Poprzednie częściKlucz do róży - Rozdział 1

Uwaga, utwór może zawierać treści przeznaczone tylko dla osób pełnoletnich!

Klucz do róży - Rozdział 6

Rozdział 6

Obóz znajdował się dobrych kilkaset kilometrów od naszego sierocińca oraz w dużej odległości od najbliższego miasteczka. Przejechaliśmy przez bramę z wielkim napisem „Obóz marzeń”. Zaparkowaliśmy w wyznaczonym miejscu i po kolei wysypaliśmy się z pojazdu. Oprócz nas w obozie było już sporo innych grup. Wszyscy odznaczaliśmy się poprzez specjalne chusty na ramieniu. Każdy miał wyznaczony kolor chusty – naszym był czerwony. Gdy wszyscy już wysiedliśmy podszedł do nas jeden z organizatorów. Po plakietce można było wywnioskować, że nazywa się Adam.

- Dzień dobry, witam was na kolejnej edycji obozu marzeń, chcielibyście mnie o coś zapytać czy od razu przejść do przydzielania pokoi? – Zapytał grzecznie. Wyglądał na miłego i pogodnego, ale coś mi nie pasowało w jego wzroku. Mówi się, że oczy to zwierciadło duszy, ale jego nie pasowało do energii jaką starał się pokazywać ludziom.

- Może Pan od razu przejść do przydzielania pokoi. Byłam tu już wiele razy i wszystko przekażę dzieciom w razie pytań. Chyba, że coś się zmieniło – odparła Mama Rose.

- Nie, nie Droga Pani, wszystko jest po staremu. No więc najpierw na liście mam pokój dla Lindy, Abby, Katherin i Rozalii – powiedział Adam szukając nas wzrokiem w grupie. Podchodziłyśmy po kolei – każda dostawała swój klucz do pokoju. Gdy przyszła kolej na mnie podeszłam pewnym krokiem do Adama, ale kiedy dawał mi klucz byłam na sto procent pewna, że on nie jest tak miły jak udaje. Wiem, że to głupio brzmi, ale te oczy. Nie umiem powiedzieć co w nich widziałam, jak nazwać tę emocję, ale nie było to nic dobrego.

Stwierdziłam jednak, że nie będę się tym teraz przejmować i poszłam za przyjaciółkami do pokoju. Znajdował się blisko stołówki z czego się cieszyłam bo z tego co mówiła po drodze Linda - po zabawach jest się strasznie głodnym. Gdy Abby otworzyła drzwi naszym oczom ukazał się pokój jak z marzeń. Nie był duży, ale przytulny. Każda miała własne łóżko, a przy nim szafkę z nocną lampką. Pod łózkami były szuflady na nasze rzeczy, a przy drzwiach specjalne miejsca na walizki. Spojrzałam w górę i ujrzałam wiatrak sufitowy, wokół którego na całej wolnej przestrzeni przyklejono świecące gwiazdki na pilota. W pokoju była również szafa z różnymi grami, kartkami, kredkami, skakankami i innym tego typu przyborami. Łazienka dorównywała pokojowi. Od białych kafelków odbijały się promienie słońca tym samym rozświetlając całe pomieszczenie i rzucając światło na porcelanową wannę, umywalkę oraz toaletę. Oprócz wyglądu łazienka nieziemsko pachniała dzięki używanym w niej odświeżaczom powietrza.

- Wow, ten pokój jest nieziemski! – Wykrzyknęła z podekscytowania Abby.

- No to trzeba przyznać. Jest lepszy niż poprzednio – skomentowała Linda. Katherin chyba mało obchodził pokój bo już oglądała się za siebie oceniając czy w tym roku na obozie są jacyś ładni i wysportowani chłopcy. Ja miałam ochotę porozglądać się za czymś łatwiejszym do upolowania i wychowania – ogrodem – ale wiedziałam, że najpierw czeka mnie długie rozpakowywanie. Zresztą nie tylko mnie, a nas wszystkie. W końcu będziemy na obozie trzy tygodnie.

*

Gdy w końcu uporałyśmy się z rozpakowywaniem pokój wyglądał jeszcze lepiej. Na początku był to zwykły, ładny pokój. Teraz był to nasz ładny pokój. Dziś nie było żadnych zajęć, abyśmy mieli więcej czasu na zapoznanie się z obozem, więc poszłyśmy na obiad. Z tego co nam powiedziano zostawiono dla każdego porcję obiadu, więc czemu by miała się zmarnować?

Gdy już doszłyśmy na stołówkę okazało się, że jest ona jeszcze większa niż przypuszczałam. Wiedziałam, że musi pomieścić wszystkich obozowiczów, ale i tak jej wielkość mnie zdziwiła. Wyglądała zwyczajnie. Jak duża sala gimnastyczna wypełniona cztero-sześcioosobowymi stolikami. Po lewej stronie od wejścia znajdował się pas okienek do odbioru jedzenia. Panie wydające posiłki sprawdzały ilość dzieci na liście z danej grupy na podstawie naszych szarf na ramieniu, a gdy wszystko się zgadzało wydawały jedzenie. Kiedy już dostałyśmy posiłek usiadłyśmy przy czteroosobowym stoliku w rogu sali. Było tu spokojnie i przytulnie, a na dodatek jest tu zmniejszona szansa, że ktoś o coś zahaczy i wyleje na ciebie na przykład gorącą zupę – doświadczenia z sierocińca.

Dziś na obiad były ziemniaki posypane koperkiem, dwa kawałki kurczaka i dwie sałatki - z czerwonej kapusty i buraków – oraz marchewka z groszkiem na ciepło, a do tego kompot jabłkowy. W sierocińcu mieliśmy podobne dania lecz mniej obfite. U nas zamiast dwóch sałatek i marchewki z groszkiem byłoby jedno z tych przystawek. Tutaj nie musieli się tym przejmować. Po około kwadransie ja i Abby byłyśmy gotowe do oddania pustych talerzy. Linda wciskała co mogła, lecz wiadome było, że nie zje wszystkiego. Katherin natomiast wyjadła wszystko oprócz mięsa.

Stwierdziła, że przechodzi na dietę bezmięsną, ale było widać, że bardzo z tego powodu cierpi. Katherin zawsze marzyła o swoim królewiczu z bajki, a teraz wcielała swoje marzenia w życie. Jej celem było upolowanie - jak to określiła w drodze na obóz – tego jedynego. Dlatego też już od miesiąca ćwiczy i odchodzi od mięsa oraz słodyczy, aby osiągnąć idealną figurę. Osobiście uważam ten pomysł za głupi, ponieważ według mnie jak kocha to ze wszystkimi wadami, ale jak Katherin już się na coś uprze to jej nie przegadasz.

Po skończonym obiedzie odniosłyśmy talerze i wróciłyśmy do pokoju. Jednak po drodze dostrzegłam cel mojej podróży. Gdy spojrzałam w prawo dostrzegłam skrawek różanego labiryntu. Nie mówiąc nic dziewczynom poszłam w jego stronę. Schowałam za furgonetką, która stała zaledwie kilka kroków od labiryntu. Z bliska był jeszcze piękniejszy. Róże były idealne. Każdy pąk był rozwinięty i aż lśnił idealną czerwienią. Chciałam wejść do środka, gdy nagle usłyszałam, że ktoś wychodzi z furgonetki. Czym prędzej schowałam się pod nią i starałam być tak cicho jak tylko potrafię. Z auta wysiadło dwoje mężczyzn. Rozmawiali o rosnącej inflacji. Gdy ich głosy nieco ucichły powoli wysunęłam się spod furgonetki i weszłam tylnym wejściem do pierwszego lepszego domku. Odetchnęłam z ulgą, lecz mój spokój nie trwał długo, bo usłyszałam otwieranie zamka od głównych drzwi. W panice zamiast wyjść z powrotem tylnym wyjściem wcisnęłam się w szczelinę między szafą, a ścianą. Do pokoju weszło dwoje ludzi, lecz nie widziałam ich twarzy.

- Mówię ci ojcze, to ona. Jestem tego pewien. Nie pomyliłbym nigdzie tych delikatnych rysów twarzy Rick’a i zadziornych oczu Lilianny – wyrzucił z siebie mężczyzna. Po głosie poznałam, że był to Adam, organizator, który przywitał nas na początku obozu.

- Ale jak to możliwe!? Przecież byłem pewien, że ta sierota schowała gdzieś dziecko w nadziei, że ją oszczędzę! Byłem pewien, że ten głupi bachor dawno zdechł! – Wydzierał się drugi. Po głosie mogłam stwierdzić, że był to mężczyzna w starszym wieku. Czułam się okropnie niezręcznie, bo wiedziałam, że nie powinno mnie być przy tej rozmowie. Jednak przyznam – zaciekawiła mnie.

- Wiem ojcze, ale naprawdę jestem tego pewien. Rozmawiałem z jej opiekunką i poprosiłem, aby powiedziała jak do niej trafiła. Głupia dała się nabrać na ładne słówka bo od razu wyśpiewała, że znalazła ją pod bramą z listem „Proszę zaopiekować się moją córką jak najlepiej. Ze mną nie będzie bezpieczna”. Była owinięta kocem w różany wzór, a przy liście nadawca przywiązał wstążką lilię. To musi być ona, nie ma wątpliwości.

W pokoju nastała długa cisza. Atmosfera była tak gęsta, że można by było ciąć ją nożem. W końcu ciszę przełamał ojciec Adama.

- Jak się nazywa?

- Rozalia – odparł Adam. Na chwilę nie widziałam nic. Mroczki przed oczami i zawroty głowy przysłoniły mi wszystko. Z ledwością utrzymałam równowagę i cichy oddech, choć myślałam, że moje dziko walące serce wystarczy, aby mnie odnaleźli.

- A jej opiekunka? – zapytał starszy mężczyzna.

- Rose – odparł Adam. Wtedy byłam już pewna. To chodziło o mnie. Przed chwilą ci dwaj nieznajomi mi mężczyźni rozmawiali o mnie. Ze złością przeżywali, że żyję. W głowie zakręciło mi się jeszcze bardziej, poczułam podchodzący mi do gardła obiad, lecz starałam się zachować pozorny spokój.

- Niech to szlag – powiedział ojciec Adama. -Ech, no dobra. Musimy dokończyć to co zaczęliśmy szesnaście lat temu – nastała chwila ciszy po czym dokończył. – Przyjdź do mnie dziś o tej samej porze co zawsze. Omówimy plan i w końcu pozbędziemy się ostatniego dowodu głupoty mojego syna. – Chwilę stali po czym wyszedł najpierw jeden, a po chwili drugi z mężczyzn, który zamknął drzwi domku z powrotem na klucz. Odczekałam chwilę dla pewności po czym wypadłam zza szafy i czym prędzej wybiegłam tylnymi drzwiami na zewnątrz. Było czuć już lekki zapach rosy, a niebo zapowiadało, że niedługo zajdzie słońce i wzejdzie senny księżyc. Mnie jednak mało to obchodziło. Biegłam przed siebie, byle szybciej, byle dalej. Od tego miejsca i tych strasznych ludzi. Nie byłam głupia, żeby zrozumieć, że nie jestem tu miel widziana. Ba, moje istnienie nie było mile widziane. W końcu gdy poczułam, że obiad doszedł już do gardła przystanęłam i zwymiotowałam. Na szczęście udało mi się wycelować w kosz.

- Co tam młoda damo? Obiad ci nie podszedł? – Zapytał głos z niedaleka. Gdy podniosłam głowę znad śmietnika ujrzałam, że dobiegłam do mojego drugiego punktu podróży – ogrodu. Starszy mężczyzna w słomianym kapeluszu, białej, podziurawionej koszulce, zielonych ogrodniczkach, rękawiczkach i wysokich, czarnych kaloszach spoglądał na mnie z nutką litości i śmiechu.

- Właśnie dowiedziałam się, że pewnym osobom przeszkadza moje istnienie – odparłam nadal skołowana.

- O jejku, kto ci tak powiedział? No pokaż mi tego bachora to pożałuje. Co wolisz, łopatę czy grabie? – zapytał ogrodnik. Nie wiedząc o co chodzi spojrzałam na niego pytającym wzrokiem.

- Pytam czym wolisz przywalić tym bachorom, które ci tak powiedziały, ale skoro nie możesz zdecydować to zrobię to za ciebie. Ja wezmę grabie, a ty łopatę. Jak na początek łopata jest łatwiejsza w użytku – wyjaśnił ogrodnik w pełni poważny. Czułam, że mogę mu zaufać. Oczywiście nie na tyle, żeby powiedzieć mu całą prawdę, ale na tyle, żeby powiedzieć jej część.

- Wie Pan. Przechadzałam się po obozie, gdy usłyszałam jak dwóch chłopaków z mojego sierocińca gada, że lepiej jakby mnie nie było, i że postarają się mnie jak najszybciej pozbyć. Nigdy nie reagowałam tak uczuciowo, ale teraz coś we mnie pękło i oddałam ten pyszny obiad – wyrzuciłam z siebie.

- No to musiało zaboleć, przyznam. Ale wiesz, poczuj się raz jak skarżypyta i powiedz wszystko swojej opiekunce. Na pewno da im niezły wykład i będą cię przepraszać na kolanach – zachęcił mnie ogrodnik. Na chwilę zapadła cisza, a ja spojrzałam dokładniej na ogród. Rosło tutaj chyba wszystko. Kaktusy, róże, lilie, storczyki, bratki, żonkile, niezapominajki. Wszystko czego dusza zapragnie.

- Mam do Pana pytanie, czy mogłabym pomóc w ogrodzie? Zawsze mnie to uspokaja – zapytałam.

- A pewnie, pewnie. Już dawno nikt tu nie przychodził. Tylko opiekunki albo szef, żeby sprawdzić czy się nie obijam. Bo wiesz Panienko, człowiek czasem musi się trochę odstresować i wypić na przykład taką herbatkę z prądem. Ale szefowi to nie pasuje. Uh, sam pije, a do mnie gada, że odstraszałbym ludzi. Pf, niewdzięcznik – wyrzucił z siebie ogrodnik i poszedł do szopy na końcu ogrodu. Wrócił po chwili z parą kaloszy, ogrodniczek i rękawic. Gdy założyłam je na siebie okazało się, że są o dwa rozmiary za duże, ale nie obchodziło mnie to, musiałam się gdzieś wyładować.

*

Dopiero kiedy zaszło słońce zorientowałam się, że od piętnastu minut trwa kolacja.

- O jejku, bardzo Panu dziękuję za miło spędzony czas, ale muszę lecieć na kolację. Będę Pana codziennie odwiedzać, więc będzie mógł Pan napić się więcej swojej ulubionej herbaty z prądem – oznajmiłam po czym szybko ściągnęłam ciuchy ogrodnicze, zaniosłam do szopy i czym prędzej pobiegłam na kolację. Wszyscy już siedzieli na swoich miejscach – w tym moje przyjaciółki. Odebrałam jedzenie i dosiadłam się do nich. Ledwo usiadłam, a one już zalały mnie pytaniami.

- No w końcu Roz! Gdzieś ty była!? Szłyśmy razem do pokoju, wchodzimy, a tutaj nie ma Roz! – wyrzuciła z siebie Abby.

- To prawda. Mogłaś nam chociaż powiedzieć, że się oddalasz. Wiesz jak się o ciebie martwiłyśmy!? – dodała Linda.

- Dokładnie Roz! Nie było cię nawet kiedy poznałam tego jedynego! Jak śmiałaś! – wykrzyczała Katherin. Wszystkie popatrzyłyśmy na nią lekko zażenowane.

- Tak czy inaczej nie wywiniesz się tak łatwo. Szybko opowiadaj nam gdzie byłaś – rozkazała stanowczo Linda. Stwierdziłam, że nie będę ich zamartwiać moim drobnym kłopotem więc – skłamałam.

- No bo wiecie, zobaczyłam z daleka różany labirynt i chciałam przyjrzeć się mu z bliska. Planowałam nawet wejść do środka, ale ludzie wysiedli z furgonetki, za którą się chowałam i uciekłam. Byłam tak pochłonięta widokiem labiryntu, że dobiegłam do ogrodu, gdzie poznałam sympatycznego ogrodnika. Pomagałam mu w ogrodzie i zagapiłam się – wyjaśniłam po krótce. Na chwilę nastała niezręczna cisza i bałam się, że mi nie uwierzą, ale po chwili wszystkie wybuchły śmiechem.

- No tak to coś w twoim stylu! – zdołała wykrztusić Linda pomiędzy kolejnymi falami śmiechu. W końcu ja też do nich dołączyłam i śmiałyśmy się tak dobrych kilka minut. W końcu otarłyśmy łzy śmiechu i zabrałyśmy się za jedzenie kanapek. W porównaniu z obiadem kolacja była uboga więc zjadłyśmy wszystko. Już po kilku minutach oddałyśmy talerze i wróciłyśmy do pokoju – tym razem wszystkie.

Umyłyśmy się w kolejności jak w sierocińcu – Abby, Linda, Katherin i ja. Okazał się, że to jednak nie najlepszy pomysł, bo Katherin dorwała się do specyfików do pielęgnacji i siedziała w łazience dobre dwie godziny. Gdy w końcu przyszła moja kolej stwierdziłam, że też zaszaleje. Napełniłam wannę wodą, wrzuciłam kulkę do kąpieli i poczekałam. Gdy weszłam do wanny pełnej ciepłej wody, ogarnął mnie błogi spokój. Odrzuciłam wszystkie czarne myśli o obozie i organizatorach i rozkoszowałam się chwilą. Gdy woda zaczynała robić się zimna wyszłam z wanny, spuściłam wodę i ubrałam piżamę. Dziewczyny były tak zmęczone, że kiedy wyszłam z łazienki wszystkie spały. Tylko mnie dręczyły straszne myśli i co chwila wybudzały okropne koszmary. W końcu chciałam znów się ubrać i wyjść, aby podsłuchać rozmowy Adama i jego ojca, lecz nie wiedziałam gdzie są i o której dokładnie mają się spotkać. Pomiędzy koszmarami, a atakami paniki dotarło do mnie co zobaczyłam w oczach Adama gdy na mnie patrzył przy przekazywaniu kluczy. Była to czysta nienawiść i chęć mordu.

W końcu jednak zapadłam w błogi sen i znów śniłam ten sam co zawsze. O tym jak trafiłam do sierocińca. Jedyne czym się różnił od poprzednich były słowa, które wypowiedziała zakapturzona postać nachylając się nade mną. „Wybacz mi kochana…”

Średnia ocena: 0.0  Głosów: 0

Zaloguj się, aby ocenić

    Napisz komentarz

    Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania