Poprzednie częściKlucz do róży - Rozdział 1

Uwaga, utwór może zawierać treści przeznaczone tylko dla osób pełnoletnich!

Klucz do róży - Rozdział 5

Rozdział 5

Po tygodniu wrażeń sprawa z Kirą – chyba – dobiegła końca. Tak jak Mama Rose obiecała napisała do szefowej. Jak łatwo się domyślić Kira nie była zadowolona z takiego obrotu sytuacji. Dopóki nie wyjechała czułam jej palący wzrok na plecach. Wiedziała, że to ja, ale nie miała wystarczających dowodów. Dlatego też ogromnie ucieszyła mnie informacja zwrotna już tego samego dnia. Szefowa Mamy wysłała Kirę aż tysiąc kilometrów od naszego sierocińca. Następnego dnia rano była już gotowa do wyjazdu. Wszystko wyglądało podobnie jak podczas jej przyjazdu z jednym wyjątkiem – o wiele mniejsza grupka dzieci się z nią żegnała.

Już po godzinie po jej wyjeździe rozpoczęłyśmy wraz z Mamą przepytywanie dzieci. Uzbierałyśmy sporą grupę skarżącą się na Kirę. Największa grupa dzieci mówiła, że była bardzo niedelikatna i szarpała je, gdy Mamy Rose nie było w pobliżu. Reszta to były drobnostki – jednak nie mniej ważne. Naszym największym dowodem były zeznania Tobby’ego. Moja teoria co do sytuacji w łazience potwierdziła się. Kira zaplanowała całą tą sytuację, a Tobby był jej niczego nieświadomą ofiarą.

Następnego dnia Mama Rose poskładała wszystko, czego się dowiedziałyśmy i napisała długą wiadomość do szefowej. Kilka godzin później dostała odpowiedź zwrotną. Okazało się, że nie będzie to takie proste i wszystkie dzieci, które zeznały przeciwko niej będą musiały zostać dodatkowo przesłuchane, a cała sprawa nie skończy się tak szybko jak myślałyśmy. Jedyne co udało się wynegocjować, to aby kontynuować sprawę po obozie, żeby dzieci mogły się na nim spokojnie bawić.

Jeszcze bardziej cieszyłam się każdym dniem w sierocińcu. Odkąd pojawiła się u nas Kira, chodziłam spięta i gotowa do obrony. Były to zaledwie kilka dni, jednak niemożliwie mnie zmęczyły. Teraz jednak, w końcu mogłam w pełni skupić się na najważniejszym – obozie.

*

Reszta miesiąca – pomijając epizod z Kirą – upłynęła spokojnie, aż w końcu doczekałam się tego momentu, dzień przed wyjazdem. Tego dnia wszystkie dzieci nie mogły się skupić na swoich zwyczajnych zajęciach. Myślały już tylko o wyjeździe. Nie dziwiłam im się, bo sama ledwo utrzymywałam emocje na wodzy, aby nie śmiać się z radości bez powodu. Zawsze po śniadaniu mamy czas dla siebie do obiadu. Dziś jednak wykorzystaliśmy go na pakowanie. Każdy wziął najpotrzebniejsze rzeczy. No może oprócz dzieci, które chciały zabrać ze sobą cały sierociniec. Mama Rose co chwila musiała je upominać, aby wzięły tylko takie rzeczy, które będą używać, a potem je uspokajać bo wpadały w płacz.

Kiedy wszyscy – w końcu – byli gotowi na jutrzejszą przygodę przyszedł czas na obiad. On też jednak nie był taki jak zawsze. Szum był nie do opisania. Każdy dzielił się z kolegą lub koleżanką ze stolika swoimi spekulacjami jak tam będzie.

- Może będą tam jacyś fajni chłopcy? – Zasugerowała Katherin.

- Albo dziewczyny – dodała Abby.

- Mnie ciekawi czy mają tam przyrządy sportowe. Albo ciekawe konkurencje. Chociaż chłopcy też mogliby być – stwierdziła Linda.

- Jak to? To nie wiecie co tam będzie? Przecież byłyście już na nim poprzednio – spytałam.

- No tak, ale wiesz na każdym obozie są inne zajęcia. W sensie powtarzają się z poprzednich obozów, ale na przykład jeśli poprzednio były bardziej kreatywne zajęcia to teraz mogą być sportowe – wyjaśniła Linda.

- Mi tam wystarczy jedynie ogród. Z tego co mówiłaś był cudowny i pozwalano pomagać tamtejszemu ogrodnikowi w pielęgnacji. Nic więcej do szczęścia mi nie potrzeba. Chociaż nie, jeszcze muszę zobaczyć różany labirynt. Wtedy będę mogła nawet wziąć udział zawodach pływackich – stwierdziłam. Nienawidzę pływania, ale to nie przez to dziewczyny ucichły i spoglądały na mnie ostrożnym wzrokiem. Wiedziały, że chcę zobaczyć różany labirynt, ale nie tylko z zewnątrz.

- Roz, wiemy o twoich planach, ale czy warto tak ryzykować? Organizatorzy są mili, ale słyszałam, że bardzo nie lubią, gdy ktoś łamie ich zasady – ostrzegła Linda.

Zignorowałam jej słowa i zabrałam się za jedzenie. Do końca obiadu żadna nie odezwała się słowem. Nie chciałam, żeby były na mnie złe, ale znamy się już tyle lat i powinny wiedzieć, że niemożliwym jest, abym wycofała się z jakiegoś postanowienia. Powiedziałam już raz i więcej nie będę powtarzać – muszę zobaczyć ten labirynt, od środka.

*

Dziś cały sierociniec położył się wcześniej spać. Musieliśmy być wypoczęci jutrzejszym wyjazdem. Każdy był tak podekscytowany, że z emocji większość z nas szybko zasnęła, w tym ja.

Śniłam dziś sen, ten sam co zawsze, lecz coś się zmieniło. Gdy spadałam w dół nie skończyło się to wybudzeniem ze snu. Uderzyłam o czarną pustkę. Wstałam niepewnie i rozejrzałam się. Wokół mnie nie było nic prócz czarnej nicości. Nagle usłyszałam za sobą jakiś odgłos. Odwróciłam się w jego stronę i ujrzałam furtkę. Starą furtkę w piękne zdobienia oplecioną różami. Niepewnym krokiem podeszłam i zajrzałam do środka. Znalazłam się na małej działce. Było tam kilka grządek, szopa z narzędziami, stawik, mała chatka i tony róż. Zresztą, cała działka była otoczona płotem z róż.

Kiedy przekroczyłam jej próg furtka zatrzasnęła się z hukiem. Jednak mało mnie to obchodziło, bo już zmierzałam w stronę chatki. Drzwi otworzyły się z lekkim oporem i skrzypnięciem. W środku zastałam kuchnię połączoną z salonem. Naprzeciwko drzwi w górę pięły się małe schody. Pod nimi stała komoda, a na niej telewizor. Chciałam zobaczyć co jest na górze, gdy moją uwagę przykuła pewna rzecz. Była to szkatułka. Stała na stoliku kawowym na drugim końcu pokoju przed kanapą skierowaną w stronę telewizora. Pudełeczko było średniej wielkości z licznymi zdobieniami. Chciałam zajrzeć do środka, lecz do tego potrzebowałam klucza, którego oczywiście nie miałam. Odłożyłam więc szkatułkę z powrotem i wróciłam na zewnątrz zapominając o pokoju na piętrze. Naprzeciwko wejścia do domku stała piękna biała huśtawka – której wcześniej nie zauważyłam – zdobiona i opleciona różami równie pięknie jak furtka.

Usiadłam na niej i rozkoszowałam się cudowną scenerią. Wdychałam świeże powietrze zmieszane z zapachem kwitnących róż. Nagle poczułam coś jeszcze. Zapach tak słodki, że aż mdły. Natychmiast otworzyłam oczy i ujrzałam, że cała działka wypełniona jest jakimś różowym dymem. Czym prędzej wstałam i skierowałam się w stronę furtki, lecz opary sprawiały, że coraz bardziej czułam senność. Upadłam tuż przed wyjściem, lecz udało mi się jakoś wczołgać w ciemną pustkę. Gdy tak chwilę w niej leżałam łapiąc oddech poczułam, jak ta osuwa mi się spod ciała. Zaczęłam spadać w dół w trakcie zasypiałam i budziłam się. Dławiłam i krztusiłam łzami oraz drapiąco mdłym zapachem dymu, gdy w końcu się obudziłam. Zerwałam się z łózka jak oparzona. W nosie wciąż czułam ten dziwny zapach różowego dymu. Rozejrzałam się i dopiero teraz dotarło do mnie co się dzieje. Linda, Abby i Katherin stały nad łóżkiem wpatrując się we mnie zmartwionymi wzrokami. Spojrzałam na zegar i okazało się, że zaspałam! Pierwszy raz w życiu zaspałam!

Dziewczyny wołały za mną, ale ja już byłam w drodze do łazienki. Szybko założyłam mundurek i zaplotłam fryzurę. Po około siedmiu minutach byłam gotowa, ale nawet wtedy nie mogłam wysłuchać moich przyjaciółek, bo wyrobiłam się idealnie na zbiórkę. Pod sierociniec przyjechały dwa długie autokary, które miały nas zabrać na wymarzony obóz. Mama Rose przeliczyła wszystkich trzy razy, po czym po kolei zajmowaliśmy miejsca w autokarach. Usiadłyśmy z dziewczynami na tylnych czteroosobowych siedzeniach, abyśmy nie musiały się do siebie odwracać. Dopiero wtedy mogłam wysłuchać co dziewczyny miały mi do powiedzenia.

- Całą noc strasznie się rzucałaś i mówiłaś coś niezrozumiałego, ale nie dało się ciebie dobudzić – wyjaśniła Abby. – Chciałam ci dać z liścia, ale Linda mi zabroniła. Więc pół nocy wierzgałaś i gadałaś. Potem rano nie mogłyśmy cię dobudzić, więc poszłyśmy się uszykować bo myślałyśmy, że przez ten czas w końcu sama wstaniesz – przerwała po czym dokończyła Katherin. – Niestety nawet nasze wołania cię nie budziły. Chciałyśmy już iść po Mamę Rose, kiedy zerwałaś się tak nagle, a potem poleciałaś się szykować, później liczenie i no nie było jak pogadać. – Byłam jeszcze zaspana i zdezorientowana. Nie rozumiałam czym było to miejsce ze snu, dławiący dym, czy też dlaczego tak się zachowywałam przez , lecz czułam, że nie wróży to nic dobrego.

Podczas jazdy opowiedziałam dziewczynom o moim dziwacznym śnie. Abby uważała, że to przez leki na alergię i witaminy, Katherin, że jest to miejsce, w którym spotkam tego/tą jedynego/jedyną, Linda natomiast miała – według mnie – najtrafniejsze wytłumaczenie.

- To pewnie przez te emocje związane z wyjazdem. Każdy przechodzi to na swój sposób, a najwidoczniej ty przechodzisz właśnie w taki.

- Może – odparłam krótko i przez resztę drogi obserwowałam widoki za oknem. Widziałam krowy i konie pasące się na polach, długie i poplątane strumienie rzek oraz majestatyczne drzewa wielkich i ciemnych lasów zapraszające, aby ktoś do nich wszedł i został tam na zawsze. Po pięciu godzinach drogi dojechaliśmy do celu.

Średnia ocena: 0.0  Głosów: 0

Zaloguj się, aby ocenić

    Napisz komentarz

    Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania