Kawał Gminnego Żelastwa

– A więc, Julianie Waldemarze Buczyński, starasz się o przyjęcie na stanowisko perkusisty w zespole rockowym Kawał Gminnego Żelastwa?

Młody licealista w typie zupełnego szaraka z czarnymi, krótko ściętymi włosami kiwnął lekko głową.

– To chyba oczywiste – dodał po chwili.

Ten drugi nie wyglądał, jakby myślał podobnie. Siedzieli w jakimś starym barze z lat osiemdziesiątych, ulokowanym przy drodze wojewódzkiej, na którą wychodziły okna, w których szyby były zakurzone nawet od wewnątrz. Ze ściany plastikowymi ślepiami spoglądał na Juliana łeb dzika.

– W tym kraju wiele rzeczy jest oczywistych: podatki, korupcja, niejasne praktyki medyczne na wysokim szczeblu i jeszcze z tuzin innych rzeczy. I wiesz co, żadne z nich nie dotyczą naszej rozmowy.

– Ogłoszenie wisiało na słupie energetycznym. Pomyślałem, że to dobra okazja, abym się sprawdził.

Przedstawiciel zespołu uśmiechnął się lekko. Poprawił mankiety błękitnej koszuli i zrobił łyk herbaty.

– Tak, słupy. Ale tylko te stare. Zauważyłeś?

– Co, nie, raczej nie.

– No to jakie masz kwalifikacje?

– Wysłałem wszystko…

– Jasne, jasne. Ale ja się pytam o kwalifikacje życiowe.

Julian zmarszczył czoło, próbując zmusić mózg do większego wysiłku aby ogarnąć, co jego rozmówca ma na myśli.

– Myślę, że…

– Masz żonę, dziecko, może dzieci?

– Nie, nie mam nawet dziewczyny. Ale czy to ważne?

– Oczywiście! Po koncertach na afterkach zawsze są grube biby, dużo chlania i chętne pupcie na miłosny rejsik, jeśli wiesz, co mam na myśli – zaśmiał się jak podchmielony wujas na weselu. – Jak masz rodzinę, to zawsze jakoś tak trudniej się schamić, nie to że wcale nie da się. Ale łapiesz, jesteś odporniejszy.

Ktoś wszedł do baru. Przez drzwi do wnętrza wdarł się zimny, jesienny wiatr i kilka martwych liści. Za oknem, bez chłodu, jesień listopadowa wyglądała nawet klimatycznie.

– Jesteś ze mną, młody?

Julian otrząsnął się z lekkiego zamyślenia. Stracił trochę werwy, bo rozmowa zeszła na mniej oczywiste tory.

– Nie piję alkoholu, więc raczej…

– A tam, nie pijesz. Nauczą cię. Każdy się wciągnie. A pupcie to już w ogóle. Taka nasza natura.

– Wygrałem konkurs talentów rangi wojewódzkiej. Moje solo na perkusji było naprawdę ekstra.

– Na pewno, na pewno. Ale ja się pytam, czy zasysasz kreskę?

– Nie, nie biorę żadnych narkotyków.

Przedstawiciel poprawił przedziałek i pokręcił głową z niesmakiem.

– Co z ciebie za gwiazda rocka, hmmm? Ani dragi, ani pupcie, ani mocny alkohol. A chociaż mandat dostałeś?

– Nie, mam prawko od pół roku dopiero.

– Gościu, ja po trzech miałem już wyczerpany limit punktów, a po roku zabrali mi psiarskie kwity i była jazda na nielegalu, jeśli wiesz, o czym mówię. Kawał Gminnego Żelastwa to życie na krawędzi. Mocne akcje w remizach i na boiskach szkolnych, a potem ostre numerki w kiblu damskim. Brakuje ci doświadczenia.

Przedstawiciel poprosił kelnerkę. Młoda, zgrabna blondynka zgłosiła się w mgnieniu oka.

– Proszę o rachunek.

– Na koszt baru – odparła.

– Widzisz, młody? Jestem lepszy od ciebie, haaa!

Facet wstał i podszedł do drzwi.

– Czyli nic z tego? – zapytał Julian.

Przedstawiciel zatrzymał się nagle, cofnął rękę z klamki drzwi i sięgnął pod płaszcz. Wyjął colta, przymierzył i usadowił palec na spuście.

– Nadajesz się, gościu. Pozdrów ode mnie tatusia.

Średnia ocena: 1.0  Głosów: 1

Zaloguj się, aby ocenić

Komentarze (1)

  • Grisza godzinę temu
    Świetne! Ale końcówki z coltem - przyznam się - nie rozumiem...

Napisz komentarz

Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania