, że to światło może być wybawieniem i jednocześnie zgubą, wyzwoleniem i… śmiercią. Im bardziej o tym myślał, tym bardziej absurdalne wydawało mu się to wszystko. A najgorsze było to, że im bardziej absurdalne mu się to wydawało, tym bardziej pragnął zanurzać się w jej świecie, tym bardziej szukał jej w odbiciach miasta i tym więcej czasu poświęcał na czekanie, jak wytrawny łowca. I tym dłużej i dalej za nią podążał.

Jednak to wcale nie przybliżało go do prawdy lub chociażby do wiedzy o tym, kim ona była. Owszem, poznał imię i miejsce pracy — w starej księgarni. Wiedział też, gdzie wynajmowała małe mieszkanie na poddaszu razem z koleżanką w roli sublokatorki. Nie miała samochodu. Czasami widywał ją na białym rowerze, ale nie miał pewności, czy to był jej rower czy sublokatorki.

Mówiła niskim, bardzo śpiewnym głosem, z lekkim akcentem sugerującym jakieś wschodnioeuropejskie korzenie. Może Czeszka albo Słowaczka. Może Polka lub Ukrainka. Nie był pewien, bo te języki zlewały mu się w jedno, niezrozumiałe i nieprzetłumaczalne na żaden ludzki język brzęczenie. Ale w jej wykonaniu było bardzo urokliwe.

Matko, nawet nie zdawał sobie sprawy, że zna lub też raczej pamięta i potrafi wykorzystać w zdaniach takie słowa jak „urokliwy”.

Miał jakieś dziwne, wewnętrzne przeczucie, że jest lub będzie dla niego ważna, że każde jej pojawienie się, chociażby nie wiadomo jak przypadkowe, jednak przypadkowe nie było.

Nie, nie było w nim nic z wiary w rzeczy duchowe. Może nie był największym bystrzakiem na świecie — zresztą gdyby był, nie ugrzązłby w tej robocie — ale mimo to nie był na tyle głupi, i używał tego słowa z pełną premedytacją i determinacją, tak, nie był na tyle głupi, by wierzyć w jakieś sprawy nadprzyrodzone. A jeśli już, to co najwyżej w największą siłę rządzącą światem: czysty i całkowicie nieprzewidywalny przypadek.

Stąd też nigdy nie planował wszystkiego od A do Z lub też co do minuty. Zawsze zostawiał sobie pole dla improwizacji. To chyba był też jedyny element, który jeszcze sprawiał mu chociaż trochę przyjemności. Jeżeli w ogóle można tutaj mówić o przyjemności. Zgodnie z zasadą: jak się nie ma, co się lubi…

Pociąg powoli wtaczał się na stację. Dokończył kawę i wyszedł zderzyć się z chłodnym powietrzem poranka na średniej wielkości stacji, w średniej wielkości mieście. Miasto widmo, miasto idealne dla kogoś, kto chce schować się przed światem. W sumie byłoby idealne także dla niego. Schować się, uciec od przeszłości. W jednym z tysiąca niewielkich miasteczek, na tyle niewielkich, że są niemal niezauważalne, a z drugiej strony na tyle dużych, że można tam żyć anonimowo, bez przeszłości, bez zbytniej wścibskości ze strony współmieszkańców. Miasto idealne.

Rozmyślając o swoim raju, niespiesznie szedł niewielkimi uliczkami prowadzącymi od dworca w stronę adresu z dokumentacji służbowej. Przyglądał się ukradkiem mijanym twarzom spieszących się gdzieś przedstawicieli własnego gatunku, fasadom odnowionych kamienic sąsiadujących z tymi, które wyglądały, jakby za chwilę miały zakończyć swój żywot. Razem z mieszkańcami zaludniającymi ich wnętrza.

Spoglądał w okienne oczodoły budynków, szukając śladów życia, gestu, światła, czegokolwiek, co świadczyłoby o typowej codzienności kamienic w centrum niewielkiego miasteczka.

Powoli zbliżał się do celu. Zaczął się rozglądać za punktem obserwacyjnym, najlepiej kawiarnią z dużymi witrynami, które pozwalały obserwować ulicę. Dostrzegł dobrze zapowiadającą się witrynę baru, ale… nie tylko.

W witrynie dostrzegł odbicie kasztanowych włosów. To niemożliwe. Przypadek przypadkiem, ale to po prostu niemożliwe, żeby to była ona. I to właśnie tutaj. A jednak… to te same włosy. Ten sam krok, ten sam ruch bioder. Witryna zdradzała nieco więcej i miał niemal pewność, że to te same oczy.

Ale jak to, do cholery, jest możliwe? Czy rzeczywistość może być aż tak przypadkowa? Nie, to już nawet nie przypadek, to absurd. Wiedział o niej na tyle dużo, by być całkowicie zaskoczonym jej obecnością w tym miasteczku, w pobliżu tego właśnie adresu. A może coś przeoczył? Może jego fascynacja zaślepiła go i coś niezwykle istotnego umknęło jego uwadze.

W ręku niosła półprzezroczystą siatkę, zza której widać było jakieś pieczywo, karton mleka lub kefiru, jakieś warzywa, trochę czerwieni pomidorów i zieleni sałaty. Po prostu śniadanie? Czy taki przypadek może być aż tak banalny?

Budził się w nim łowca. Zaczął za nią podążać. Skupiony coraz bardziej na tym, by z jednej strony nie stracić jej z oczu, a z drugiej — nie być dostrzeżonym. Jego umysł, wciąż jeszcze nie do końca obudzony, zaczynał pracować na coraz wyższych obrotach, analizując, szukając dróg, zasłon, kamuflażu i punktów obserwacyjnych. Improwizował, ale na zupełnie inny temat, niż pierwotnie planował.

Skupiał się coraz bardziej na niej, praktycznie wszystko inne przestawało istnieć. Przyspieszał, zwalniał. Stawał przed jakąś witryną lub słupem ogłoszeniowym, ale zawsze tak, by chociaż w odbiciu, w refleksach odbijanych przez szyby sklepów, mieszkań i samochodów, móc wciąż mieć ją w zasięgu wzroku.

Zapomniał o zadaniu, zapomniał o celu wizyty w tym mieście. Widział tylko ją i jedyne, o czym był w stanie myśleć, to jak podążać niezauważonym za jej kasztanowymi włosami.

Nie usłyszał klaksonu ani nawet pisku opon. Poczuł tylko uderzenie, po którym od razu stracił przytomność.

Kiedy powoli zaczynał otwierać oczy, najpierw poczuł ból, który zaczynał rozpływać się po całym ciele. Zauważył też jakieś głowy pochylające się nad nim. Powoli wracała mu świadomość. Nie mógł się poruszyć. Wolał zresztą się nie ruszać, bo nawet myśl o ruchu sprawiała, że ból stawał się jeszcze większy.

Kiedy złapał już nieco więcej kontaktu z rzeczywistością, coś przykuło jego uwagę. Lekko przechyloną głową, leżącą na czymś bardzo twardym, skierował wzrok na jedną z twarzy pochylających się nad nim. To była twarz jego celu, jego prawdziwego celu i zadania, które sprowadziło go do tego miasta. Tak, to był on. Niemal twarzą w twarz.

Zaczynał zapominać o bólu, zaczynał intensywnie myśleć, co powinien zrobić, jak wyjść z tej sytuacji. O jego incognito nie było już mowy. Czy ten człowiek miał świadomość, kim on mógł być? Czy mógł się domyślać celu jego wizyty w tym mieście? Jeżeli był tak inteligentny, jak sugerowały dokumenty, to przynajmniej się tego spodziewał. Mógł spodziewać się kogoś takiego jak on.

Ale czy teraz o tym myślał? Czy widział tylko ofiarę wypadku? Bo powoli docierało do niego, co się wydarzyło.

Pomimo natłoku myśli czuł, że powoli znów będzie tracił świadomość. Jakby przez mgłę dostrzegł coś jeszcze. Z tłumu gapiów znów wyłoniły się kasztanowe włosy i te oczy. Podchodziły powoli do niego, przyglądając mu się ostrożnie, ale bez strachu. W tych oczach było jakieś ciepło, smutek i uśmiech jednocześnie. I wybaczenie.

Już nie czuł bólu. Zaczynał tracić zmysły. Było mu zimno, coraz zimniej. Ale nie czuł strachu. Zdawał sobie sprawę, że to może być już koniec jego historii. Trudno było sobie wyobrazić lepszą formę ucieczki. Czuł, że odpływa.

Wtedy dziewczyna o kasztanowych włosach podeszła do mężczyzny ze zdjęcia z dokumentacji, chwyciła go za ramię i powiedziała:

– Tato, chodź do domu. Zaraz przyjedzie karetka. Już dzwoniłam.

Jego wzrok mętniał, oczy coraz bardziej zachodziły mgłą. Przestawał rozróżniać twarze i głosy. Przestawał czuć cokolwiek. Ale był spokojny. Po raz pierwszy od wielu lat czuł się… wolny.

Kilka godzin później, w mieszkaniu jednej z kamienic, kobieta o kasztanowych włosach zmywała naczynia po śniadaniu, które przygotowała ojcu. Z pokoju dobiegał głos lokalnej stacji radiowej, której słuchał starszy mężczyzna. Akurat zaczął się serwis informacyjny.

Dziennikarz podawał wiadomości, w tym także tę o śmiertelnym potrąceniu pieszego w centrum miasta — mężczyzny w wieku około czterdziestu lat, który niespodziewanie wtargnął na jezdnię, wpadając pod koła ciężarówki. Nie udało się ustalić jego tożsamości.

Ani słowem nie wspomniano o zielonej kopercie i jej zawartości.

Średnia ocena: 5.0  Głosów: 1

Zaloguj się, aby ocenić

    Napisz komentarz

    Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania