Kiedy surowy materiał jest tylko wspomnieniem - szkic

To było chwilę po ukończeniu szkoły. Zresztą czwartą klasę liceum (w tamtym czasie dość nietypowe, bo zwyczajowe licea trwały trzy lata, ale akurat w plastyku na edukację trzeba było poświęcić cztery) wspominam dość dobrze, bo po okresie, w którym pracowałem intensywnie i dużo, może nawet najwięcej z klasy, w końcu się doczłapałem do malarskiej czołówki, czego potwierdzeniem były rzeczy takie, jak autoportrety, czy próba kopii fragmentu Caravaggio. I teraz można powiedzieć, że była to gratyfikacja, ale w tamtym momencie była to pewność siebie, którą zbudowałem na niewychodzeniu z domu, godzinach spędzonych przy malarstwie i rysunku, wiadomo, z przerwami na deskorolkę, czy skromne życie towarzyskie, ale obsesja, którą sobie wykształciłem, by dużo pracować, była wynikiem obcowania z biografami innych twórców. Szczególnie mocnym fragmentem była notka u Toulouse-Lautrec, którego życie kojarzyłem już z okresu burdelozy, absyntu i postimpresjonizmu. Zanim jednak nastąpił te bujny okres jego życia, pisał, iż rysował po 10 godzin dziennie. W dość młodym umyśle, któremu pojęcie talentu przez długi czas było obce, być może dlatego, że za gówniarza zacząłem jeździć na deskorolce, gdzie nauka od utrzymywania równowagi do pierwszych tricków była po prostu nauką, w której nie istnieją talent, a wyłącznie kontrola nad blatem i ciałem, wykształciła się idea, że w zasadzie talent to po prostu start na określonym poziomie, który ktoś inny musi dopiero osiągnąć. Zauważyłem wtedy, u osób zdolniejszych, coś jeszcze: sporo osób, które weszły do plastykowego świata z poczuciem pewnej, artystycznej wartości, którą nabyły w gimnazjum, nagle traciła całą pewność siebie w obliczu krytyki, jakby informacja, że coś nie jest jeszcze dobrze, może być lepiej lub, iż nie do końca wyszło, zaburzyła całym ich światem. Natomiast u mnie, chociaż krytyka pojawiała się na początku często, chociaż pierwsze pół roku upłynęło mi pod znakiem zapytania pierwszych, życiowych wyborów, zawstydzenia, zażenowania, poczucia wstydu i stresu, krytyka od zawsze zmusza do tego, by więcej pracować. A to również przywodzi na myśl wcześniejsze wspomnienia, gdy byłem jeszcze raczej dzieckiem i ministrantem, ale jakoś tam miałem zajawkę na to, by czytać. Czemu dokładnie? Nie wiem. Tym bardziej, że trema, stres, nawet strach i szło mi na początku kiepsko. Zanim w ogóle zostałem dopuszczony do tego, żeby coś na mszy przeczytać, to męczyłem księdzu dupę, potem, jak się zgodził, to swojej decyzji żałował, ale ja dalej męczyłem, przychodziłem na ranne msze pół godziny przed czasem i to pół godziny poświęcałem na to, żeby po prostu czytać. Pamiętam, że zakrystianka się śmiała, że pewnie umiem to czytanie na pamięć, ale ja w głowie miałem proste myślenie: jak przeczytać przed mszą dużo razy, to będę czuł się pewien, że umiem to dobrze przeczytać. No, ale potem to nie umiałem mikrofonu dobrze ustawić, to zacząłem się uczyć jak go ustawiać, żeby głos się nie zlewał i byłem jeszcze zniechęcany do swojego pomysłu. No, ale chodziłem, czytałem i z biegiem czasu to nagle byłem tym lektorem, bo na lektora w końcu awansowałem, któremu powierzano czytanie w najważniejsze dni i święta, a ludzie na ulicy, to mi mówili, że pięknie czytam i babcia wtedy taka dumna chodziła, bo jej wnuczek tak pięknie czyta. No, ale właśnie tak to było, że ja nie do końca się nauczyłem rozumieć, że można mieć talent i nie do końca na początku wiedziałem, że jest talent i to mnie skłoniło do myślenia, że wszystko sobie można wypracować. Dlatego w pierwszej klasie, jak się mocno zastanawiałem, czy już szkoły nie zmienić, wuefista opowiadał o jakimś gościu, który był na początku z rysunku i malarstwa słaby, ale tak nakurwiał rzeczy, że pod koniec szkoły był w topce. No to ja, ze swoim minionym doświadczeniem, że wszystko można wypracować, podjarałem się do tego stopnia, że potem po prostu dużo rysowałem, malowałem i głównie to tyle mnie interesowało w życiu. No i tak sobie działałem do drugiego półrocza w trzeciej klasie, gdy na snycerstwie wleciał temat portretu. Trochę mnie to zmiotło, bo rysunki z natury, miałem tak chujowe i słabe, że mnie samemu było ciężko patrzeć. I chyba wtedy się pierwszy raz naprawdę zniechęciłem i przestałem na chwilę działać, a zacząłem w środy, bo wtedy miałem snycerstwo, chodzić na wagary i jeździć autobusami tam i z powrotem. Aż po paru tygodniach, bo snycerstwo to był przedmiot kierunkowy, wezwali mamuśkę do szkoły, bo podrobione usprawiedliwienia były lipne, a ponad miesiąc nieobecności wyłącznie w środy podejrzany i wydało się, że nie chodzę, że nie chodzę, bo się stresuję, boję, jestem zażenowany i nie umiem sobie poradzić z rysunkiem portretowym. Wtedy wychowawczyni powiedziała, że na zmianę szkoły nigdy nie jest za późno. I to było trochę jakbym dostał liścia i się znowu wkurwiłem. A przy okazji profesor od snycerstwa sprzedał mi patent na rysunek, żebym dobrze mógł wykonać profit i en face, no i wykonałem. Jak poszedłem pokazać i po ocenę, to usłyszałem: "Kuba, ten rysunek jest na piątkę, ale nie dam ci piątki, bo nie wierzę, że sam go rysowałeś, dam ci czwórkę" I w tamtym momencie miałem wyjebane na ocenę. Najlepszym, co mogłem usłyszeć, to to, że zrobiłem coś tak dobrego, że profesor nie wierzy, że do końca sam to zrobiłem. I to chyba było nawet fajniejsze uczucie, bo nawet mnie nie obchodziło, czy mi uwierzy, czy nie uwierzy, świadomość, że sam zrobiłem rysunek i jak został oceniony i potraktowany, to był lepszy boost pewności siebie, niż ocena wpisana w dziennik. I po tym znowu wróciłem do malarstwa, rysunku i znowu miałem zajawkę, by działać więcej i lepiej.

 

I to wszystko doprowadziło mnie do momentu, gdy z wkurwionym ojcem, wracałem dobre 10 km przez wiochy z buta na chatę, chwilę przed maturami i decyzją, gdzie iść na studia. Chociaż wtedy, u mnie, to była raczej decyzja, czy w ogóle będę szedł na studia. Głównie z przyczyn finansowych, które wtedy jeszcze nie były ode mnie zależne. No, ale w marcu miałem ambitny plan, że dorobię hajsu na budowie, bo w szkole prawie koniec i w zasadzie zostało oddać dyplom, a za hajsy pojadę sobie do Torunia złożyć teczkę na wydział konserwacji zabytków. Z perspektywy czasu pomysł wydawał się sensowny, a w zasadzie decyzja, by studiować konserwację, a nie typowo artystyczny kierunek, bo hajs byłby na tym dobry. No, ale już przy końcu roboty na budowie, ojciec spiął się z gościem, u którego robiliśmy i bez hajsu po prostu rzucił tą robotę. No to wiedziałem, że na wpisowe raczej hajsu nie będzie, nie będzie hajsu na wyjazd, a w ogóle obciążać przede wszystkim mamę finansowo, bo ojciec sporo chleje, to raczej średni pomysł. To stwierdziłem, że ja te studia pierdolę i tak sobie mogę warsztat szlifować w pracowni na budowie. Przez pół roku szło dobrze, ale w pewnym momencie ojciec stwierdził, że muszę znaleźć robotę. Mój pomysł, by malować i czasem z nim jechać na robotę średnio mu przypasił, bo mnie raczej uważał za ciotę i debila w robocie, a moja argumentacja, że chcę malować, że nie poszedłem na studia, żeby nie generować kosztów, a mam dopiero 20 lat, szybko została sprowadzona do tego, że mam albo wypierdalać z domu, albo znaleźć robotę. I z perspektywy czasu, z perspektywy myślenia o tym dzisiaj, dalej nie wiem, jak się ustosunkować do tamtego etapu i momentu. Na przestrzeni lat miałem już szereg emocji, odczuć, stanowisk. Od wkurwienia, przez poczucie zawodu, po wyrzuty sumienia i pretensje do siebie o uległość. Byłem rozczarowany, rozgoryczony, sfrustrowany, a nawet wkurwiony na ojca za to, że w zasadzie traktował mnie w taki sam sposób, jak traktował go dziadek, a jego ojciec, żaląc się przy tym często na fazie, a jednocześnie nie był skłonny do refleksji, żeby dojrzeć do tego, że postępuje tak samo. No, ale to też było pod tym względem ciekawe, że wtedy mocniej zacząłem się interesować schematami, którymi kierują się ludzie oraz tym, jak wiele osób jest wolna od refleksji, spostrzeżeń i głębszego wglądu w psychikę, co później przejawiło się w mojej literaturze.

 

Ojciec zresztą wynalazł mi robotę którą była praca w ubezpieczeniach. I tam chyba, po raz pierwszy, moja filozofia życiowa spotkała coś, czego nie dotychczas nie znałem: nieumiejętność, by sobie coś odpuścić, by zrezygnować, bo wtedy oznaczało to porażkę. A niestety, tani garnitur, brak auta i prawka i nagły powrót kompleksów w zderzeniu z tym eleganckim światem kilku bajerantów w drogich autach, z wystawnym życiem, sprawiły, że pierwszy raz od dawna, poczułem swoje własne, patologiczne korzenie, jakbym miał je wypisane na twarze, w tym, jak stawiam kroki, jak trzymam ramiona, jak się czuję między dorosłymi ludźmi, w dorosłym świecie, który z jednej strony niczym nie różnił się od liceum, a jednocześnie był skrajnie odmienny.

 

W końcu między licealistami a osobami z branży ubezpieczeń, w kwestii zachowania nie było, aż takiej różnicy. Ktoś się lubi czymś pochwalić, ktoś lubi być zabawny, ktoś lubi być w centrum uwagi, ktoś się szybko obraża, ktoś szybko rezygnuje, ktoś działa szybciej, niż myśli. Inne było tylko to, że w liceum jakoś tak nikt do końca nie oceniał wartości drugiego człowieka nawet przez pryzmat talentu, jakości poszczególnych prac, pieniędzy, czy ubrania. Człowiek bardziej zwracał uwagę na drugą osobę, na to, kim jest, czy się z nią dogaduje, czy ta osoba jej pasuje, czy nie, wywiązywały się po prostu znajomości, relacje, przyjaźnie, a dorosłe życie przecież jeszcze nie istniało. Nie istniały wyniki w postaci sprzedaży, zarobków, dorosłych problemów z utrzymaniem rodziny, i tak dalej. Nagle byłem w świecie, w którym wszystko rozbija się o pieniądze i sprowadzenie całego świata do hajsu nie było niczym nowym, jako zjawisko. Przecież w mojej rodzinnej biedzie też wszystko było na temat pieniądza, a raczej jego braku. Tutaj natomiast możliwości zarabiania, pomnażania, wydawania. Świat mojego domu był światem niemocy, ten świat - światem możliwości, dalej jednak bardziej żywy, namacalny i prawdziwy jest dla mnie tamten świat niemocy, udręki, stresu i strachu. Świat możliwości to wyłącznie świat marzeń, który w pewnym momencie może stać się mniej lub bardziej realny, jeśli wykonać pracę, coś załatwić, ogarnąć i tak dalej, ale na tamtym etapie, świat możliwości był dla mnie wyłącznie światem fantazji. Był odległy, ale jakby na wyciągnięcie ręki. Wystarczy umówić spotkanie, sprzedać umowę i tak dalej. Ale nie umiałem za bardzo sprzedawać umów. Miałem wtedy jakiś opór. Nie wiedziałem, czy to, co sprzedaję jest dobre, czy nie jest dobre. Czy faktycznie pozwala oszczędzać ludziom na emeryturę, czy nie pozwala. Nie wiedziałem, czy ja tym ludziom faktycznie pomagam, czy robię coś legalnego albo złego, bo nie do końca rozumiałem te wszystkie instrumenty finansowe. Oczywiście, wiele szkoleń skupiało się właśnie wokół tego: że to jest pomoc ludziom, którzy chcą oszczędzać, odkładać, pomnażać kapitał, a również wokół tego, ile można przy tym zarobić, jaki mieć model życia i tak dalej. Jedno, co mi szło dość spoko, a też było wynikiem wcześniejszej zajawki na czytanie w kościele, było telefoniczne umawianie spotkań. O ile bezpośredni kontakt z klientem, twarzą w twarz, był dla mnie krępujący i stresował mnie bardzo, o tyle sytuacja, w której ktoś właściwie bazuje na mojej osobie wyłącznie na podstawie głosu, był o wiele bardziej komfortowy. I taki dobry w to byłem, że w pewnym momencie zamiast sprzedawać ubezpieczenia, umawiałem spotkania innym ludziom i była to chyba pierwsza, ciekawa forma ogarnięcia zarobków w tamtym okresie. Przy okazji jakoś tam po pewnym czasie miałem dość dobry kontakt z dyrektorem, bo po dwóch latach pracy, gdzie ciągle próbowałem coś sprzedawać, byłem na praktycznie najniższym szczeblu w karierowej drabince, co powinno oznaczać właściwie tyle: nie powinno być mnie w firmie. I nie dlatego, że ktoś by mnie wyrzucił, ale dlatego, że większość ludzi po prostu odchodzi. No właśnie, ale ja, z tym moim myśleniem, że wszystko można poprzez pracę, a rezygnacja to porażka, nie umiałem zrezygnować. Jak nie miałem kasy, by jechać do biura, to pożyczałem. Dalej organizowałem spotkania rekrutacyjne, bo dalej miałem możliwość budowy własnej struktury, dalej próbowałem bezskutecznie coś sprzedać i po prostu w pewnym momencie mogłem umawiać spotkania innym ludziom. I do dzisiaj nie wiem co to było, ale było coś, co mi mówiło, że to nie jest dla mnie. Że tam nie pasuję. Że jestem inny. I tak, gdy upłynęły dwa lata, a ja miałem rozmowę z dyrektorem na temat rozwoju, dostałem jakiś kwestionariusz osoby, w którym były pytania raczej osobiste, ale sprowadzały się do tego, jak wyobrażam sobie swoje życie. I, pisząc raczej szczerze, w mojej głowie nie było wizji mnie, jako człowieka, który sprzedaje ubezpieczenia na najwyższym szczeblu w hierarchii firmy, była wizja człowieka, który jest raczej artystą, myślicielem, odludkiem, samotnikiem, ale jest mu w tym dobrze. Kogoś, kto ma szofera, jeździ z tyłu auta i lubi tak jeździć, bo lubi dalej patrzeć na to, co dzieje się za oknem, a przy okazji często odpływa myślami. I gdy zrozumiałem, że interesuje mnie inny rodzaj życia, wtedy rezygnacja z tamtego miejsca nie była już porażką, ale raczej czymś w rodzaju prywatnego zwycięstwa, bo była przejawem szczerości względem siebie.

Średnia ocena: 1.0  Głosów: 1

Zaloguj się, aby ocenić

    Napisz komentarz

    Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania