Kiedy owczarze wyruszali na rzeź, ostatnim co widzieli był krwawy zachód słońca

Pomyślałem wtedy o Caroline, która jak zwykle ubrana w kusą spódniczkę i białe stringi, tańczyła na stole biesiadnym, nucąc piosenkę „Oh, my outer paradise”. Potem poddała się potwornym operacjom i z pięknej niegdyś kobiety nie pozostało nic, nawet jej umysł prawdopodobnie uciekł w nieznane, pozostawiając tylko pustą skorupę pełną metalowych przewodów. A ja właśnie wyruszałem w podobną podróż, bez nadziei na happy end.

 

*****

 

Przybyłem do Dalboor, miasteczka pełnego obłąkanych kreatur podobnych do mnie. W holowizji reklamowali jakieś nowe wszczepy, zapewniające rzekomo prawdziwie wzniosłe odloty. Brakowało mi tylko metalowego kija w dupie, bo byłem cały pokryty technologicznym syfem. Od małych palców u stóp wyposażonych w sekwencjonery deanalityczne, aż po zęby z koronami pełnymi difosforowego glaukobalbelu. Nie chciałem uwierzyć, że mogą we mnie wepchnąć cokolwiek nowego, ale głód tego rodzaju atrakcji i pełen portfel bitcoinów skutecznie przeciągnęły mnie z powrotem na ciemną stronę Mocy.

 

Wszczepić czy nie wszczepić? – oto jest pytanie.

 

Tak naprawdę znałem odpowiedź, gdyż zasugerowało mi ją nawet lustro w przedpokoju mojego małego mieszkanka w wysokim jak pała Anorektisa bloku ze stali i gonodadoidów.

 

Ulice oświetlały ostatnie promienie martwego słońca, którego codziennym wskrzeszaniem zajmowały się całe stada naukowców. Zazwyczaj z miernym skutkiem, dlatego Ziemia co jakiś czas zapadała w tak potworne ciemności, iż korzystanie ze wszczepów noktowizyjnych stawało się przykrą koniecznością. Potem bolały mnie oczy, jakbym wsadził sobie w nie uruchomioną piłę tarczową. Na szczęście zdążyłem dotrzeć do Obozu Wszczepoidów zanim nastała wieczna noc. Nawet nanoświerszcze jeszcze nie zaczęły cykać.

 

Przywitał mnie młokos bez rąk, nóg i mózgu, za to z masą elektronicznego badziewia, które sprawiało, że już dawno stracił kontakt z rzeczywistością. Działał jedynie dzięki programowi Życie, które jego pracodawca włożył mu litościwie do głowy. Wiedziałem, że ze mną wkrótce będzie tak samo, ale liczyłem, iż po prostu nie będę na tyle świadomy, żeby się tym przejmować.

 

Dostałem się pod czułe metalowe odnóża młodzieńca, wierząc że jego zaprogramowane ruchy nie uczynią mi żadnej krzywdy. Niestety pomyliłem się. Facet akurat dziś dostał chyba androidopauzy, bo zanim przystąpił do pracy rozsadziło go od środka, dekorując całe moje nowiuśkie ubranie krwią, flakami i masą poskręcanych elektronicznych przewodów.

 

– O nie, monsieur. Co to się stało? – wzniósł lamenty pracodawca młokosa, znany z ogromnego penisa, Karlos Boris Amstaff.

 

– Chyba mu się deko dyńka przegrzała – odparłem.

 

– Och, och, niestety musimy zamknąć ten przybytek rozkoszy. Nie mogę pana obsłużyć sam jeden.

 

– Rozumiem, ale… Przykro mi, bo to był dobry pracownik.

 

– Tak, tak, gdzie ja teraz podobnego cymbała znajdę?

 

Akurat nie szukałem pracy, więc nie zasugerowałem, że pomogę. Posiadałem wszczepy odpowiedzialne za szybkie uczenie się, a do tego wystarczyłoby żeby Boris wgrał mi odpowiednie oprogramowanie i od razu mógłbym obsługiwać klientów. Teraz wszyscy byli superinnteligentni. No, w zasadzie nie oni, a ich wszczepy odwalały całą czarną robotę, związaną z funkcjonowaniem w tak toksycznym środowisku.

 

Naukowcy chyba znów spartolili sprawę, bo Słońce zamiast zgasnąć rozgorzało na dobre i tak oto prawie-noc przeszła w prawie-dzień, co było równie frustrujące co satysfakcjonujące. Tyle dobrego, że gdy wyszedłem z Oazy Wszczepoidów, nawet nie musiałem załączać Kocich Oczu.

 

Udałem się w kierunku Portu In Smouth, gdzie rzekomo ostatnio ktoś zamordował kilkunastu przypadkowych przechodniów. Miałem ochotę wziąć udział w czymś tak ekscytującym jak ucieczka przed psychopatycznym zabójcą. Wynikało to zapewne z nieudanej operacji wszczepiania nowych niepotrzebnych funkcji do mojego wycieńczonego organizmu, który teraz domagał się skoku adrenaliny.

 

Nad brzegiem syfu zwanego morzem, siedział okutany w łachmany biedak, a w ręce trzymał kij z przyczepioną do niego linką, co chyba miało wyglądać jak wędka. Zapachy które od niego dolatywały sprawiły, iż musiałem uruchomić Smrodozmieniacz, dzięki czemu już po chwili otoczyła mnie woń lawendy.

 

Zauważyłem, że na tabliczce położonej obok nogi bezdomnego znajduje się napis „Oni wrócili”. Kreatywnie. Już myślałem, że to będzie coś w stylu „Zbieram na Wartburga”.

 

– Hej, chłopie! Nie boisz się tu przesiadywać? – zapytałem.

 

Biedak obrzucił mnie smutnym spojrzeniem. Widać, że nie miał w sobie żadnych wszczepów, dlatego został odrzucony przez resztę ulepszonego społeczeństwa.

 

– Nie mam czego.

 

– A tych, co to rozszarpują ludzi na strzępy?

 

– Wiem, widziałem, ale mi nic nie robią. Widocznie za bardzo śmierdzę albo gustują tylko w odrutowanych.

 

– A co to za „oni”? – zapytałem, wskazując na tabliczkę.

 

– Przychodzą z morza, tak jak w starych legendach.

 

– Widziałeś ich?

 

– Pewnie.

 

– Jak wyglądali?

 

Biedak zaśmiał się tak głośno, że automatycznie włączył mi się TłumikHałasu.

 

– Przecież to chyba jasne, że nie da się ich opisać w ludzkich kategoriach. Przez eony spoczywali na dnie oceanu, ale kiedy zatruliście wodę ściekami i innym gównem, przebudzili się i bardzo zdenerwowali.

 

Nagle poczułem jak coś zaciska mi się wokół kostki, jakby żebrak samymi słowami przywołał siły nieczyste. No, na pewno czyste nie były, skoro wychodziły z takiego ścieku.

 

Z wody wystawało coś na kształt macki. Spróbowałem złapać podejrzane szkaradztwo ręką, ale nie zdążyłem, gdyż nagle szarpnęło, przewracając mnie i próbując wciągnąć w brudne odmęty. Instynktownie niczym jaszczurka gubiąca ogon, odłączyłem nogę od reszty ciała i tym samym prawdopodobnie uratowałem życie. Bezdomny patrzył oniemiały.

 

– Wow, niezłe widowisko – powiedział. – Myślałem, że skończysz jak reszta.

 

– Rzeczywiście przednia zabawa. Ja właśnie straciłem nogę.

 

– Nie masz zapasowej?

 

– Oczywiście, że mam, nawet kilka par, ale to drogie rzeczy. Oby ten stwór więcej mnie nie napastował.

 

– Tego nie mogę zagwarantować.

 

Odczołgałem się nieco od brzegu i przy pomocy ulepszonej technologii, pamiętającej czasy Sinozębego, wezwałem osobistego drona aby przytransportował nową kończynę. Na szczęście nie zajęło mu to dużo czasu i już po chwili byłem znów osobnikiem dwunożnym, czego nie omieszkałem wykorzystać by jak najszybciej opuścić podejrzaną lokację. Zadanie wykonane, poziom adrenaliny podwyższony.

 

Musiałem jednak poinformować kogoś o nadzwyczajnej aktywności morskich kreatur. Zadzwoniłem do Ministerstwa Ochrony Środowiska Naturalnego, a raczej tych marnych resztek wciąż niezagarniętych przez miejską dżunglę. Okazało się, że znają już problem, ponieważ jak się okazało nie tylko w mojej okolicy ludzie giną wciągani pod wodę przez agresywne morskie stworzenia.

 

– I nie zamierzacie nic z tym zrobić?

 

– To zagrożony gatunek. Już na początku dwudziestego wieku znany oceanolog H.P. Lovecraft opisał stworzenia nazwane z łaciny Cthulthus Maximus. Wydaje się, że nadmierna eksploatacja planety w jakiś sposób je rozwścieczyła, ale nie możemy nic zrobić. Ekolodzy by nas zjedli.

 

– A myślałem, że w większości to wegetarianie.

 

– Tak się tylko mówi, choć chodzą plotki… Wracając do zagadnienia, o którym pan wspomniał, niestety nie możemy pomóc. Rekiny też atakują ludzi, a jakoś pozwalamy im żyć.

 

Nie miałem nic do gadania. Ministerstwo wiedziało lepiej. Pozostawała tylko nadzieja, że te dziwne istoty nie zaczną nagle wychodzić na ląd i atakować wszystkiego, co się rusza.

 

Okazało się, że ktoś jednak zainteresował się sprawą, bo już następnego dnia dookoła niebezpiecznego brzegu morza wybudowano barierę z pleksiarmatyncytu. Ciekawiło mnie tylko, czy ten samotny żebrak wciąż tam siedzi. Albo go przegonili, albo zostawili jako przynętę.

 

To nie był już jednak mój problem.

 

W Obozie Wszczepoidów zatrudniono nowego pracownika i mogłem ulepszyć swoje ciało kolejnymi niepotrzebnymi wszczepami. Nowe oblicze operacji plastycznych, które uzależniały podobnie, a może nawet bardziej. Doświadczyła tego moja ukochana, a teraz sam wpadłem w wir nałogu ciągłego poprawiania natury i stawania się lepszym od innych.

 

To prawdopodobnie ostatni zabieg, jaki dane mi będzie przeżyć.

 

Caroline, idę do ciebie.

Średnia ocena: 5.0  Głosów: 2

Zaloguj się, aby ocenić

Komentarze (1)

  • Piotrek P. 1988 7 miesięcy temu
    Dziwaczne, dystopijne, ciekawe i zabawne jednocześnie. 5, pozdrawiam :-)

Napisz komentarz

Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania