Kiedy algorytm pisze, a botanik czyta
Gdyby kilkanaście lat temu ktoś powiedział nam, że dożyjemy czasów, w których komputery zaczną pisać wiersze, malować obrazy i układać przepisy na bezglutenowe ciasto z cukinii, a ludzie wciąż będą musieli wstawać o siódmej rano do fizycznej pracy, prawdopodobnie uznalibyśmy to za wyjątkowo ponury żart. A jednak, oto jesteśmy. Oto weszliśmy w erę sztucznej inteligencji, która z wdziękiem i bez mrugnięcia okiem wyręcza nas w tym, co dotychczas uważaliśmy za naszą wyłączną, ludzką domenę: w myśleniu i tworzeniu.
Najpiękniejszy w tej nowej rzeczywistości jest absolutny absurd codziennego obiegu informacji. Żyjemy w cyfrowym ekosystemie, w którym pracownik biurowy prosi sztuczną inteligencję o napisanie długiego, wyrafinowanego maila do szefa na podstawie trzech słów kluczowych: „przepraszam za spóźnienie”. Szef, dostając tę dwustronicową rozprawkę o dynamice porannych korków i reorientacji priorytetów czasoprzestrzennych, nie ma czasu jej przeczytać. Co więc robi? Przepuszcza maila przez własną sztuczną inteligencję, by ta streściła go do trzech słów: „spóźnił się, przeprasza”. W ten sposób dwa potężne algorytmy rozmawiają ze sobą nawzajem, zużywając prąd zdolny zasilić małe miasteczko, podczas gdy dwaj ludzie na dwóch końcach światłowodu przytakują głowami, przekonani, że wykonali genialną pracę.
Sztuczna inteligencja stała się naszym cyfrowym, niezwykle uprzejmym i nigdy niemęczącym się cieniem. Zrobisz błąd gramatyczny? Poprawi. Nie wiesz, jak zagadać na aplikacji randkowej? Wymyśli wiersz w stylu romantycznym. Potrzebujesz planu treningowego, diety cud albo usprawiedliwienia do szkoły? Daj jej dwie sekundy. Stała się nową wyrocznią, do której zwracamy się z każdym pytaniem, zapominając, że algorytm nie ma własnych doświadczeń, on po prostu przeczytał cały Internet i wie, co statystycznie brzmi mądrze.
Czy to oznacza, że AI nas zastąpi? Zapewne w wielu rzeczach tak. Ale najzabawniejsze jest to, że im bardziej cyfrowy i idealny staje się świat tworzony przez boty, tym bardziej zaczynamy tęsknić za zwykłym, ludzkim potknięciem. Za literówką zrobioną pod wpływem emocji, za nieco krzywo namalowanym obrazem i za rozmową, w której ktoś po drugiej stronie nie serwuje nam idealnie wyważonej, perfekcyjnej odpowiedzi, lecz po prostu szczerze nie ma pojęcia, co powiedzieć.
Może więc zamiast bać się, że roboty zabiorą nam pracę i duszę, warto po prostu zacząć z nich korzystać tam, gdzie naprawdę się przydają, a całą resztę niedoskonałego, chaotycznego życia zostawić sobie?
Napisz komentarz
Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania