Uwaga, utwór może zawierać treści przeznaczone tylko dla osób pełnoletnich!

Kiedy zgasło światło

Rozstąpiła ci się kiedyś ziemia pod nogami? Tak na serio. Naprawdę. Z hukiem rozrywanej gleby. Z nieskończoną czeluścią między pionowymi krawędziami.

Raz mi się to zdarzyło, ale najpierw Rysiek mówił coś o swojej działce pod Bykowicami. Że jedzie tam na dwa tygodnie trochę się poobijać. Taki ostatni urlop przed pójściem na emeryturę. Potem miał przeprowadzić się tam na stałe. Pierdolił Warszawę bo tu szło jedynie zdechnąć.

– Ten smog – powiedział – to może człowieka kurwa wykończyć. Jakbyś wdychał raka.

Mówił to wszystko gazując silnik dwudziestoletniego merola, którym toczyliśmy się w nieskończenie długim korku przy wyjeździe z miasta. Rysiek musiał co jakiś czas zwiększać obroty, bo silnik zaczynał przygasać.

– Nie wiem o co mu chodzi – tłumaczył, przecierając palcami srebrne wąsy. – Nigdy tak nie robił.

Ja odciągnąłem kolejny raz pas bezpieczeństwa od spoconej klatki piersiowej. Próbowałem odkleić koszulkę od pleców, ale natychmiast przyległa z powrotem. Pierwszy raz siedziałem ubrany w saunie. Tak się właśnie czułem. Pot wyciskał się z mojej skóry tworząc na plecach strumyki wilgoci. Świszczałem ustami wciągając łapczywie powietrze. Kierowca gmerał palcami przy klimatyzacji, ale powietrzem z nawiewów można było jedynie suszyć włosy.

– Takiego lata jeszcze nie było – zauważył Rysiek. To samo mniej więcej stwierdził głos szmerający z radia. Okazało się, że ten dzień był najgorętszym odkąd zaczęto rejestrować temperatury. Czterdzieści jeden stopni w cieniu. Ludzie padali jak muchy. Przepełnione szpitale odsyłały mdlejących mieszkańców za miasto. W centrum światła drogowe migały na pomarańczowo.

– A jak tam z tyłu? – zapytał kierowca. – Wszystko ok?

– Tak – odpowiedziała nasza współpodróżniczka ledwo przebijając się przez warkot silnika. Spojrzałem we wsteczne lusterko na Marię siedzącą za plecami Ryśka. Nie spodziewałem się jej. Mój szofer chyba też. Chodziło o to, że umówiłem się z nim na podwózkę do Bykowic przez internet . Jako jedyny jechał w tamtą stronę, a nie chciało mi się tłuc przez pół Polski autobusem. Myślałem, że prywatnie furą będzie szybciej i taniej. Grubo się jednak pomyliłem. Jeżeli chodzi o dziewczynę, to w ostatniej chwili odezwała się do Rycha że też chce jechać. Jemu to było obojętne, a ja nie miałem za wiele do gadania w tej sprawie więc w ten właśnie sposób wylądowaliśmy wszyscy razem w tym pieprzonym gruchocie, w drodze za miasto, tkwiąc w piekielnym korku przyprawiającym mnie o udar mózgu. Myślałem sobie, że nie byłoby tak źle, gdyby chociaż trafiła się nam jakaś fajna laska. Jakaś blondi studentka w koszulce na ramiączka z wylewającymi się na wierzch cyckami. No ale nie, niestety, dostaliśmy Marię. Nie miałem pojęcia czy bliżej jej było do dwudziestki czy czterdziestki. Siedziała z twarzą przyklejoną do zamkniętej szyby, jakby cały ten upał nie robił na niej żadnego wrażenia. Była opięta obcisłą czarną bluzką ledwo utrzymującą w ryzach wszystkie jej zbędne kilogramy. Po co jechała do Bykowic? Jak był jej cel? Zanim zaczęło mi się kręcić w głowie zapytałem sam siebie w myślach, czy przypadkiem nie jechała tam po to samo co ja. Mój żołądek przewrócił się na drugą stronę. Nie jadłem śniadania i zrobiło mi się słabo. Żałowałem, że podszedłem do tej podróży tak lekkomyślnie.

Radio zaczęło szumieć niezrozumiale i nagle całkowicie zgasło. Rysiek próbował coś kręcić pokrętłami, ale nic to nie dało. Totalny brak sygnału. W końcu z przekleństwem pod nosem całkowicie je wyłączył. Podjechaliśmy kolejne kilka metrów. Silnik oscylował obrotami z większym wahaniem. Przesuwaliśmy się powoli do przodu, ale w tym tempie dotarlibyśmy do celu na jesień. Miałem ochotę wysiąść i wrócić na piechotę do domu. Spróbować jeszcze raz następnego dnia albo przełamać się i złapać jakiś autobus.

– To musi być jakiś wypadek – dedukował kierowca. Ja generalnie miałem to gdzieś, marzyłem tylko o tym, żeby to wszystko się już skończyło.

Przed nami ktoś w wielkim, czarnym SUVie też zaczynał gazować. Dwa razy zgasł mu silnik. Za nami, w pordzewiałym escorcie, dwóch łysych kolesi klęło tak, że słychać ich było jakby siedzieli mi za plecami. Słońce przepalało się przez szybę rozgrzewając kokpit do punktu skwierczenia. Byłem pewien, że przykładając do niego rękę, mógłbym się poparzyć. Wystawiłem łokieć przez otwarte okno i natychmiast poczułem, jak promienie słońca zaczęły wypalać mi pot na skórze.

Takiego lata rzeczywiście jeszcze nie było. Przynajmniej nie w mojej pamięci.

Zanim dotarliśmy do winowajcy całego zamieszania przeleciałyby ze dwa bloki reklam – gdyby oczywiście radio nadal grało. Na poboczu stało białe porsche. Obok niego blondyna stukała tipsami w szklaną powierzchnię telefonu. Facet w za ciasnej, białej koszulce kontrastującej z jego ciemną karnacją rozmawiał z kimś przez swoją komórkę. Żeby ich wyminąć, musieliśmy poczekać aż przejadą samochodu z naprzeciwka. Dlatego zrobił się korek. Tak przynajmniej twierdził Rysiek, ale po tym jak minęliśmy nieszczęśnika, kilometr dalej trafiliśmy na kolejny zastój. Jeszcze jedna fura zdechła na środku drogi. Jakieś nowe audi. Byłem zdziwiony, bo gdybym miał obstawiać co pierwsze wyzionie ducha, to mój wybór padłby na naszego merola, ale on się jeszcze jakoś trzymał.

– To przez te wszystkie elektroniki – powiedział Rysiek. Twierdził, że to ciągle pada w tych nowych furach. – A mesiek ciągnie dalej – dodał klepiąc ręką kokpit. Według niego, w takich porszawach czy audikach to strzeli jeden bezpieczniczek i całe auto jest unieruchomione. Jego kolega prowadził serwis, to się na tym znał. W starej furze to połowa auta mogła się spalić i jechało dalej.

Ja nie byłem tego taki pewien ale się nie kłóciłem.

Kolejne kilometry rozsiewały po poboczach następne ofiary rekordowej temperatury. Same świeże auta. Gdzieś na dziesiątym kilometrze poza Warszawą zaczęły się pojawiać jednak i starsze modele. Kiedy słońce wdrapało się w zenit, dotarliśmy do korka absolutnego. Pomyślałem sobie, że to koniec i mamy totalnie przerąbane. Że musimy wracać. Rysiek jednak się nie poddawał i odbił gdzieś w bok. Znał niby drogę objazdową, co znaczyło tyle, że zmieniliśmy asfalt na ubitą ziemię. Przedzierając się przez piaskową trasę wzbijaliśmy w powietrze tumany kurzu. W środku zrobiła się pustynna atmosfera. Nawet Rysiek zaczął charczeć. Nie było jednak opcji, żeby zamknąć okna, bo wiązałoby się to z natychmiastowym przegrzaniem. Nas i auta. Zacząłem godzić się z myślą, że za chwilę stracę przytomność w momencie gdy warczący silnik zgasł i w aucie rozległ się jedynie dźwięk trzaskającego pod oponami piachu. Kierowca próbował panicznie rozkręcić silnik ponownie, ale po kilku agonalnych obrotach alternatora auto całkowicie zamarło.

– To chyba koniec – stwierdził Rysiek opadając na fotelu. Przetarł kilka razy wilgotne czoło i oznajmił, że zadzwoni po kumpla żeby po nas przyjechał. Że to ogarnie i żebyśmy się nie martwili. Wszystko będzie ok.

Sam chyba nie wierzył w swoje własne słowa, ale się nie odzywałem. Razem z moją przymusową koleżanką wyszliśmy z auta na zewnątrz narażając się na wylew krwi do mózgu. Przestałem się pocić ale nie uważałem tego za dobry znak.

Staliśmy na środku drogi przecinającej gęsty las. Promienie słońca raziły nas prosto w oczy. Rychu chciał zepchnąć auto w cień drzew, ale pordzewiała karoseria mogła robić za patelnię. Dosłownie. Zostawiliśmy więc auto zabierając z bagażnika jedynie nasze skromne bagaże – mój plecak oraz torbę Marii – i sami przenieśliśmy się pod drzewa. Rysiek dreptał między drzewami ze słuchawką przyklejoną do ucha, spoglądając co raz na wyświetlacz. W końcu zaczął w niego stukać palcami, aż wreszcie podszedł do nas i zapytał, czy może pożyczyć telefon. Jego zdechł. Oboje jak zsynchronizowani wyciągnęliśmy z Marią swoje komórki. Widocznie tak samo zależało nam żeby jak najszybciej opuścić to piekło. Niestety, wyświetlacz mojego złomu migotał tak, że nie dało się na nim nic zobaczyć, a pęknięty ekran Marii przez chwilę oznajmiał o całkowitym braku zasięgu, a potem zgasł. Mój dołączył do niego po niecałej minucie. Wychodziło na to, że byliśmy na tym pustkowiu uziemieni.

*

Po czterdziestu minutach uciekania przed słońcem stwierdziliśmy z Marią, że nie warto już dłużej czekać. Że nikt się nie pojawi. Nikt nas nie uratuje. Rychu jednak nie zamierzał się ruszać. Twierdził, że telefon pewnie zaraz wstanie albo że ktoś pojawi się na drodze. Że nie ma sensu się mordować wracając na piechotę. Oddychał przy tym jak uszkodzony respirator a wiśniową twarz obrosły mu pulsujące żyły.

Nie zamierzałem się nim przejmować. Maria najwidoczniej też, bo kiedy ruszyłem sam w drogę powrotną, po chwili szybko do mnie dołączyła. Byłem wściekły. Wiele mnie kosztowało zdobycie się na tą podróż i wszystko poszło się chrzanić. Bałem się, że ta porażka wpłynie na moją decyzję. Że się rozmyślę. Zrezygnuję. Że wrócę do domu i wszystko będzie po staremu. Nie byłem pewien, jak bym to zniósł. Wracając piaskową drogą zaczynałem jednak wątpić czy w ogóle przyjdzie mi tego dożyć. Zamykając oczy mógłbym przysiąc, że trzymam twarz nad bulgoczącym wrzątkiem.

*

Kilkanaście zakrętów później wróciliśmy na asfalt. Wyczerpani rażącym upałem stanęliśmy przy drodze. Maria położyła torbę i usiadła obok niej. Kilkaset metrów od nas para kłóciła się przed otwartą maską niebieskiego golfa. Maria siedziała nieruchomo z podciągniętymi pod czoło kolanami. Zapytałem, czy na pewno wszystko było w porządku.

– Tak – odpowiedziała podnosząc głowę. – Tylko zaraz zdechnę.

Czułem się podobnie. Postanowiliśmy iść dalej starając się trzymać jak najbliżej cienia drzew. Nawet chwilowa styczność ze słońcem była dla nas nie do zniesienia. Nie zauważyliśmy nawet kiedy podszedł do nas gościu od golfa. Zapytał, czy mamy pożyczyć telefon, bo jego totalnie wykitował. Pokazał nam uszkodzoną komórkę. Cały tył był nadpalony.

– Wybuchł mi w aucie – powiedział, machając kawałkiem bezużytecznego plastiku. Poradziłem mu, że lepiej byłoby, gdyby się go pozbył. Facet schował go jednak do kieszeni. Nie należał raczej do najbystrzejszych.

– Nasze też nie działają – oznajmiła Maria.

Gość pokręcił głową.

– Co tu się dzieje? – zapytał sam siebie.

W mojej głowie panował chaos. Od samego rana miałem burzę myśli. Ten dzień miał być wyjątkowy. Najważniejszy w moim życiu. Nic się już dla mnie nie liczyło, ale w tym momencie, nagle się ocknąłem i dotarło do mnie, że rzeczywiście działo się wokół mnie coś dziwnego. Liznąłem w życiu trochę elektroniki, ale nie przychodziło mi do głowy żadne sensowne wyjaśnienie. Upał nie był w stanie uziemić tylu samochodów. Telefony nie wybuchały ot tak sobie. Wiedziałem jedynie, że wydarzyło się coś wyjątkowego.

– Idziemy? – zapytała Maria.

Przytaknąłem.

*

Staraliśmy się trzymać ścieżek, ale czasami musieliśmy przedzierać się przez gęste chaszcze. Nie mogłem patrzeć jak moja towarzyszka męczyła się ze swoją torbą, więc zaproponowałem jej pomoc. Zgodziła się z oporem. Była dużo lżejsza niż myślałem, ale i tak niosąc ją na spółkę, po kilkuset metrach nie czułem ramienia. Przesuwałem papierowym językiem po chropowatych ustach marząc o łyku jednego z browarów z mojego plecaka. Głupio mi było jednak wyciągać alkohol przy tej dziewczynie. Co by sobie jeszcze o mnie pomyślała? Kto zabiera browary na trasę z obcymi ludźmi. W sumie sam się nad tym zastanawiałem. Po kiego mi one były? Przecież mogłem kupić coś na miejscu.

Maria powiedziała, że to pewnie będzie głupie pytanie, ale czy nie mam przypadkiem czegoś do picia? Zawahałem się, ale język drapał mnie już w podniebienie, więc przyznałem się do czteropaka.

– Dawaj – powiedziała, puszczając ramiączko torby.

Wyjąłem browar. Niestety puszki zdążyły nabrać temperatury otoczenia, ale było nam to obojętne. Przysiedliśmy pod drzewem na suchych liściach. Przed nami rozpościerała się polana porośnięta wysoką trawą. W oddali wystawały z niej wysokie, stalowe maszty linii wysokiego napięcia. Nawet z takiej odległości słychać było ciche buczenie prądu. Pejzaż wyglądał jak rysunek sześciolatka. Pastelowo zielona trawa i niebieskie niebo bez ani jednej chmury. Temperatura trochę zelżała. Słońce przesuwało się na zachód. Podałem puszkę Marii i pstryknąłem swoją. Pierwszy łyk był jak zbawienie. Jakbym dotarł do oazy po czterdziestu dniach wędrówki przez pustynię. Dopiłem jeszcze łyk i odruchowo beknąłem. Przeprosiłem ale Maria nie zwracała nawet na mnie uwagi. Wciągała w siebie browar jak zawodowy alkoholik. Nawet ja w swoich najlepszych czasach nie dałbym rady opróżnić puszki tak szybko jak ona.

– To po co chciałeś jechać do Bykowic? – zapytała zgniatając puszkę. – Masz jeszcze jedno?

Podałem jej kolejny browar. Swojego nie zdążyłem opróżnić nawet w połowie. Nie wiedziałem co jej odpowiedzieć. Na pewno nie mogłem wyznać prawdy. Niby miałem już na wszystko wyjebane, ale nadal próbowałem udawać kogoś normalnego.

– Chciałem odwiedzić znajomych – palnąłem bez sensu nie biorąc pod uwagę tego, że pewnie zaraz będę musiał zmyśleć jakich i po co. Na szczęście Maria zbyła to jedynie krótkim „aha”.

– A ty? – odparłem, bojąc się krępującej ciszy.

Maria spiła porządny łyk i odpowiedziała, że miała tam do załatwienia jakiś biznes. Ja też nie drążyłem tematu. Wymienialiśmy się jedynie słowami bez ochoty na głębszą rozmowę. Niestety dopadła nas cisza, która składała się głównie z brzęczenia linii napięcia. Miałem wrażenie, że zrobiło się ono trochę głośniejsze. Dopiero w tym momencie zorientowałem się, że poza buczeniem nie słychać było nic innego. Siedzieliśmy na skraju lasu, ale nie docierał do nas szum liści. Żadnego świergotu ptaków czy cykania owadów. Nic. Tylko oddalone buczenie. Słońce nadal niemiłosiernie smażyło. Mogło być z czterdzieści kilka stopni. Albo i z pięćdziesiąt. Atmosfera jak w saunie. Do tego żadnego wiatru. Nawet najdelikatniejszego podmuchu.

Opróżniliśmy z Marią browary, ale nie chciało nam się już więcej iść. Nie wiem jak ona, ale ja się trochę schlałem. Pomimo tego, że byłem nieźle wytrenowany w tej dziedzinie, to słońce plus temperatura zrobiły swoje. Gadaliśmy o tym co się wokół nas działo. Że to było nienormalne. Te padnięte samochody. Martwe telefony. Pustynna pogoda. W końcu stwierdziłem, że chyba nas dopadło to całe globalne ocieplenie, ale sam w to nie wierzyłem. Zmiana była zbyt radykalna. Musiało się za tym kryć coś bardziej tragicznego.

I nagle buczenie ustało.

Podnieśliśmy się ze ściółki.

– Słyszysz? – zapytała Maria.

Słyszałem. Jakby zbliżał się rój miliona pszczół. Dudniący, elektroniczny syk. Jak nieustające spięcie. I wtedy pojawił się błysk. Zamrożeni patrzyliśmy na linie elektryczne, po których przesuwał się piorun. Ogromny łuk elektryczny spod którego padało rozżarzonymi kawałkami stopionego metalu. Toczył się jak tramwaj. Kiedy dotarł do słupa pojawił się oślepiający błysk, a po milisekundach opóźnienia poczuliśmy w klatkach huk eksplozji. W tym momencie zaczęliśmy biec.

*

Przystanęliśmy przy asfaltowej drodze prowadzącej do miasta. W oddali górowały nad drzewami warszawskie wieżowce. Nie byliśmy już daleko od mojego mieszkania. Parę kilometrów góra. Maria była wściekła na to, że zostawiła swoją torbę, ale nie było szans żebyśmy się po nią wrócili. Wybuch wzniecił ogromny pożar. Nad lasem zaczął unosić się szary dym. Słońce nie dawało za wygraną. To cud że oboje jeszcze staliśmy na nogach. Żadne z nas nie było przystosowane do wysiłku fizycznego. Ciężko rzeżąc zdjąłem koszulkę, obnażając oponę brzucha w kolorze kredy. Maria też się rozebrała, odsłaniając jeszcze gorszą figurę. Zdjęła opinające cellulit dżinsy i ciemną bluzkę spinającą boczki jej nadwagi. Spodnie rzuciła do rowu, a bluzką osłoniła sobie tyłek zawiązując rękawy z przodu. Starałem się na nią nie patrzeć. Wcale nie z powodu przyzwoitości. Ostatni raz widziałem kobietę w bieliźnie sześć lat wcześniej i bałem się że wyjdzie to na jaw. Maria w ogóle się mnie nie wstydziła, bo bez żadnego zażenowania ruszyła drogą w stronę Warszawy. Ja po poprawieniu przyrodzenia ruszyłem za nią starając się głęboko oddychać i myśleć o rozjechanych kotach.

Po drodze napotykaliśmy na porzucone samochody. Spotkaliśmy kilka osób, które łudziły się, że przyjedzie po nich pomoc drogowa. Z każdą minutą naszej drogi upewniałem się, że coś się stało. Coś poważnego. Coś, czego raczej nikt się nie spodziewał. Rozmawialiśmy z niektórymi ale nikt nie miał pojęcia do czego tak naprawdę doszło przed południem. Ktoś tam powiedział, że może nas zaatakowali. Że to jakaś broń. Ktoś inny mówił, że to koniec świata. Apokalipsa. Koniec dni. Ja tam nie byłem do końca pewien. W sumie to nawet mnie to nie obchodziło. Wkurwiony byłem jedynie na to, że pokrzyżowało mi to plany. Nie tak miał wyglądać ten dzień. O tamtej porze powinienem był robić coś zupełnie innego.

*

Kilometr od domu znowu zacząłem się pocić. Świat przed oczami przeskakiwał co chwilę o parę metrów. Musiałem się skupić żeby iść prosto. Maria też wyglądała niewyraźnie. Nasza wycieczka dała się nam we znaki. Doszliśmy do mojej klatki i uścisnęliśmy sobie dłonie. Zaproponowałem że odprowadzę ją do domu, ale dziewczyna machnęła ręką.

– Pójdziesz tak rozebrana? – zapytałem.

– Mam wyjebane – odpowiedziała ruszając w swoją stronę. – To nara – dodała odwracając się na chwilę zanim zniknęła za rogiem. I to by było na tyle. Tak się skończyła moja podróż do Bykowic. Cały mój plan poszedł się jebać. Nie tak to miało wyglądać, ale nie mogłem się dziwić. Takie wyglądało całe moje popieprzone życie.

Wlazłem chwiejnym krokiem po schodach klatki do mojej małej celi na drugim piętrze. Winda oczywiście nie działała. Nadal nie było prądu. Dopiero kiedy wlazłem do mieszkania dotarło do mnie, że po drodze nie minął nas żaden samochód. Że nigdzie nie paliło się światło. Całe miasto było jak wymarłe. Drzwi do ulicznych sklepików oblepione były białymi karteczkami z informacjami o zamknięciu do bliżej nieokreślonego czasu.

Coś się srogo powaliło i nadal nie miałem zielonego pojęcia co. Na szczęście mało mnie to obchodziło. Przynajmniej w tamtym momencie.

Rzuciłem plecak na blat oddzielający część kuchenną od części sypialnej mojej trzydziestometrowej celi. Otworzyłem lodówkę, z której wylała się na podłogę woda. W środku znalazłem jedynie słoik z dwoma kiszonymi ogórkami i starą kanapkę. Zjełczały odór jednak odebrał mi resztki apetytu. Spróbowałem sobie nalać do szklanki kranówy, ale po odkręceniu kurka usłyszałem jedynie głuche dudnienie. Nie było wody. Wkurzony wyciągnąłem z plecaka jego przed ostatnią zawartość. Pół litra wódki. Upał był taki, że nie dało się tego wypić, więc nie chwaliłem się nią przed Marią. Zresztą co by sobie o mnie pomyślała. Browary pewnie już i tak zniszczyły moją cienką reputację. Wypiłem jednym haustem setkę wódy. Raz, że chciało mi się pić, a dwa że chciało mi się jeszcze nawalić do końca. Potem wyciągnąłem z plecaka pięć metrów polipropylenowej linki, którą kupiłem dzień wcześniej w budowlanym. Generalnie, chodziło o to, że zabrałem ze sobą to wszystko, bo przed samobójstwem chciałem się ostatni raz porządnie najebać.

Średnia ocena: 5.0  Głosów: 1

Zaloguj się, aby ocenić

    Napisz komentarz

    Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania