Kolacja jest o ósmej

Kolacja jest o ósmej

Vivian siedziała w swoim gabinecie nad dokumentami, ale nie mogła się na niczym skupić. Atmosfera domu była dziwna. Zrobiło się w nim jakby duszno. Zastanawiała się czy to dlatego, że jej mąż już wrócił. Była mężatką od trzech lat, ale to było tylko małżeństwo z nazwy. Aranżowany układ dwóch rodzin, po to, żeby połączyć ich nie do końca legalne interesy.

Przetarła twarz dłonią i spojrzała na dokumenty. Prowadziła księgi rachunkowe dla legalnej części rodzinnego biznesu, dla kilku fasadowych firm, które służyły głównie do prania brudnych pieniędzy. Robiła to z domu, zawsze unikając bezpośredniej styczności z tym światem. Światem brudnych interesów, najpierw jej ojca, który praktycznie sprzedał ją, zmuszając do małżeństwa, a teraz męża, który traktował ją jak ładną ozdobę, kiedy była mu wizualnie potrzebna i jak księgową, kiedy wolał, żeby schodziła mu z drogi. Jej mąż był zimnym i wyrachowanym człowiekiem, który uważał, że ma prawo sterować życiem otaczających go ludzi, niczym pionkami szachowymi.

Westchnęła ciężko, potrzebowała księgę rachunkową jednego z klubów, żeby sprawdzić, czy nie popełniła błędów. Wszystkie księgi były w jego gabinecie, po drugiej stronie rezydencji. Powoli wstała od stołu i poprawiła swoją dopasowaną ołówkową spódnicę i białą bluzkę, a potem ruszyła do drzwi. Na co dzień nie ubierała się jak żona gangstera, to nie było w jej stylu, wolała szare kolory, skromne kroje. Rzeczy w których mogła się łatwo wtopić w otoczenie, nie lubiła przyciągać niczyjej uwagi w tym domu.

Jej mąż, Brody, był od niej starszy o jakieś dziesięć lat i zdecydowanie przez te lata małżeństwa traktował ją jak część otoczenia w tym domu, mimo tego, że Vivian była piękną i młodą kobietą. Rozmawiali w zasadzie tylko o interesach, ewentualnych spotkaniach towarzyskich, na których Vivian musiała się pojawiać u jego boku i tyle. Spali w jednym, wielkim łóżku, o ile Brody w ogóle wracał na noc do rezydencji, ale nie było miedzy nimi intymności.

Była cichą, posłuszną żona, która nie zadaje pytań o interesy, późne powroty, częste wyjazdy ani liczne kochanki męża. Była w jego oczach bezosobowym elementem w jego życiu, bez większego znaczenia, dokładnie jak meble w domu. Ktoś mógłby pomyśleć, że to oznaka słabości, że Vivian się poddała. Być może. Ogień i pasja już dawno w niej wygasły, stłumione najpierw przez ojca, teraz męża.

Mijała kolejne korytarze, przemierzając rezydencje. Czy chciała, żeby coś się zmieniło? Na początku tak, myślała, że może będzie szczęśliwa przy boku męża. Był przystojny, wysoki, dobrze zbudowany, miał ten drapieżny błysk w oku i poziom arogancji, który przyciągał kobiety. Ale szybko zdała sobie sprawę, że on nie jest zainteresowany byciem niczyim mężem, że Vivian była jednak zbyt mało ekscytująca dla niego, więc wycofała się jak najbardziej. Co nie znaczy, że to nie bolało. Przez cały ten czas, odrzucenie bolało w mniejszy lub większy sposób. Tłumaczyła sobie, że teraz skoro już wie, jakim człowiekiem jest jej mąż, będzie bolało mniej i pewnie przyzwyczai się do tego, ale nieraz, samotnie leżąc w łóżku zastanawiała się, gdzie i z kim był. I przede wszystkim, jak by to było, gdyby jej mąż zaczął ją zauważać.

W końcu dotarła do drzwi jego gabinetu. Zza nich dochodziły jakieś szmery. Więc wrócił do domu, tak jak się jej wydawało. Westchnęła lekko, ale nacisnęła klamkę i weszła do środka. I zamarła w drzwiach, z ręką zaciśniętą na klamce.

Brody siedział na kanapie, wygodnie rozparty z rozpiętą do połowy koszulą, i szklanką whiskey w ręce. A na jego kolanach siedziała mocno wymalowana blondynka w krzykliwej sukience. Jej dłonie błądziły po jego częściowo odsłoniętej klatce piersiowej w bardzo sugestywny sposób.

Kiedy Vivian stanęła w drzwiach, kobieta przeniosła na nią wzrok, z kpiącym i triumfalnym uśmiechem.

- To Twoja żona, skarbie?

Skarbie, kurwa, wybuchnęła myśl w głowie Vivian? Brody nawet na nią nie spojrzał, nie oderwał wzroku od kochanki. Wręcz przeciwnie, podniósł dłoń i ostentacyjnie zsunął jedno ramiączko jej sukienki w dół .

- Tak, to moja żona. Moja żona doskonale zna swoje miejsce w tym domu i panujące w nim zasady. Vivian, nie stój w otwartych drzwiach. Wejdź albo wyjdź, to bez znaczenia, ale zamknij je za sobą.

Stała tam przez chwilę, oszołomiona. Sprowadził kochankę do ich wspólnego domu. To, że je miał, było już samo w sobie, uwłaczające, ale sprowadzanie ich pod jej dach, to już była nowa forma upokorzenia, na którą jak się okazuje, Vivian nie miała ochoty. Fizycznie, w głębi serca, poczuła jak coś w niej pęka. Być może tama tłumionych od lat emocji, a może pękła w taki sposób jak pękają ludzie, którzy później już nigdy nie są sobą. Zamiast wściekłości i nadmiaru emocji pojawił się czysty spokój. Ucieczka bardziej by pasowałaby do jej zachowań w tym domu, odejść, udać, że nie widziała.

Ale tym razem Vivian nie odeszła. Zrobiła krok do przodu, zamknęła za sobą drzwi i oparła się o nie plecami. Jej klatka piersiowa unosiła się w przyspieszonym tempie.

Brody dopiero wtedy przesunął na nią swój wzrok. Przez chwilę przyglądał się jej uważnie. Nie odsunął się od kobiety, nie kazał jej wyjść, jego ręka z jej ramienia zsunęła się w dół na jej talię.

- Kochana, może powinnaś jednak wyjść, nie wiem, czy chcesz to oglądać - powiedziała do niej kobieta z bezczelnym wyrazem twarzy, ale Brody uciszył ją gestem ręki.

- Vivian, co potrzebujesz? - powiedział beznamiętnym głosem, tylko lekkie przekrzywienie głowy zdradziło jakiekolwiek zainteresowanie sytuacją.

Nic nie odpowiedziała, powoli oderwała się od drzwi i niespiesznym krokiem, stukając obcasami podeszła do barku. Zwykle nie piła, najwyżej lampkę szampana, kiedy sytuacja tego wymagała. Ta sytuacja zdecydowanie wymagała alkoholu. I to czegoś mocniejszego niż szampan. Odwrócona do nich plecami, powoli zacisnęła dłoń na butelce dwudziestopięcioletniej whiskey, którą sączył jej mąż. Pociągnęła spory łyk prosto z butelki, nie zaprzątając sobie głowy szklanką. Ludzie na krawędzi nie przejmują się takimi drobiazgami, jak szklanki. Alkohol palił ją nieprzyjemnie w gardło. Otarła wierzchem dłoni spływająca po brodzie kroplę.

- Vivian - Brody powtórzył jeszcze raz jej imię, tym razem z większym naciskiem. - to droga whiskey. Nie marnuj jej w ten sposób, jak chcesz się upić, wybierz po prostu wódkę.

Przewróciła tylko oczami. Powoli przeszła przez pokój z butelką w ręce i podeszła do szafki z księgami rachunkowymi. Otworzyła ją, wyciagnęła tę, której potrzebowała. Chwilę warzyła ją w dłoniach, a później rzuciła ją na biurko męża. Podniosła wzrok na parę siedzącą na kanapie. Dziewczyna miała skonsternowane spojrzenie, jakby była zaskoczona tym, że jej bezczelność nie przyniosła założonego efektu. Za to Brody, chociaż dalej był pozornie nonszalancko rozparty na kanapie z dziewczyną na kolanach, teraz czujnie śledził każdy ruch swojej żony.

- Przyszłaś po księgi rachunkowe - stwierdzenie, nie pytanie - nie rób z tego niepotrzebnego dramatu. Nic tym nie osiągniesz.

Vivian zaśmiała się lekko histerycznie. Niepotrzebny dramat? Bardzo spodobało się jej to określenie. Pociągnęła jeszcze jeden łyk, cięgle lekko chichocząc. Jej wzrok nie odrywał się przy tym od pary na kanapie.

- Brody, może powinnam wyjść? - odezwała się dziewczyna odrobinę mniej pewnym głosem.

- Zostań - jego dłoń mocniej zacisnęła się na jej talii - nigdzie się nie ruszasz. Vivian, jeśli chcesz zwrócić na siebie uwagę, to raczej marny sposób.

Marny sposób, pomyślała, patrzysz na mnie dłużej niż kiedykolwiek wcześniej ci się zdarzyło. Przeciągnęła lekko dłonią po blacie biurka, dalej nie odzywając się ani słowem. Jej milczenie zaczynało być coraz bardziej niepokojące. Brody spodziewałby się po żonie w pierwszej kolejności ucieczki, może łez, w mniejszym stopniu przewidywał z jej strony krzyk, histerię albo awanturę. Ale żaden scenariusz w jego głowie nie przywidział, tego co jego cicha, wycofana i kompletnie uległa żona zrobiła w następnej chwili.

Vivian pewnie odsunęła jedną z szuflad w jego biurku i wyciągnęła z niej należącą do męża naładowaną broń. Przeładowała ją sprawnym ruchem, a metaliczne kliknięcie pocisku lądującego w komorze odbiło się złowrogim echem od ścian gabinetu. Ręka lekko jej drżała, kiedy unosiła broń, ale przestała kiedy skierowała lufę prosto w dziewczynę na kolanach swojego męża.

- Wypierdalaj z mojego domu - powiedziała spokojnym głosem, pociągając kolejny łyk z butelki. Jej twarz nie wyrażała teraz żadnych emocji, a wzrok był utkwiony w kochance męża.

Dziewczyna zamarła. Oczy rozszerzyły się jej w szoku, a palce cisnęły na koszuli Brodiego . Nie ruszyła się z miejsca, jej wzrok nerwowo przeskakiwał między małżonkami.

- Brody...? - odezwała się, niepewnym i drżącym głosem.

- Vivian - Brody odezwał się do żony ignorując dziewczynę. W jego głosie słychać było coś co mogło być zarówno ostrzeżeniem jak i groźbą. - Odłóż to zanim zrobisz komuś krzy...

Nie dała mu szansy dokończyć. Huk wystrzału był ogłuszający w ciasnym gabinecie. Poduszka leżąca na kanapie tuż koło głowy kochanki wybuchła, zasypując skuloną dziewczynę piórami.

- To nie była kurwa prośba. - Vivian syknęła z jadem w stronę dziewczyny - powiedziałam: wypierdalaj z mojego domu. Drugi raz nie powtórzę.

Dziewczyna w końcu zrozumiała przekaz. Zerwała się na równe nogi, nie przejmując się porzuconymi butami. Potknęła się o róg dywanu i wywróciła. Vivian spokojnie, z dymiącą lufą obserwowała, jak w panice zbiera się z podłogi, dopada do drzwi, desperacko walczy z klamką i wybiega na korytarz, zatrzaskując za sobą drzwi. Na jej twarzy już nie było tego samego drwiącego uśmiechu z którym powitała ją w gabinecie kilka minut temu. Było tylko czyste przerażenie. Cóż, może następnym razem się zastanowi nad sobą, zanim wpakuje się kolejnemu żonatemu facetowi do łóżka.

Kiedy padł strzał, Brody pozostał nieruchomy. Tylko jedno nerwowe mrugnięcie oczu zdradziło to, że w ogóle zarejestrował strzał.

- To nie było potrzebne, kochanie - ostatnie słowo wypowiedział z lekką drwiną, unosząc szklankę z alkoholem do ust - poduszka nic Ci nie zrobiła.

Vivian spokojnie obeszła biurko dookoła i usiadła na jego brzegu, na przeciwko męża. Ostentacyjnie założyła nogę na nogę i tylko drapieżnie się uśmiechnęła w odpowiedzi. Zaczynała się coraz lepiej bawić. Broń spoczywała luźno w jej dłoni, ale ciągle była odbezpieczona. Widziała, jak jego wzrok prześlizgnął się po jej wyeksponowanych, zgrabnych nogach i leniwie wędrował coraz wyżej, przez talię, biust, na chwilę zatrzymał na jej wydatnych ustach, zanim ostatecznie utknął na jej wielkich zielonych oczach, jakby dostrzegał ją w pełni po raz pierwszy w życiu.

- Dobrze, chciałaś mojej uwagi, to ją masz. Całkowitą i niepodzielną - odstawił pustą szklankę na stolik obok kanapy i pochylił się do przodu, opierając łokcie na kolanach. W jego oczach nie było strachu. Była czujność. I coś jeszcze, zainteresowanie? Uznanie? - Odłóż broń i spokojnie porozmawiamy o tym, czego tak naprawdę chcesz, Vivian.

Ale jego żona dalej nie miała mu nic do powiedzenie. Leniwie wycelowała w niego broń. Lufa przez chwilę przesuwała się w górę i w dół, jakby nie mogła zdecydować, czy chce strzelić w jego głowę, czy w krocze. W końcu wybrała krocze.

- Dobrze - odezwał się Brody - powiedz mi chociaż, gdzie nauczyłaś się strzelać z broni.

- Jestem żoną gangstera, zapomniałeś? - zaśmiała się, pociągając z butelki kolejny, solidny łyk. Alkohol już krążył w jej żyłach, czuła rozchodzące się po całym ciele przyjemne ciepło. Zatoczyła głową koło, rozluźniając napięte mięśni karku - to chyba oczywiste, że umiem strzelać, skoro w tym domu na każdym kroku potykam się o broń.

- No tak, żono gangstera. - zaśmiał się wyraźnie rozbawiony - ale strzelanie do poduszek, to zupełnie inna sprawa, niż strzelanie do żywego celu, prawda? Myślisz, że wypiłaś wystarczająco dużo, żeby to zrobić?

Jego uśmiech stał się bardziej drapieżny, prawie demoniczny. Zaczął się podnosić z kanapy, z gracją drapieżnika niespiesznie szykującego się do skoku na ofiarę, ale zanim zdążył się unieść choćby kilka centymetrów, Vivian po raz kolejny pociągnęła za spust. Kolejny huk wystrzału rozdarł powietrze, a dziura po kuli pojawiła się w kanapie, między jego nogami. Usiadł z powrotem.

- Czego chcesz, Vivian? - powiedział spokojnie, patrząc prosto na nią. Jej dłoń nie drżała, a postura była tylko pozornie rozluźniona.

- Odrobiny szacunku, Brody. Jestem Twoją pieprzoną żoną, nie powinnam musieć oglądać Twoich kurew pod moim dachem.

- Szacunku? To najwyższa waluta w naszym świecie, Vivian. Szacunku się tak po prostu nie żąda. Na szacunek się pracuje. - na jego twarzy pojawił się kolejny kpiący uśmiech - żeby go zdobyć, będziesz musiała zrobić coś więcej, niż morderstwo poduszki i mojej kanapy.

Gwałtownie poderwał się z kanapy, robiąc od razu krok w jej stronę. Ciszę gabinetu przerwał huk wystrzału. Brody, pchnięty przez siłę odrzutu, opadł z powrotem na kanapę, za nim na ścianie pojawiła się dziura po kuli rozbryzg jego krwi. Nie krzyknął, nie lamentował. Po prostu, z zaskoczoną miną, patrzył na swój bark, na powiększającą się czerwoną plamę. Dłonią dotknął rany, krew poplamiła mu palce. Spokojnie przeniósł wzrok na swoją żonę.

Vivian spokojnie odłożyła broń na biurko. Zsunęła się z blatu, poprawiając zagięcia na spódnicy. Strzepnęła z niej niewidoczny pyłek i wyprostowała się. Utkwiła w nim spojrzenie swoich zielonych oczu.

- Jeśli jeszcze raz spotkam w moim domu jakąś Twoją kurwę, odstrzelę jej łeb, a Tobie jaja - sięgnęła ręką po księgę rachunkową, ciągle leżącą na biurku - aha, jeszcze jedno. Kolacja jest o ósmej.

Wyszła spokojnie z gabinetu, niezaszczycając go już ani jednym spojrzeniem. Tuż za drzwiami wpadła na ich szefa ochrony, bladego jak ściana.

- Mój mąż potrzebuje lekarza, zaciął się przy goleniu. - powiedziała spokojnie, mijając go na korytarzu.

Ochroniarz wpadł gwałtownie do gabinetu i zbladł jeszcze mocniej, widząc krwawiącego Broadiego.

- Co się stało, szefie? Mam ją... ? - zapytał drżącym głosem.

- Słyszałeś moją żonę - przerwał mu w pół słowa, kąciki jego ust lekko uniosły się do góry - zaciąłem się przy goleniu. Sprowadź lekarza. I niech się pospieszy, bo o ósmej jem z żoną kolację.

Średnia ocena: 5.0  Głosów: 1

Zaloguj się, aby ocenić

    Napisz komentarz

    Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania