Kłamczucha

Przychodzi Kłamczucha (pseudonim "Dobra Ściema Nie Jest Zła”) do lekarza.

– Dzień dobry. Panie doktorze, od kilku dni mam problem z dotrzymywaniem słowa. Proszę mi przypisać jakieś leki z dobrej apteki.

Oczywiście skłamała, jakie kilka dni? Kłamczucha nie mogła żyć bez łgarstwa, musiała więc ściemnić na samym wejściu, bo już paliło w ozór.

– Na to nie ma lekarstwa, proszę pani, to jest, niestety, choroba nieuleczalna. Mogę pani przypisać najwyżej (nie powiem jej, że czopki, hahaha…) "Nieobiecywajki Forte”, aplikowane w... no w takich… no wie pani…. w takich czopkach (a huk tam, nie mam sumienia, ja nie choruję na tą chorobę). One złagodzą nieco te objawy. Będzie się pani po nich dość mocno krępować, co powinno pomóc w powstrzymaniu się od dalszego łgania.

– A czy ich stosowanie boli?

– No wie pani, to zależy.

– Od czego?

– Od tego, jak często będzie miała pani chęć wyjść do ludzi i kłamać.

– No dobrze, to ja poproszę.

"A co mi mogą zrobić jakieś czerstwe czopki, przecież są malutkie”. – Pomyślała, zakładając, że mimo, iż w mniejszym stopniu, to nadal będzie robić swoje.

Facet wypisał i Kłamczucha, wielce szczęśliwa, że zażyje lek i już nie będzie kłapać dziobem... klawiaturą... tfu - literkami z ekraniku smartfona, tableta… KOMPA NAWET (sytuacja ostateczna), udała się do apteki.

Zadowolona, dość szybko znalazła aptekę o nazwie "Weź pigułkę – Ziołolecznictwo Babci Marysi!” i już miała dokonać wspaniałego zakupu, lecz rozdziawa, rozmyślając po drodze o perspektywie opierdolu od najlepszej kumpeli (którą notorycznie okłamywała) i innych, niebieskich czy też różowych migdałach, lub innych orzeszkach (nieistotne, a poza tym są niebieskie orzechy?), zgubiła bezcenną receptę.

– No żesz kurwa, dziwka, prostytutka, moje suplementy diety zamkniętej gęby... klawiatury, ekraniku (a zresztą…). O ja nieszczęśliwa (i widzicie? Łże nawet sama sobie, przecież jest szczęśliwa, kłamiąc, jak najęta), i co ja teraz zrobię?!!! – rozpaczała, kręcąc się w kółko pod sklepem i przypominając w tej chwili pieska, przymierzającego się właśnie do zrobienia... no wiecie!

– O ja biedna, nieszczęśliwa! Olaboga, boli noga! – kwiczała, gdyż tańcując namiętnie w kółko, wykręciła na nierównej płytce lewą stopę.

Postanowiła więc na żywioł, może są jakieś bez recepty. Wlazła do środka z miną zdechłego żula (no tak, przecież za mało dziś ściemniała i ma już pewnie łgarskiego kaca), podeszła do lady, tak pełna nadziei, że aż uszami wychodziła i zaświergotała:

– Poproszę antydeklaracyjne czopki, no wie pani, takie… no... takie, co do dupy się wsadza, żeby nie rzucać słów na wiatr.

– A ma pani receptę?

– Zgubiłam.

– To mogę dać tylko pani herbatkę ziołową, która jest bez recepty... ale i tak nie działa, chyba, że na sen. Można ją jeść, zapalać, zaparzać, aby się potem po pokoju tarzać. Ale pofika pani, zmęczy się, zaśnie pani i nie będzie pierdolić farmazonów, to też jakiś sposób. Tylko ostrzegam! Posiada dokuczliwe skutki uboczne – bardzo mocno zwiększa apetyt (żeby wiedziała, że nie tylko na żywność, hahaha…). – Pomyślała wredna baba. – Zalecam od razu uzbroić się w sporą ilość pożywienia i co najważniejsze – nie zapomnieć o ogórku lub innym, podłużnym przedmiocie (zalecana średnica od pięciu do dziesięciu centymetrów, zależy od preferencji korzystających) – dodała farmaceutka. – Albo proszę ponowić receptę i wrócić.

– No dobrze, to ja pójdę, poproszę, ponowię (a niech tylko szarlatan nie da, kłamca, na pewno dał mi lewiznę!) – rzekła wzburzona jak bałwan latem Kłamczucha i wyszła z budynku.

– Halo, proszę pani, a kto po pani posprząta?! – wrzasnęła farmaceutka, wychylając facjatę przez drzwi.

Zawołana, poproszona, zmuszona wrócić do apteki, wkurzona Ściema po chwili przestąpiła próg i sprzątnęła walającą się po ziemi nadzieję, schowała ją do kieszeni, po czym szybko udała się w stronę drzwi.

– I na przyszłość proszę pamiętać – proszę nigdy nie tracić nadziei!!! – krzyknęła jeszcze sprzedawczyni i kłamczuszysko opuściło sklep.

Zestresowana ponowną wizytą u lekarza przemierzała drogę, przeklinając i burcząc pod nosem. I nagle się zatrzymała!

– O, moja kochana, a ja cię szukam od rana (od kilkunastu minut) a ty tu?! – wydała z siebie radosne trele (trele morele) skacząc i klaszcząc w dłonie (a może to nie na kłamstwa leku trzeba?), po czym nachyliła się i podniosła z ziemi wyglądającą w tej chwili, jakby ktoś wycierał o nią buty, receptę.

"To nic, to nic, może rozczyta” (chyba, że nie). – Pomyślała oszustka i za moment wkroczyła na terytorium zakupu prochów wszelkich.

– Mam receptę, mam receptę! – zaświergotała piskliwie, machając papierkiem i wyginając się przed sprzedawczynią jak modelka (ze skręconą kostką???!!!).

– Proszę pokazać.

– A co ja jestem…?! – Schowała dłoń za plecy, wystawiając twarz przed nosem baby.

– Przecież chciała pani dodupne! – rzekła zdziwiona kobieta.

– Ale odda mi ją pani?

– Nie, recepty się zabiera.

– Oooo nieeee! To ja nie dam! – warczała.

– To trudno, nie będę mogła dać pani leków.

– Ale ja tak długo jej szukałam, płakałam, rozpaczałam, dlaczego pani chce mi ją odebrać? To nie jest zwykły papier, wie pani? Ona znaczy dla mnie o wiele, wiele więcej, na niej maluje się malunek (MALUNEK – czy to jakaś dziwna, nowa nazwa rozlazłych, lekarskich hieroglifów???) moja przyszłość (może jak pokażę kumpeli, nie będzie trzeszczeć już jak stary rozrusznik, bo uszy… oczy już bolą od jej skrzypienia, smęcenia, w kółko pierdolenia, powinna, torba, w radio pracować).

– Halo, pani droga, chce pani te czopy, czy nie?! Jak nie, to spadki, tu nie miejsce na mdłe gadki! – Niecierpliwiła się farmaceutka.

– Ale… – mruknęła wątpliwie klientka, patrząc oślimi gałami to na świstek, to na babę.

– Daj mi to, kobieto, zrobię ci ksero! – zaproponowała w końcu sprzedawczyni widząc, że Ściema się zaraz rozbeczy (a podłoga świeżo umyta, nadzieje nie zostawiają plam).

– Taaak?! – zapiszczała uszczęśliwiona Kłamczucha, mocząc się przy tym wszystkim z wrażenia w okolicach… ekhmm…(cenzura, są tu osoby niepełnoletnie). – Proszę. – Podała lasce receptę, lecz niepewny było to gest. – Tylko patrz, jak mi nie skopiujesz! – zagroziła palcem (choć oczywiście kłamała, co w końcu może zrobić babie dwa na cztery, samej będąc jeden na jeden… centymetr – zwłaszcza w górnych okolicach głowy).

Baba wyszła, wracając po chwili z drugą karteczką, którą podała niezbyt chyba zdrowej na pustak (część ciała, znajdująca się powyżej szyi) dziewczynie.

– Oooo jaaaa, ooł yeeee, yupijaaaajeeej, maaada fakaaaa – rozkwiliła się Kłamczucha. – Huuuraaaa!!! Powieszę ją sobie w ramce, w formacie B0! – Skakała w kółeczko, machając świstkiem i robiąc z siebie widowisko oraz niepotrzebny wiatr (i nie patrząc na to, że na zewnątrz też jest bardzo zimno).

– Proszę nie pląsać, tu i tak jest przeciąg (podobny masz w głowie). Potem mam przewlekły katar! – warknęła farmaceutka i schyliła się w poszukiwaniu analnych wtyczek/zatyczek.

– Nie smuć, kobieto, życie jest pięęękneee! – Cieszyła się Kłamczucha. – Nie profanuj mej radości, bo poobijam ci kości, babo zamulona (heelooł! Jakie kości? Tu młot pneumatyczny nie pomoże, żeby się do takowych dogrzebać) – wyła jak pacjent placówki (wiecie, jakiej, nie chce mi się pisać).

– Proszę. – Kobieta cynicznie się uśmiechnęła, podając Ściemie pudełko, a raczej pudło, a zresztą nieee, co ja gadam?!!! To pudlisko było, wyglądało, jak takie po odkurzaczu.

Kłamczusze od razu mina zrzedła i natychmiast zapytała:

– A dlaczego to jest takie wielkie? Czy to tak jak z chipsami – wielka paka, a jedna czwarta zawartości?

– Nie, czopiska są dość duże, aby mogły dobrze działać. Celowo zrobiono takie, bo spora część wypadała pacjentom z dupy – oświadczyła baba, zadowolona przerażeniem oszukanki.

– Ale jak ja je zaaplikuję? Dupę mi rozerwą, a ja uważam swoją dupę za bardzo cenną.

– Proszę się nie martwić, proszę pomyśleć o tym z dobrej strony – zaoszczędzi pani na ogórku – zachichotała sprzedawczyni.

Dziewczyna widząc, że nie ma wyjścia, wzięła pudło, nie chciała już łgać. Kupiła także herbatkę, aby się jakoś rozluźnić po ewentualnych "anobólach” (A NO, to dopiero będzie ból, hehe) i bez słowa podziękowania opuściła aptekę.

 

Tydzień później.

 

Stał się cud – Kłamczucha od siedmiu dni nie kłamie. Po zaaplikowaniu zaledwie jednego "wciskodupka”, wielkości butelki po piwie, do tej pory tak bardzo sraka ją boli, że nie da rady łazić po domu, a co dopiero mówiąc, że ma wyjść poza niego. Czopki okazały się bardzo wydajne, jeden na tydzień to nie w kij dmuchał (ekonomiczne rozrywanie dupy, hehe).

Kumpela dzwoni codziennie, pytając o jej zdrowie, lecz rozmowy trwają bardzo krótko (dzięki ci, boląca dupko), gdyż bolący tyłek nie pozwala Kłamczusze na długo się skupić.

Niestety, nałóg nie minął do końca, lecz Ściema ma jeszcze resztkę nadziei, że kiedyś przestanie kłamać, nadziei, którą nadal nosi w kieszeni.

Głód, niestety, wzrastał, nie mając więc już komu łgać, skupiła się na swoim psie. Ale ja wiem, że on jej nie słucha i ma ją głęboko w przysłowiowej... (to już było złośliwe z mojej strony, ale to nic, hehehe).

A Wy? Wy jak myślicie?

Średnia ocena: 1.0  Głosów: 1

Zaloguj się, aby ocenić

    Napisz komentarz

    Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania