Poprzednie częściKlucz do róży - Rozdział 1

Uwaga, utwór może zawierać treści przeznaczone tylko dla osób pełnoletnich!

Klucz do róży - Rozdział 11

Rozdział 11

Biegnąc przez kolczaste róże pomimo pulsującej adrenaliny czułam niewyobrażalny ból. Wiedziałam jednak, że nie mogę się teraz poddać, nie po tym czego się dowiedziałam. Czułam jakbym biegła tak przez wieczność, choć w rzeczywistości była to nic nieznacząca chwila. Gdy wypadłam spomiędzy byłam w opłakanym stanie. Róże i kolce miałam wszędzie, sukienka była w strzępach, a skóra była pokryta tysiącami krwawiących zadrapań i powbijanych kolców.

Chciałam chwilę odsapnąć, ale kiedy usłyszałam zbliżające się kroki z labiryntu rzuciłam się pędem w stronę imprezy. Wszyscy zachowywali się strasznie dziwnie. Jak po zażyciu narkotyku albo zbyt dużej ilości alkoholu. Jakimś cudem odnalazłam w tłumie moje przyjaciółki. Podbiegłam do nich ile sił w nogach.

- Hej! Dziewczyny! Abby! Linda! Katherin! Udało się! Mam to! – Krzyczałam do nich, aby usłyszały co mówię pomiędzy głośną muzyką. Jednak z nimi również było coś nie tak. Kompletnie mnie zignorowały i śmiały się jak opętane zataczając koła.

- Co do.. – Urwałam bo dopiero teraz spostrzegłam co unosi się – wszędzie. Byłam tak zaaferowana odkryciem i bólem, że nie zwróciłam uwagi na kłęby różowego dymu unoszącego się wszędzie. To on musiał ich odurzać. Tylko dlaczego ich odurzał, a mnie usypia? Nie wiedziałam co było lepszą opcją bo właśnie stałam chybocząc się jak wątła trawa na wietrze. Ostatkiem sił wytężyłam umysł i wróciłam do bramy.

Musiałam stąd uciec. Jak najszybciej i jak najdalej. Jednak czułam jak moje ciało poddaje się słodko duszącym oparom. Gdy miałam już zaliczyć bliższe spotkanie z ziemią poczułam czyiś dotyk. Ktoś mnie trzymał. Otworzyłam oczy i rozpoznałam chłopaka z innego sierocińca. Właśnie wchodził na imprezę. Chciałam go ostrzec przed niebezpieczeństwem, lecz już słyszałam przyspieszone kroki organizatorów i mężczyzny z bliznami.

- Niebezpieczeństwo… Ratuj szkatułkę… Proszę… Ratuj mnie… - zdołałam wydukać po czym zamknęłam oczy. O dziwo jednak nie zasnęłam więc czułam jak blond włosy i zielonooki chłopak podnosi mnie i kładzie mi szkatułkę w między dłonie. Mocno mnie ścisnął i odpychał napastników po czym zaczął uciekać. Cieszyłam się, że go spotkałam, bo ledwo uciekliśmy, a ja straciłam przytomność.

*

To było jak koszmar w pół śnie. Czułam, że chłopak który mnie uratował nadal ze mną biegnie i mówi coś do mnie, lecz nie mogłam zrozumieć jego słów. Co kilka sekund budziłam się z okropnym bólem głowy albo zasypiałam i wracałam to okropnych scen z łazienki. Chciałam już tylko, żeby ten okropny koszmar się skończył, żebym była bezpieczna, ale tak nie było. W kolejnych przebłyskach snów przed oczami pojawiały mi się kolejne obrazy. Najpierw korespondencji Rick’a i Lilianny, potem dziwnego zegarka, następnie mężczyzny z bliznami i przerażającym uśmiechem, a na koniec najgorsze – widok z pokoju pod domkiem.

Gdy zeszłam na dół ujrzałam całe laboratorium. Było tam pełno dziwnych urządzeń i kapsuł wypełnionych płynem, w którym unosiły się róże. Lecz nie zwykłe. Były to róże z ludzkimi twarzami w środku. W mniejszych kapsułach były to dziecięce twarze, lecz była również jedna duża kapsuła. Przyłapałam Williama i Adama jak wyciągali z największej kapsuły ogromną różę z twarzą mężczyzny ze zdjęcia. Tak, ci dwaj zrobili coś okropnego Rick’owi. Co dokładnie podsłuchałam z rozmowy – bo na początku mnie nie zauważyli.

Gdy już myślałam, że zapadnę w spokojny sen koszmar zaczął się od nowa. Budziłam się i zasypiałam, budziłam i zasypiałam, aż w końcu przestałam o tym myśleć i po prostu leżałam w ramionach mojego wybawiciela, którego imienia nie znałam.

Średnia ocena: 0.0  Głosów: 0

Zaloguj się, aby ocenić

    Napisz komentarz

    Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania