Kolejne rozdziały krótkiej opowieści (sezon 3)
. Winda
Po dokonaniu wstępnych formalności, pozwolono mi na samodzielne wjechanie do windy. Lecz jej obsługa należała do strażnika.
Każdy jego gest dowodził, że chce uchodzić za człowieka ważnego i sympatycznego jednocześnie, co było nie do pogodzenia. Uśmiechał się wyniośle. Powiedział, że dopiero po oficjalnym wciągnięciu mnie na listę mieszkańców, wydaniu uzupełniających bambetli i zaznajomieniu z tutejszym regulaminem, uzyskam prawo do samodzielnego poruszania się po całym gmachu.
Winda się zatrzymała i mój opiekun troskliwie, wprawnym gestem, przytrzymał drzwi. Wyjechałem. Korytarz z parteru w niczym nie przypominał korytarza, na którym siedziałem teraz.
Tamten, higieniczny i elegancki, przygotowany do witania i ugaszczania wytwornych delegacji, dopucowany i śliski z powodu marmurowej podłogi, lśniący od sterylności, ozdobiony egzotycznymi palmami wycierającymi sufit, ze skórzanymi fotelami i obrotowymi drzwiami, ekskluzywnym wejściem wyposażonym w portiera z dobrze płatnym ukłonem, tu, na piętrze, tracił swój cały urok i oficjalny wdzięk.
Zakryty przeplutą wykładziną w kolorze czerwonki, spryskany odkażającym dezodorantem, był wymieciony z mieszkańców: pensjonariusze znajdowali się na obiedzie, w jadalni, którą wieczorkiem zamieniano w świetlicę.
. Pierwsze wrażenia, Andrzej
Względnie szybko, bo już po paru dniach, stwierdziłem z rozgoryczeniem, że miejsce, zbliżone atmosferą do sanatorium, tak wymarzone w czasach intensywnych lektur, nie było sielanką opisaną w „Czarodziejskiej górze”. Toteż nocą zająłem łazienkę; tylko w niej mogłem się skupić, oderwać od uprzykrzonego towarzystwa Andrzeja i pisać.
Sądząc po urodzie, dobijał sześćdziesiątki. Trzymał się jednak nie najgorzej, bo liczył przeszło siedemdziesiąt. Czyściutki, pracowity. Ani śladu siwych włosów, za to z kruczoczarnym wąsem. Wybredny pod każdym względem.
W nocy wstawał do lodówki. Jadł mało, lecz drogo i często; potrzebne specjały kupował w tutejszym sklepiku. Pił koniak na poprawę krążenia, ale tylko przed zaśnięciem. Regularnie i w dużych ilościach. Ożywiał się wtedy.
Cieszył, że stać go na luksus. Na kawior, szyneczki, specjały znane mi z lepszych czasów. Kiedy je zajadał, robił to potajemnie. Zazwyczaj, gdy szedłem na telewizję. Albo gdy siedziałem w parku, przed wejściem do domu i bezskutecznie oczekiwałem gości.
Wtedy opróżniał swoją część lodówki do ostatniej kruszyny. Zresztą każdy pretekst, by zjeść coś, czego nie mam, sprawiał mu satysfakcję.
Fakt, iż robi to po kryjomu sprawiał, że na twarzy zjawiało się mu coś w rodzaju złośliwego zadowolenia. Jednocześnie fakt ten pozwalał mu żyć wśród ludzi, których się bał. Którzy osaczali go bez przerwy i stale czegoś od niego chcieli.
W nocy wstawał często. Źle powiedziane; nie wstawał lecz zrywał się z przerażeniem. Miał wówczas dziki, rozbiegany, świdrujący wzrok, jakby zdarzenia, tłumione w dzień, ścigały go z intensywnością zwielokrotnioną przez mrok.
Trudno zgłębić, czego się bał. Przyjechał z Belgii, gdzie przez większość życia tyrał w kopalni. Dlatego otrzymywał wysoką emeryturę, co było źródłem zawiści. Z tej też przyczyny obnosił się ze swoim dobrobytem. Zadzierał tu nosa, jak mało kto i z upodobaniem podkreślał, że jest finansowo niezależny.
Po drugiej stronie Domu mieszkał jego brat, zewnętrznie podobny i w tym samym wieku. Poznałem go. Odstawał od reszty mieszkańców. Przeważnie mawiano, że jest z niego gburowaty, przekorny i zakuty lump.
Zawiłe losy oddaliły ich. W młodości pokłócili się o dziewczynę. Jak górale w piosence. Andrzej wyjechał z kraju, jego brat został w nim. Tu pracował i tu dorobił się niskiej renty oraz przepukliny.
W Domu byli od wielu lat i poza oficjalnymi spotkaniami w jadalni, zgodnie unikali kontaktu. Jeśli mijali się na korytarzu, nie patrzyli na siebie. Lecz jeden o drugim wszystko wiedział.
Czułem wtedy, że gonię w piętkę; nic nie było na miejscu. Kilka miesięcy z Andrzejem dało mi w kość. Początkowo jakakolwiek ułomność stawiała mnie w sytuacji niewyraźnej. Miałem do wyboru: albo uznać, że nie widzę tego, co aż kłuje w oczy, albo zniknąć. Ale dokąd odejść po spaleniu mostów łączących mnie z przeszłością? I jak zostać w Domu, w którym stężenie kalectwa było niemożliwe do zaakceptowania?
Początkowo nocą, a później, jak leci, ledwie przymrużyłem głowę do jaśka, a już po kwadransie, z krzykiem, jakby mnie na żywca obłupano ze skóry, zrywałem się na nierówne nogi.
Musiało minąć parę minut, zanim dowlokłem się do świadomości. Zanim stwierdziłem, że nadal jest ze mnie porządny kawał mizernego chłopa, że leżę na plecach i przydzielonym barłogu, że nie trzeba mnie uspakajać, dopieszczać za pomocą utulania, głaskania i cmokania po ego.
A zaraz potem dopadały mnie głosy i znowu słyszałem dręczący tłum skandujący pytanie: „czy to ty jesteś potępiony?”
Kiepsko znosiłem ich natrętne odwiedziny i przesadne roztkliwienia. Uważałem, że już nie muszę być zniewalający, podlizywać się im, gdy przemawiają za mnie, stać przed nimi na baczność, w pajęczych postawach, bo z chwilą przyjazdu do Domu, ich drapieżny czar stracił moc.
Głosy, które prześladowały mnie dotąd, odeszły. Lecz zamiast nich pojawiły się słabsze, które próbowały mnie zwodzić i nawracać na racjonalne życie. Zapraszały do świata grzecznych, uporządkowanych i posłusznych obroży. Nakłaniały do czcigodnych zachowań, przebiegle mówiły, że skoro mam zamiar pokicać jeszcze po tym łez padole, powinienem zwolnić obroty.
Jednak w ich zaproszeniach wyczuwałem fałsz. Nieomal czułem na plecach ich odrażającą, niewytłumaczalną obecność, lepki dotyk, plagę łomotów, tąpnięć i wibracji, czemu towarzyszył wzgardliwy, przedrzeźniający śmiech pełen obłudnego politowania. Chichot prorokujący mój kres i zapadanie się w gruzy rzeczywistości, jeszcze nie powstałej, a już znużonej własną pomyłką.
Pytały, od kiedy tańczą we mnie zjawiska i krajobrazy. Odkąd mam te furkoczące przywidzenia, zamęty, odmęty i rozkołysania. Od kiedy wracają mi wspominkowe napady, a ich zamazany sens plącze się po niespiesznej pamięci. Od jakiego czasu, wyprężonymi batalionami, wdzierają się do mnie fakty, daty i miejsca, które, być może kiedyś coś tam mówiły, napominały i skłaniały do zadumy, a teraz były fantomami?
Miałem wówczas wrażenie, jakbym dysponował nieograniczonym „dzisiaj”. Niby nadal robiłem dalekosiężne plany. Poniekąd władałem sprecyzowanymi zamierzeniami. A jednocześnie wiedziałem: pewniki, za które dałbym się posiekać „teraz”, „jutro” zostaną wydrwione.
Gdyż to, co jest dzisiaj nagminne, następnego dnia utraci znaczenie, porzuci obecną moc i będzie wycofane z obiegu.
Byłem w kropce. Pałętałem się po ziemi od tak dawna, a coraz mniej wiedziałem o sobie. Co moment doświadczałem innych wątpliwości i zastrzeżeń. Zrobił się ze mnie jakiś lękliwy i przygaszony osobnik.
Nie mogłem nawet powiedzieć, że dokucza mi depresja, gdyż nie było to przygnębienie w stanie czystym, depresja rozpoznawalna od razu, jak ospałe i beznamiętne drzemanie w kącie. Przypuszczam, że była to raczej uczuciowa maść na skrupuły, ochronny plasterek zapobiegający rozprzestrzenianiu się psychicznych toksyn, mieszanka z niegdysiejszych emocji.
Lecz wiadomo: koniec jednego etapu jest początkiem nowego. Przynosi ratunek i zapobiega stagnacji. Jak gdyby ginęła nadzieja i odmykały się drzwi prowadzące do następnej.
Toteż bez lęku wkraczałem w nieznane przestrzenie świata i stwierdzałem ze zdumieniem, że czas nie ma brzegów; jest ciągły i bezkresny jak nieulękłe życie. Toteż zabrałem się za spisywanie wspomnień, jakkolwiek życzliwe głosy mówiły, że jest już za późno: powinienem to robić, gdy posiadałem umysłową krzepę i stać mnie było na zdrowy rozsądek.
Mawiały, wpędzając mnie w złość, że przedtem czasu, a teraz nie mam do nich głowy. Na ich gust, za często mylę wydarzenia. Skutki grają w salonowca z przyczynami. Plączę nazwiska, mieszam przyjaciół z wrogami, przedstawiam osoby typu „olaboga” jako ludzi „palce lizać” i „do rany przyłóż”.
Wytkały, iż niepotrzebnie myszkuję po ich życiorysach dopatrując się dobrych cech tam, gdzie nie ma czego szukać, a z upodobaniem pomijam te, które są, czyli - złe.
Z litości nie wspominały o fizycznych wizerunkach; moje notatki zamieniają - w tak zwanym okamgnieniu - „prawdę faktu” na „prawdę fikcji”. Tłuścioch z piętnastej strony, na dwudziestej podobny jest do kija od miotły, bezkompromisowo łysy okazuje się odlotowym brunetem z zawadiacką grzywką, umowny przystojniak jest de facto cherlakiem, jednym słowem niebezpieczeństwo czyha na każdego, kogo chciałbym opisać i tylko mi się wydaje, że coś o nich wiem. Krótko mówiąc, ich zdaniem – męczy mnie egzystencjalna czkawka.
Tak więc dałem sobie spokój z przekonywaniem głosów do swoich racji: nic im nie zawdzięczałem. Mówiłem w zamian: to, co się ze mną dzieje, jest zaledwie senną marą, która już przemija. Wprawdzie tej chwili ciężka i żelazna obręcz amnezji zakleszcza się na mnie i uniemożliwia rozsądek, wkrótce jednak zwolni swój zacisk i odnajdę się na nowo.
Choć w głębi ducha przyznawałem im rację, na zewnątrz wolałem tkwić w swoich rozterkach. Sądziłem, że jeszcze nie jestem przygotowany do narzuconych przeżyć, bo wiedziałem: uspokojenie nadchodzi nie tak od razu. Ale narzuconych przez kogo? Kto proponował, bym się „wyciszył”?
Przecież niczego bez moich przemyśleń, nie mogły mi zasugerować. O nieznanym nie wiedziały wcześniej, zatem ich proroctwa pochodziły ode mnie i nie pochodziły z zewnątrz!
Toteż dałem sobie spokój z przekonywaniem głosów do swoich racji. Wmawiałem sobie za to: to, co się ze mną dzieje, jest zaledwie senną marą, która już przemija.
Wprawdzie tej chwili jest żelazną obręczą, amnezją zakleszczającą się i uniemożliwiającą rozsądek, to przecież wkrótce zwolni swój zacisk.
Lecz dni, godziny i tygodnie spędzane w łóżkowej monotonii, upływające mi pomiędzy patrzeniem w sufit, a przytulaniem się do ściany, powlekały się patyną miesięcy, rdzawym nalotem bezczynności, osadem coraz bardziej gasnącej wiary w przyszłość. Stwierdzałem więc, że nie mam w sobie siły na dalsze zmagania ze światem i zaczynam tracić grunt pod nogami. Pocieszałem się jednak, że wszelka utrata jest uzupełniającą częścią życia i przyprawą losu.
. Łazienka, pani C
W łazience, moim przejściowym azylu, panowała cisza zmącona odgłosami chrapania. Niekiedy – przez uchylone drzwi – słyszałem szklany zgrzyt słoików otwieranych przez głodnego Andrzeja obudzonego nagłym hukiem zza ściany, a zaraz potem kobieta o rękach zniekształconych reumatyzmem, pani C., której nie zdążyłem poznać, ponieważ nie wychodziła, zaczynała wyć z bólu.
Choroba obsypała C. niechcianymi prezentami; wyrzeźbiła w niej odrębne punkty widzenia, z premedytacją uprzątała ją z istnienia, rozszarpywała jej świat ze skrupulatnym chłodem okrucieństwa. Niekiedy z jej pokoju dobiegał grzmiący monolog pielęgniarki przerywany cichym płaczem.
Powstawał gorączkowy rejwach i słyszałem pospieszne, drewniane tupoty, a potem coraz mniej głośne zawodzenie. Aż nad ranem zapadała cisza.
Niezadługo miała odleżyny wielkie jak pięść i nawet „piguła”, zatrudniona prywatnie, była wobec nich bezradna; gdy myła, zmieniała opatrunki i wklepywała w nią spirytus, odsłaniały się niezagojone, wilgotne miejsca.
Pod wpływem bólu stała się zanadto jękliwa, jakby nieludzkie wycie było jej jedyną odpowiedzią na cierpienie. I tak do następnego napadu: płakała z różną intensywnością, z nasileniem pozwalającym zorientować się w stopniu boleści.
Z początku raz na dłuższy czas, lecz już po kilku tygodniach nie było dnia, a potem godziny, bym nie słyszał, że nadal jest wśród żywych.
Ale nie szło o C. Zawadą był Andrzej. Za dnia jego błędnikowe, złe noszenia i swingujące łapania równowagi, przykurcze i niekontrowane lansady dawało się jakoś przecierpieć. Jednak gdy w środku nocy, ni z gruszki, ni z pietruszki, w egipskich ciemnościach rozlegał się jego donośny szczek, kiedy znienacka zapalał górne światło i w całej swojej rozbudzonej krasie wyskakiwał wprost na wyziębioną posadzkę, by, z przerwami na łapanie powietrza i trzymanie się za rozrusznik, blednąc i krztusząc się, kierować na mnie przerażony wzrok, dostrzegałem w nim swoją przyszłość i nie wiedziałem, co czynić.
Toteż w duchu kląłem na czym świat stoi, a decyzja, by już od rozczochranego rana rozpocząć batalię o swobodne życie, urastała do wymiaru obsesji numer jeden. Postanowiłem więc, jak tylko się rozwidni, coś w tej sprawie zrobić, gdzieś z tym pójść, może pogadać z Bossem lub oddziałową.
Że zaś głupi ma szczęście, zauważyłem dzwonek. Nacisnąłem go i do sali, od razu, jakby stał przed jej progiem i nie miał do niej daleko, wszedł pielęgniarz. Z jego twarzy emanował zaraźliwy spokój.
Nie trzeba było mu opowiadać, w czym rzecz. Od razu podszedł do Andrzeja, klepnął go w plecy, podał kompot stojący na szafce, otworzył okno i bez słowa usiadł przy nim na krawędzi łóżka. Mocno, fachowo pogładził go po głowie i objął przytulając do piersi. A gdy zaczął wracać do siebie, ułożył go w pościeli, ciasno zawinął w kołdrę i, trzymając go za rękę, czekał, aż zaśnie.
Po kwadransie wstał, zgasił światło i ostrożnie wyszedł, nie popatrzywszy na mnie. Ja też wkrótce usnąłem. Jednakże to, w co zapadłem, nie mogło uchodzić za sen. Była to zaledwie marna kontynuacja zmory, wrażeniowa melasa z przywidzeń minionego dnia.
Napisz komentarz
Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania