Uwaga, utwór może zawierać treści przeznaczone tylko dla osób pełnoletnich!
Klucz do róży - Rozdział 2
Rozdział 2
Dziś miałam sen. Ten sam co zawsze. Śniłam o tym, jak tutaj trafiłam. Do naszego kochanego sierocińca.
Było to pewnego wiosennego poranka. Mama Rose jak zawsze wyszła przed bramę, aby zebrać listy. Jednak nie wróciła tylko z listami, ale i z dzieckiem – mną. Ktoś mnie zostawił pod bramą w koszyku wyścielonym lnianym materiałem, owiniętą kocem w różany wzór i z krótką wiadomością na kartce. „Proszę zaopiekować się moją córką jak najlepiej. Ze mną nie będzie bezpieczna”. Do kartki był doczepiony kwiat lilii. Nie wiem z jakiego powodu, ale dzięki niemu i okryciu powstało moje imię.
-Och, moja ty bidulko, jakby cię tu nazwać… O, chyba wiem. Dam ci na imię Rozalia. Róża i Lilia. Hm, może ten kto cię tu przyniósł celowo zostawił takie znaki? A może to ja szukam sensu tam gdzie go nie ma? Tak czy inaczej, witaj Rozalio, w swoim nowym domu.
W tym momencie wszystko robi się czarne. Jestem sobą z teraźniejszości i stoję przed bramą sierocińca. Patrzę jak ktoś zostawia mnie pod bramą, lecz nie widzę twarzy bo przykrywa ją czarny płaszcz. Gdy odchodzi, podchodzę do niej, ale kiedy tylko łapię ją za ramię wszystko znika. Ja spadam w ciemność, a potem się budzę.
Nie wiem czy kiedykolwiek ujrzę twarz tajemniczej osoby, lecz mało mnie to obchodzi. Tu jest mi dobrze, i nie czuje potrzeby zmian.
Pomału zeszłam z łózka i powędrowałam do łazienki. Jako jedna z nielicznych byłam rannym ptaszkiem, dzięki czemu unikałam tłoków w łazience. Jak co dzień uplotłam moje karmelowe włosy czerwoną wstążką w dwa warkocze, a następnie zwinęłam je w ślimaki. Ubrałam białą koszulę z wyszytą różą w miejscu, gdzie znajduje się serce i czarną spódniczkę do kolan w różany wzór. Na koniec wsunęłam czarne pantofelki i spojrzałam w odbicie na tafli lustra. Nie uważałam się za piękną, ale dzisiaj było inaczej. Nic się we mnie nie zmieniło, a jednak czułam zmianę. Może to z powodu moich karmelowych włosów? Czy dzisiaj połyskują jeszcze mocniej niż wczoraj? Nie. To raczej nie to. Nie miałam jednak chęci na rozmyślanie.
Wyszłam z łazienki i skierowałam się do stołówki. Zawsze co rano pomagałam kucharkom – Pani Betty i Susan – w przygotowaniu śniadania. Betty była niską i pulchną kobietą w średnim wieku. Nosiła duże okulary z grubymi szkłami i fartuszek kucharski. Włosy miała siwe jak mysz, a oczy lśniły piwnym odcieniem. Susan była jej dokładną kopią – były siostrami bliźniaczkami – tyle, że w przeciwieństwie do Betty miała ciemne, brązowe włosy, szczupłą posturę i niebieskie oczy. Weszłam do jadalni wypełnionej czterema sześcioosobowymi stolikami po czym skierowałam się w stronę drzwi prowadzących do kuchni. Jeszcze zanim weszłam poczułam zapach gotowanych jajek i mięsa. Wzięłam z wieszaka fartuch – który kupiły mi kucharki na święta – i poszłam do składziku. Znalazłam tam Betty palącą po cichu papierosa. Gdy wyczuła czyjąś obecność obróciła się przerażona, ale uspokoiła się widząc mnie.
- O jejku Rozalio, to tylko ty. Myślałam, że to Rose. Miałabym przechlapane. Możesz iść i pokroić warzywa oraz chleb do kanapek, ja zajmę się resztą.
*
Po godzinie do Sali zaczęły schodzić się pierwsze dzieci. Razem z Betty i Susan wykładałyśmy jedzenie na blat, a dzieci podchodziły po talerzyk i nakładały to, na co mają ochotę.
- No dobra Rozalio, leć po talerz i nakładaj sobie jedzenie. Znów dużo nam pomogłaś.- powiedziała Betty dokładając pomidory na tacę. W odpowiedzi uśmiechnęłam się, zdjęłam fartuch i poszłam za jej prośbą. Gdy miałam już pełen talerz skierowałam się do stolika, gdzie czekały na mnie przyjaciółki. Usiadłam na moim stałym miejscu, z którego miałam idealny widok na stolik Tobby’ego. Dzisiaj jednak nie siedział ze swoimi kolegami, lecz z Mamą Rose. Strzegła go jak oka w głowie. Była przy nim cały czas – jak obiecała. Z boku wygląda to okropnie, ale śmiałyśmy się z losu Tobby’ego. Wiedziałyśmy, że zasłużył sobie na to. Miał już osiem lat, a nadal zachowywał się jak niczego nieświadomy czterolatek. Po skończonym śniadaniu poszłam zobaczyć na tablicę dyżurów – w sierocińcu obowiązywały cotygodniowe dyżury zbierania talerzy i zmywania ich. W tym tygodniu wypadło na nasz stolik. Jednak dołączył do nas jeszcze ktoś, a mianowicie Tobby. Był to kolejny etap jego kary. Przyznam, że naprawdę walczyłam ze śmiechem, gdy zbierał i zmywał talerze z czerwoną od złości twarzą. W trakcie Mama Rose zajrzała do kuchni, żeby przekazać nam, że gdy zmyjemy naczynia mamy pójść do pokoju zebrań, bo chce nam coś ogłosić. Przy okazji skontrolowała czy Tobby się nie obija w sprzątaniu. Gdy skończyłyśmy poszłyśmy za jej radą do pokoju zebrań, w którym czekała już reszta dzieci.
- Witam was moje kochane dzieci na tak nagłym zebraniu. Wiem, że to wszystko jest dla was niespodziewane, ale jest to świeża sprawa. Dziś po śniadaniu odczytałam maila od pewnego obozu, który co kilka lat organizuje wydarzenia, na które zaprasza różne sierocińce. Napisali, że w tym roku organizują wydarzenie w lipcu, czyli za miesiąc. Niektórzy z was już tam byli, lecz wielu nie miało jeszcze okazji. Zapewniam was jednak, że nie pożałujecie tego wyjazdu. Zostaniemy tam na trzy tygodnie, podczas których weźmiecie udział w wielu zabawach. Na dwa dni przed wyjazdem odbędzie się bal podsumowujący cały obóz. – wyjaśniła Mama po czym dodała. – Dlatego też musicie o siebie bardzo dbać, czyli brać dużo witamin. Wiem, że nie przepadacie za nimi, ale nie chce mieć powtórki z poprzedniego wyjazdu, w którym dużo dzieci dostało alergii lub wirusów i nie pojechały na obóz, tylko zostały z zastępczą Mamą. Dlatego wprowadzam swego rodzaju nakaz brania witamin i leków alergicznych. Chcę w ten sposób zminimalizować ryzyko. To tyle, możecie się rozejść – skończyła i usiadła za biurkiem.
Gdy wszyscy wysypaliśmy się na korytarz rozmowy nie miały końca. Szum był gorszy niż na bazarku w czasie promocji. Bardzo się cieszyłam z tego wyjazdu bo byłam jedną z osób, które nie pojechały na niego poprzednio przez alergię. Obiecałam sobie, że teraz jednak tak nie będzie i choćbym miała pojechać chora i ze złym samopoczuciem – i tak pojadę. Jednak dla pewności prosto po zebraniu poszłam do naszej małej apteki po garść witamin i leków na alergię. Następnie skierowałam się z nimi do stołówki i poprosiłam Susan o szklankę wody. Na widok ilości tabletek wytrzeszczyła oczy, ale bez słowa podała mi szklankę. Chwilę poczekała, aż wszystko na spokojnie połknę i wzięła pustą szklankę.
- No, no. Widzę, że obóz stał się niezłą motywacją dla niektórych – skomentowała Susan i wróciła do kuchni. Nie byłam pewna czy był to podziw czy zgryzota, lecz mało mnie to obchodziło. Najważniejszy był wyjazd na obóz. Teraz tylko on się liczył. Po powrocie z poprzedniego wyjazdu Linda opowiedziała mi o cudownym labiryncie różanym. Nikt prócz organizatorów nie miał do niego dostępu, lecz los obdarował mnie umiejętnością wślizgiwania się tam, gdzie nie jestem witana z otwartymi ramionami. Wiem, że brzmi to dziwnie, a wręcz komicznie, lecz naprawdę kocham róże, a zobaczenie całego labiryntu z nich, to jak wygrać bilet do raju. A ja nie czekałam na wygranie takiego biletu. Czekałam jedynie na okazje. Okazje wyrwania biletu zwycięzcy prosto z dłoni w taki sposób, aby nawet tego nie spostrzegł.
Napisz komentarz
Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania