Kolejna dziwna historia

(TW)

 

Emilia Wilk o dziwo nie była wilkiem. O tajemniczej nocy Perseidów dowiedziała się parę dni przed opisywanymi zdarzeniami. Przeglądała wówczas, to jest trzy dni temu, internet w przerwach między nauką albo po prostu, gdy minął czas krótkiego studiowania podręcznika matematyki między odpowiednio dłuższymi przerwami. Nie wiedziała wtedy, to jest wiadomo już kiedy, że ta informacja do czegokolwiek jej się przyda. Jednak, ku jej nieszczęściu, następnego dnia, czyli dwa dni wstecz, wydarzyła się farsa, która przechyliła szalę goryczy.

Wspomniane nieprzyjemne zdarzenie dla skromnej naszej bohaterki miało miejsce w naturalnym jej środowisku – szkole. Pierwszą oznaką feralności tego pechowego dnia było nieoczekiwane spóźnienie Emilii Wilk na pierwszą lekcję odbywającą się po dzwonku o godzinie punkt ósma. Musicie bowiem wiedzieć drodzy czytelnicy, że była ona osobą nadzwyczaj punktualną lub, jak sama wolała to określać, wystarczająco strachliwą, by chcieć unikać podobnych incydentów. Pędziła ile sił w nogach, co chwilę sprawdzała czas, lecz do drzwi klasy dobiegła dopiero o ósmej dwa, czyli powyżej granicy błędu.

— Przepraszam za spóźnienie — powiedziała z egzaltowaną skruchą, wiedząc już, że rozczarowanie nauczycielki jest ogromne, a jej dzień zrujnowany.

A wiedzieć należy, że pierwsza lekcja to był język angielski, czyli przedmiot prowadzony przez samozwańczą profesor Danutę Bujdę – wyjątkową, acz przyczajoną za uśmieszkiem i blond lokami jędzę.

— Panienko Emily Wolff — odrzekła opryskliwie, plując przez zaciśnięte zęby na skonfundowaną dziewczynę. — What to ma być? Spóźnienie!? Nie podobne to tobie. Tłumacz się! Quickly!

Emilia Wilk, jako dziewczę średnio sprytne, lecz wystarczająco zaradne, mogłaby się wysilić na jakąś imponującą wymówkę, ale jako że była pod ścianą, uznała, że lepiej rozegrać to bezpiecznie i powiedzieć bez ogródek jak to w końcu było. I tak była już wystarczająco zestresowana i niejako zirytowana swoim błędem, więc lepiej było to ukrócić nim z małego wiatru zrobi się pustoszący huragan.

— Przysnęło mi się. Przepraszam.

Nauczycielka na moment ucichła, jej wzrok zamienił się w straszliwe, jadowite żądła nieuzasadnionego gniewu.

— I’m sorry — dodała po chwili namysłu.

— Siaaaadać!!! — Danuta Bujda odprowadziła spojrzeniem niesforną uczennicę. — We start nową lekcję, kochani! Otwierać booki!

Lekcja, na szczęście, minęła dość szybko i bez dodatkowych incydentów.

Dziewczyna szybko ulotniła się z klasy, zabrakło jej nawet czasu, by dopowiedzieć ostatnią literę zwrotu „do widzenia”. Chciała się po prostu znaleźć jak najszybciej poza zasięgiem wzroku anglojęzycznej jędzy – by szybko zapomnieć, skupić się na reszcie dnia, ewentualnie w spokoju się rozgrzeszyć za swoje nierozgarnięcie.

Jednak nic nie mogło pójść po myśli biednej dziewczyny, bo jej los był przesądzony od samego poranka aż do smutnego wieczora, o czym już dobrze wiecie, uważni czytelnicy.

— Nie podoba mi się kolor twojej bluzki.

Incydent numer dwa z trzech (ups, spojler). Klasowy łobuz – Iwo. Tak się złożyło, że horoskop przepowiedział mu gnębienie raka, a wrogim żywiołem okazała się zieleń. Po długiej, skrupulatnej analizie ofiara zaczepki stała się jasna.

— No i? — Emilia często słyszała, że ubiera się co najmniej niechlujnie, jednak nikt jeszcze do koloru jej lumpciuchów się nie przyczepiał. Niemniej nie ruszyło jej to, gdyż sama do końca nie była pewna, czy to zieleń, czy moro, czy jakiś zielonopodobny odcień brązu.

— Powinnaś ubierać się lepiej.

„O co mu chodzi?” — pomyślała, pogrążając się w głębokiej konsternacji.

Rzecz się działa, warto to wiedzieć, na korytarzu w obecności osób trzecich. Jako że Iwo był łobuzem tylko w swoich zniekształconych wyobrażeniach, a realnie był znany jako „Fatalny Amant”, gawiedź jednogłośnie uznała, że jest to kolejna pokraczna próba podrywu. Dziwne było jedynie to, że ofiarą padła Emilia Wilk – dziewczyna de facto ładna, ale wizerunkowo i podobno charakterem sięgająca dna. Padło jednak gdzieś tam w tłumie i rozniosło się szeptem mądre stwierdzenie, że „każda potwora znajdzie swego amatora”, więc zaciekawionym widzom i wam, czytelnikom, nie pozostało nic innego jak obserwować i wyczekiwać ewentualnie interesującego finału.

— Ale naprawdę paskudny jest ten zielony.

— Yhm.

— Patrzeć na to nie mogę.

— Ok.

— Weź się przebierz czy coś. Na wymioty mi się zbiera.

— Nie mam w co się przebrać.

— Więc pożyczę ci moją bluzę.

— Mogę?

— Jasne, że nie! Żartowałem. Naiwna jesteś!

Wszystkie znaki na niebie i ziemi wskazywały, że ta rozmowa, podryw czy może jednak publiczne ośmieszenie prowadzi do nikąd, więc zbiorowisko gapiów zaczęło powoli się przerzedzać.

— Jesteś niemiły, Iwo.

— Dzięki, staram się.

— To co powinnam zrobić?

— Zejść mi z oczy, ła-ha-ha!

Cóż, Emilia zmęczona już tą bezsensowną dyskusją, potraktowała to nieco zbyt dosłownie i faktycznie, ku zadowoleniu samozwańczego prześladowcy wszelkich istnień odeszła gdzieś w głąb korytarza, czyli w sumie w stronę następnej klasy, bo właśnie tam oryginalnie zmierzała.

Chwilę później zadzwonił dzwonek, wszyscy się rozeszli, Iwo, zbyt zajęty obrazowaniem sobie wielkiego tryumfu nad niechętną do własnej obrony dziewczyną, zagapił się i na lekcję biologii przybył spóźniony.

Profesor niespecjalnie się tym przejął, zaprosił go do ostatniego wolnego miejsca w klasie, czyli pustego krzesełka koło cichej i uczynnej Emilii Wilk. Zdrada, po szybkim powiązaniu wątków przez Iwa była podwójna – Marian, siedzący zazwyczaj koło panny Wilk zajął jego miejsce, przez co skazał go na banicję, a siebie wyniósł na piedestał, czyli wspólną ławkę z zawsze troskliwą i współczującą wszystkim niezrozumianym chłopcom Kasią.

Iwo mruknął, zajął miejsce koło dziewczyny znaku raka.

— Z bliska ten zielony wygląda jeszcze gorzej.

Szkolny dzień Emilii Wilk został kompletnie zniszczony.

 

***

 

Korzystając z prawa pomijania niewiele znaczących wątków przechodzimy, drodzy czytelnicy, do incydentu numer trzy, czyli rzeczy, która miała już miejsce w domu państwa Wilk około godziny piętnastej trzydzieści trzy.

A wydarzeń tym było… absolutnie nic!

Właściwie nie do końca, ale dla biednej i zmęczonej życiem Emilii coś takiego nie mogło być niczym innym jak… niczym.

— Przepraszam, skarbie, nie mam czasu. Wychodzimy. Będzie późno wieczorem, zamknij dom i nie czekaj na nas.

O godzinie piętnastej trzydzieści trzy, około pięć minut po powrocie córki ze szkoły, państwo Wilk wraz z synem (czyli młodszym bratem) opuścili swoją posesję i udali się gdzieś. Więcej Emilia się na miejscu nie dowiedziała, bo wszyscy się spieszyli, byli zajęci i w sumie gdyby nie jej usilne próby zwrócenia na siebie uwagi, zapewne by nie zauważyli, że wróciła. Nawet te słowa, która usłyszała od matki były już wcześniej przygotowane, zapisane na karteczce i zawieszone na drzwiach lodówki.

Została więc na całe popołudnie sama ze swoim popsutym humorem i problemami dnia codziennego.

I co tu robić w takiej sytuacji? Ano nic. Przeczekać, przeleżeć, prze-oglądać aż do wieczora, a wieczorem… Właśnie sobie o tym przypomniała.

„A, zapomniałam wspomnieć? Hieronimek ma turniej futsalu, potem zostaje u kolegi, my jedziemy na kolację, jeszcze do dziadków wpadniemy. No, zuch dziewczyna jesteś, Emilka. Poradzisz sobie. Wiedzieliśmy o tym, dlatego nie trzeba było ci o tym wspominać wcześniej. O, jeszcze jedno: w lodówce jest lasagna. Odgrzej sobie jak zgłodniejesz. Całuski”. Odpowiedziała po dwóch godzinach. „SMS-y do rodziców to zawsze strata czasu” – pomyślała Emilia.

Godziną odbioru wiadomości była dziewiętnasta z kawałkiem. Makłowicz na ekranie, tłusta kolacja (pani Wilk to kiepska kucharka) i jeszcze trzy godziny do planowanego, bo Emilia zawsze kładzie się spać punkt dziesiąta, pójścia spać.

Telewizja zaczęła ją nudzić, piżamy dawno miała na siebie, wcale a wcale głodna nie była, a frustracja i nuda rosły proporcjonalnie, więc przyszła pora na sięgnięcie po rzadko eksploatowanego smartfona, bo ogólnie Emilia była zuch dziewczyna, fest uczennica i zawsze, ale to zawsze miała co robić, jak rodzice lub brat patrzą.

Tak jakoś wyszło, że internetowa droga znów ją zaprowadziła do tajemniczej Nocy Perseidów, czyli wydarzenia nad wyraz wyjątkowego, o ile cokolwiek się o nim wie.

„Życzeń podobno nie spełnia, ale warto spróbować” – tak napisano na jednym z tych niewątpliwie zaufanych portali informacyjnych.

Gdy wybiła punkt dziesiąta, czyli wtedy gdy niebo spowił granat nocy, Emilia wyszła na zewnątrz, to jest przed dom do ogródka, spojrzała w górę, ujrzała dziesiątki, setki ostrych linii, promieni, punktów, które poruszały się, spadały jak magiczne gwiazdy albo z ledwością i ociężałością sunęły gdzieś tam daleko daleko poza możliwościami ludzkich umysłów. Widząc to, co widziała i czego niewątpliwie nie mogła przegapić, w przypływie bezsilności, nie tłumiąc już swoich pragnień i smutków, zebrała powietrze w piersi, przemyślała wszystko, co do słowa i z całych sił krzyknęła w eter:

— Niech to wszystko dunder świśnie, kurde jego mać!!!

I rzeczywiście świsnął.

Mając ten obszerny wstęp dwóch dni wstecz za sobą, możemy, kochani czytelnicy, przyjrzeć się wydarzeniom obecnym, czyli tak zwanej „epidemii”.

A tak szczerze to nie ma za bardzo nawet nad czym się pochylać. Wszystkich na Ziemi co do joty „świsło”, nawet Emilię, choć zdecydowanie łagodniej. „Dunderem”, ku przewrotności sprawczych gwiazd czy tam perseidów czy tam czegokolwiek, zostało rozemocjonowanie. Absolutnie każdy człowiek stał się nadwrażliwą, ulegającą wszelkim pragnieniom i stanom ducha papką, niezdolną, co oczywiste, do normalnego funkcjonowania w ramach znanego nam dotychczas świata. Zapanował więc ogromny chaos, ludzkość emocjonalnie cofnęła się do poziomu ognistych wyobrażeń romantyków, a nawet znacznie gorzej, bo wszelkie limity człowieczeństwa zostały zdjęte.

Emilia w ramach umowy gwarancyjnej dostała możliwość cofnięcia feralnego zaklęcia, które prędzej czy później doprowadzi wszelką cywilizację do zmian tak ogromnych, że na nic się zda wiedza wszystkich czasów. Minęły jednak już dwa dni, wiele się zmieniło i wywróciło do góry nogami, ale biedna, prosta dziewczyna ani razu jeszcze nie pomyślała o daniu światu drugiej szansy. Bawiła się świetnie, obserwując te nagłe przewartościowanie zachowań i czułości ludzi. Stała się królową, wyznacznikiem zdrowych emocji i mimo, że trudno momentami jej było się odpędzić od hord zrozpaczonych ludzi, pierwszy raz w życiu czuła się naprawdę wolna i na miejscu.

Los, dodatkowo, zjednał jej osóbkę z szlachetnym nazwiskiem, przez co nie tyle nabrała wilczych zwyczajów, co stała się wizualnie wilkiem. Choć to „stanie się” to drobna przesada, bo jedyne, co zyskała do zestaw przebierańca, czyli wilcze uszka i ogon, twarde jak stal kły oraz wilczy apetyt.

Czuła się w tej nowej skórze komfortowo, świat leżał u jej stóp i w zasadzie wszystko stało się takie, jakie być powinno, czyli dostosowane do jej ukrytego i tłamszonego przez lata sposobu myślenia.

Żyć nie umierać, niech raj trwa w najlepsze, a kto wie, może jak ktoś jeszcze wykrzyknie w nocne niebo swoją frustrację, to świat znów się dostosuje albo raczej pokaże temu człowieku coś, co zawsze chciał widzieć, a nigdy nie mógł po to sięgnąć.

Średnia ocena: 4.0  Głosów: 5

Zaloguj się, aby ocenić

Komentarze (6)

  • Tjeri 3 miesiące temu
    Seria niefortunnych zdarzeń w stylu opowi? :)

    Pomysł całkiem ok. Ale tekst sporo pracy jeszcze wymaga. Błędów jest fura (do pewnego momentu wypisywałam). Same zdania są często niechlujne, albo przegadane, albo jakoś gramatycznie odjechane. Ogólnie, nie są to jakieś straszne rzeczy, ale jest ich sporo.

    Na początku rzucają się w oczy pogmatwane zdania, w których tu i ówdzie brakuje przecinków, co utrudnia czytanie. Brew idzie w górę tu: "przechyliła szalę goryczy."
    To celowe przemieszanie związków frazeologicznych? Mówi się o przepełnieniu/ przelaniu czary goryczy.

    "Pierwszą oznaką feralności tego pechowego dnia" - nie ma co podwajać znaczeń słów. W sensie feralny/pechowy. Pierwszą oznaką feralności tego dnia - będzie znaczyć to samo, ale bez waty.

    "— Panienko Emily Wolff — odrzekła opryskliwie" - tu w sumie pewna nie jestem, bardziej luźno się zastanawiam: czy komunikat złożony z trzech słów w tym imienia i nazwiska może być opryskliwy? Słów nieupurzejmych nie ma. Zostaje więc samo brzmienie głosu. Ale czy może być opryskliwe? Myślę, że jednak nie. Mogła powiedzieć złowrogo, zimno, z wredną miną itp. Tak mi się przynajmniej wydaje.

    "Nauczycielka na moment ucichła, jej wzrok zamienił się w straszliwe, jadowite żądła nieuzasadnionego gniewu.
    — I’m sorry — dodała po chwili namysłu."
    Wyszło na to, że to słowa nauczycielki.

    Tyle sobie wypisałam. Oprócz tego, brakuje sporej ilości przecinków...
  • Pan Buczybór 3 miesiące temu
    To pierwsze to faktycznie mój błąd. Aż wstyd, że mi się związek frazeologuczny pogmatwał :)
    A i błędów się nie wypieram. Postaram się poprawić to i owo w miarę możliwości. Nie do końca przeglądałem tekst przed publikacją, a z takim właśnie stylem i skomplikowaniem zdań... No, trochę pracy przede mną. Na własne życzenie :)
    Dziękuję za komentarz.
  • Dekaos Dondi 3 miesiące temu
    Panie Buczyborze↔Pomysł faktycznie fajny, ale można by trochę... dopieścić:)
    Poza tym nie ma przerw w tekście i dużo→się:))↔To rzecz jasna sybiektywki me:)
    Można by co nieco wyrzucić.
    Np↔O tajemniczej nocy Perseidów, dowiedziała się parę dni przed opisywanymi zdarzeniami.
            Przeglądała wówczas ,t̲o̲ ̲j̲e̲s̲t̲ ̲t̲r̲z̲y̲ ̲d̲n̲i̲ ̲t̲e̲m̲u̲, internet w przerwach między nauką...
            Skoro w poprzednim zdaniu, stoi, że parę dni temu, to po co powtarzać w drugim?
    do czegokolwiek będzie przydatna.→pozbycie się↔się i jej→itp... jam nie złośliwie, rzecz jasna:))
    Pozdrawiam:)
  • Bajkopisarz 3 miesiące temu
    Nadużywasz czasownika „był”. Przejrzyj sobie i pokombinuj, jak go zastąpić.
    „A wydarzeń tym było… absolutnie nic!”
    Wydarzeniem
    „Będzie późno wieczorem,”
    Będziemy
    „do zestaw przebierańca”
    To

    W treści: takie lekkie opowiadanko, na poprawę nastroju (mnie poprawił), komiczne postacie, pani Bujda, Iwo z krainy absurdu, rodzice. Może przerysowane, acz nie za bardzo i dlatego bardzo się uwiarygadnia.
    Generalnie dobry z plusem, potrzeba trochę dopieszczenia.
  • Clariosis 3 miesiące temu
    Również zauważyłam, że czasami technika zgrzytnęła, ale to tylko delikatne niedopatrzenia, bardzo łatwe do usunięcia. Nie zrujnowały mi one w żadnym stopniu odbioru tekstu, więc jest w porządku, biorę to za normalną kwestię do ogarnięcia.
    Mam podobne spostrzeżenia do Bajkopisarza - fajne, lekkie opowiadanie, graniczące między rzeczywistością a absurdem, niczym we śnie. Szczególnie podobał mi się moment z zaklęciem, taki niby przerysowany, a podany w ciekawy sposób opis, nadający całemu opowiadaniu swoistego wydźwięku młodzieńczej (ale nie tylko!) emocjonalności, która tak naprawdę nie ma żadnych ram ani ograniczeń. A kiedy tą sferę ten DUNDER świśnie, to dopiero się dzieje magia. Przecież nie od dziś wiadomo, że tym co budowało i niszczyło cywilizacje były właśnie ludzkie emocje, które dyktują tak wiele społecznych przemian. :)
    Pięć, pozdrawiam.
  • Pan Buczybór 3 miesiące temu
    Dziękuję bardzo za wszystkie pozytywne komentarze. Błędy, obiecuję, postaram się poprawić. A problem z "był" mam problem, gdy kombinuję z narracją, więc było to nieuniknione i jednak myślę, że dam radę to naprawić.
    Pozdrawiam

Napisz komentarz

Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania