Kolejny raz na stryczku

Znowu to samo, zamkneli mnie.

Przesiedziałem w jakiejś śmiedzącej celi (przyrzekam, XIX wiek miał czystsze cele niż ta dziura) przez jakieś pół roku. Zdecydowali, że umrę za tydzień i mam z tym żyć. Przynajmniej ile mogę. Widzicie jednak, jest tutaj mały problem. Jestem nieśmiertelny! Nie żartuje, serio! I widzicie, jak jest się poza cyklem życia i śmierci, moja egzystencja jest całkiem nudna. Spójrz, w twoim życiu, takiego śmiertelnika wszystko jest ładnie ułożone, jest porządek. Rodzisz się, żyjesz, umierasz, twoje atomy rodzą się w coś innego i znowu umierają. Tak ciągle. PIękny cykl. Ale u mnie tak nie ma, jest inaczej, znacznie inaczej. Ciągle żyje, więc co ja mogę zrobić innego jak nie dodać sobie trochę smaczku w życiu. Jak to robię? Jestem kryminalistą. Od ponad, ile to będzie, 130 lat? Blisko, tak czy inaczej, od tego czasu żyje ciąglą egzystencję zdobywania fortuny, wrogów i przyjaciół. I tracenia tego nagle, zazwyczaj z powodu policji. I odradzam się jak feniks z popiołów, jako nowa postać. Jako nowy rozdział. Można powiedzieć, że jestem najlepszym poetą na świecie, gdy żyje według takiej filozofii, może.

Zostały mi równo godziny do egzkucji, wybrałem sobie (na moje własne życzenie) powieszenie. Będzie łatwiej, zresztą zobaczycie czemu. Ciągle, godziny, którymi nauczyłem się delektować prowadzę rozmowę z moim przyjacielem z celi obok. Bjornem. Jest Szwedem, którego w sumie mi szkoda, słyszę po jego głosie, że nie pożyje jeszcze długo. Trudno. Rozmowa ta nie była interesujące, prowadziłem ją już milion razy, zaczynała się zazwyczaj od czegoś jak "Nie boisz się umrzeć?", na co ja się śmieje i odpowiadam kłamiąc przez zęby "Jestem już martwy od dawna. Albo tak się czuje chociaż.". Niczego się nie boje, to będzie jak zabawa.

 

Dokładnie o godzinie drugiej dwadzieścia (dziwna godzina, zazwyczaj wybierają wieczór, ale no cóż) słyszę pukanie o kraty. Młody, nie wiem ile ma lat, z dwadzieścia pewnie, strażnik otwiera moją celę i wyprowadza mnie z niej, jak dżentelmen powinien, oczywiście szepcze mi nic nie znaczące słówka jak "Oh tak mi przykro!", "Wiesz, nie jestem za tym, nawet dla kogoś jak ty... Ja nawet nie jem zwierząt..." (sądząc po jego brzuchu i zapachu kłamie). Nie przejmuje się tym, szkoda mi tego dzieciaka, że zobaczy to, ale to nic. Po jakiś dziesięciu minutach doprowadza mnie do pokoiku. Cztery na cztery metry, strażnik przy wszystkich dwóch wejściach, lekarz w rogu, nie powiem po co niby. Wiem aż za dobrze co zrobić. Wspinam się na krzesełko, bardzo ładne przyznam, zakładają mi linę na szyje i pan doktor, który dorabia sobie jako ksiądz najwyraźniej mówi jakieś bzdury. Niech sobie mówi. Zaraz przed szybkim pociągnięciem, niczym samolotem w turbulencjach słyszę tylko "Żegnaj Joe Smith".

 

Wiszę niczym żarówka. Muszę być cicho przez jakieś pięć minut, cicho jak nieboszczyk, to nie problem, gdyż ładnie się tego wyuczyłem. Strażnicy zdejmują mnie i kładą mnie na mały wózek inwalidzki i przenoszą do karetki. Nie mam rodziny, więc nie zawiozą mnie w żadne ciepłe miejsce. Oczywiście wtedy przychodzi najtrudniejsza część, ciało (czyaj: ja) musi zniknąć w tajemniczych okolicznościach. No cóż, powiedzmy tylko, że to nie był mój pierwszy raz i o mój boże, jak ja bardzo liczę, żeby to nie był ostatni.

Średnia ocena: 4.0  Głosów: 1

Zaloguj się, aby ocenić

Komentarze (1)

  • Senezaki 20.07.2015
    Tekst dobry. Dałam cztery, bo jakby napisany na szybko. Przyjemnie się czytało, pisz dalej :D

Napisz komentarz

Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania