Kolekcjonerka uczciwych znalazców
– Jeden Jagiełło załatwi sprawę – powiedziała wychudzona brunetka, dusząc w szklanej popielniczce trzeciego peta odkąd zaczęła rozmawiać z Jakubem Popielskim.
Przedstawił się jej niejako z przyzwyczajenia, choć tego typu praktyka zapewne nie była rutyną na wyprzedażach garażowych.
– W porządku, biorę całe – oznajmił Jakub, wyjmując zielony banknot z portfela i wręczając w kościotrupie dłonie kobiety.
Popatrzyła na zadbane, świecące paznokcie Jakuba i trochę zmarszczyła brwi ni to w geście obrzydzenia, ni zdziwienia.
– Mój Kornel był zachwycony, ale krótko. Wyrósł z bajek. Teraz chodzi z ojcem na wiatrówki.
Jakub pokiwał tylko głową, chwytając oburącz ciężkawy karton wypełniony po brzegi książeczkami o autach, pociągach i samolotach. Podobno gdzieś tam głębiej było też kilka o zwierzętach.
– Dziękuję, miło było.
– Mi bardziej – odparła kobieta i zapaliła kolejnego papierosa, podchodząc do klienta uczepionego wzrokiem pralki Frani.
Zapakował karton do bagażnika i płynnie włączył się do ruchu jakiego ta ciasna, niewielka uliczka nie widziała od dawna. Wyprzedaż garażowa ściągnęła mieszkańców z nawet drugiego końca miasta.
Wjeżdżając na główną ulicę, o mało nie zaliczył stłuczki z granatową Astrą, która zmierzała tam, skąd wracał Jakub. Po tym zdarzeniu ustawił w swoim Volvo XC 90 temperaturę na osiemnaście stopni, czując od środka nieprzyjemne ciepło strachu. Do końca trzymał kierownicę mocno, nie dając rękom ani chwili wytchnienia od nieustającego napięcia.
Podjeżdżając pod garaż, spojrzał w okno pokoju Antka. W duchu miał nadzieję, że ten sporych rozmiarów prezent wynagrodzi synowi nieobecność ojca, która ostatnimi czasy tylko przybierała na długości. Fabryka borykała się z pewnymi problemami, nie tak małymi jak przedmiot jej zainteresowania. Jakub przebywał więcej w biurze niż domu. Większość sprawa wolał załatwiać po staremu, bez wideo rozmów i długich pogawędek przez komórkę w letniej altanie.
Poprawił uśmiech i wyszedł z auta. Kiedy zbliżał się do drzwi, dźwigając pakunek, wyobrażał sobie możliwe reakcje Antka na prezent. Większość była entuzjastyczna.
Z trudem złapał za klamkę i wszedł do środka. W powietrzu unosił się smak zupy pomidorowej, na piętrze słychać było szybkie sprawne kroki syna. Kiedy zaczął zbiegać po schodach, Jakub jeszcze raz poprawił uśmiech, aby Antek nie poznał po nim ukrytego zadymania i frasunku. W końcu spotkali się, a chłopiec z miejsca złapał za karton z lawiną pytań o zawartość. Jakub odłożył pakunek na podłogę i pozwolił Antkowi sprawdzić, co jest w środku. Chłopiec od razu zaczął gmerać w kupce książek, wybrał z pięć, podziękował i pobiegł na górę. Entuzjazm jak się patrzy. Jakub resztę zaniósł do pokoju syna osobiście. Miał jeszcze mu coś powiedzieć o pracy, o tym, że ciągle nie ma dla niego tyle czasu, ale widząc, jak mały kartkuje kolejną książeczkę ze świecącymi oczami, dał z tym spokój.
Już miał wychodzić, ale jeszcze raz, w sumie bez większego zainteresowania, spojrzał w zawartość kartonu. Jednak z książeczek wydawała się dziwnie inna od reszty, o wiele bardziej zużyta. Sięgnął po nią i przeczytał tytuł, przez moment stojąc w milczeniu, jakby sam nie wierzył własnym oczom. O psie ktury miał w dupje kolej – głosił napis nabazgrany na kawałku tektury niezmywalnym pisakiem.
Mały nie był zainteresowany osobą ojca i jego odkryciem. Ciągle przeglądał woluminy dziecięce z zakresu obrazkowo-motoryzacyjnego.
Jakub zszedł ze znaleziskiem do kuchni, gdzie Anka właśnie nakładała mu do talerza solidną porcję pomidorówki.
– Zobacz – powiedział, pokazując na książeczkę.
Kobieta zbyła to machnięciem ręki.
– Tak nie wkupisz się w jego łaski – odparła.
– Wiem, ale przynajmniej go czymś zająłem.
– Jest aż tak źle, że musisz mu kupować prezenty na pchlim targu?
Jakub trochę posmutniał. Może faktycznie jego nieco nadmierne zainteresowania wszelkiej maści wyprzedażami garażowymi i pchlimi targami czasami wyglądały dziwacznie, ale nie chciał się pozbyć tego nawyku. Lubił przebywać w takich miejscach od młodych lat, kiedy za kilka złociszy mógł zaopatrzyć się w prawdziwe cudeńka.
– Może porozmawiajmy o tym innym razem, okej?
– A czemu nie teraz?
– Zobacz to.
Wręczył Ance książeczkę o specyficznym tytule. Od razu zrobiła minę w stylu: A nie mówiłam?
– I on miał to czytać? Zwariowałeś całkiem?
– Nie sądziłem, że takie coś znajdzie się w tym pudełku. Było wepchnięte głębiej, pod inne pozycje.
Kobieta zaczęła kartkować książeczkę. Skończyła szybko, bo okazało się, że zawartość stanowiła w zasadzie jedna strona i kartka zakończenia, czyli nabazgrany obrazek psa puszczającego zielonego bąka na pociąg w kolorze morskiego błękitu.
Historyjka była króciutka: Był sobie pies Wafel co mjał w dupje Kolej.
Trochę błędów i absolutny brak interpunkcji nie przeszkadzały w sprawnym zrozumieniu przesłania bajeczki ekspresowej. Na końcu w rogu kartki widniał jeszcze podpis autora: Krzyś.
– Wyrzuć to – poleciła Anka. – Antek nie może tego znaleźć.
– Pomyślałem, że to mogła być pomyłka. Może dzieciak szuka tej książki? Oddam ją, jeszcze dzisiaj.
Kobieta westchnęła zrezygnowana.
– Może od razu przeprowadź się do auta, więcej w nim przesiadujesz niż we własnym domu.
Jakub nie odpowiedział, usiadł przy stole i z zamyśloną twarzą zaczął jeść obiad.
***
Zdołał wygospodarować trochę czasu wieczorem, nim słońce zaszło całkowicie. Skręcił w znajomą już ciasną uliczkę. Z daleka widział dom, do którego zmierzał. Zaparkował auto przy krawężniku i jeszcze raz spojrzał na książeczkę. Był przekonany, że robi właściwie. Własność to własność. Może kryło się za tym uspokojenie własnego sumienia, może był to nawet główny motor motywacyjny, a nie żadne troski o zagubioną rzecz jakiegoś Krzysia.
Wysiadł i podszedł do furtki. Była lekko uchylona, więc nie korzystał z dzwonka. Wszedł po stromych schodach na niewielką werandę i zapukał dwa razy. Cisza. Powtórzył pukanie, wciąż nasłuchując. W końcu usłyszał czyjeś kroki. Nie wiedział dokładnie, o co chodzi, ale dźwięk, jaki dobiegał zza drzwi, nagle zaczął przyprawiać go o dreszcze. Wyobraźnia zaczęła tworzyć obrazy, których się zupełnie nie spodziewał. Kroki wydawały się ociężałe, do tego to szuranie, jakby osoba zbliżająca się do drzwi ciągnęła za sobą co najmniej zwłoki.
W jednej bardzo krótkiej chwili chciał stamtąd uciec. Trwało to może dwie sekundy, ale organizm i ciało były w pełni przygotowane na odwrót.
– Co za niespodzianka – usłyszał w tym samym momencie, w którym drzwi z impetem otworzyły się, ukazując znajomą, jakby, postać kobiecą. Jakub był przekonany, że kiedy spotkał kilka godzin wcześniej tę kobietę, była ona co najmniej dwa razy chudsza, wręcz chorobliwie wychudzona.
– Ja w sprawie tej książeczki – odpowiedział, starając się przejść szybko do meritum. Postanowił, że nie będzie nawet wchodzić do środka.
– Ach tak? A cóż z nią nie tak? – zapytała kobieta.
– Widnieje na niej podpis, Krzysia. To zapewne pani syn.
– No tak, Krzysiu, tak. A więc to jego?
– Tak mi się wydaje, raczej tak. Chciałem tylko ją zwrócić, nie będę zabierał więcej czasu.
Odwrócił się i zrobił jeden krok. Kolejne dwie sekundy, tym razem nadziei, że faktycznie coś sobie ubzdurał. Potem przyszedł ból i chwyt, a może na odwrót? Raczej tak. I już nie był na zewnątrz, ale w przedpokoju, w środku. Leżał na plecach, nad głową miał żyrandol migający jak latarnie na opuszczonych ulicach w horrorach. Znalazł się tam tak szybko, że nie miał pewności czy to jawa, czy sen.
– Musisz zostać – usłyszał.
Wymacał dokładnie potylicę i skronie. Nie był krwi, ale coś chrupnęło w barku. Czuł piekący, pulsujący ból rozlewający się aż pod łokieć.
– Nie wierzę, ile w tym mieście żyje naiwniaków. Jedna głupia książeczka, a tyle was.
Spróbował podeprzeć się na lewym łokciu, tyle, o ile. Spojrzał na kobietę zamykającą drzwi na cztery zamki.
– Co to ma znaczyć? Wypuść mnie natychmiast!
– Synek zadowolony z książek? Mam jeszcze trzy kartony. Troje uczciwych znalazców.
Nieopatrznie przyjrzał się jej oczom, teraz już nieludzkim. Dwie kulki zatopione w oczodołach, w kolorze wieczornej purpury. Żołądek postanowił wyrazić sprzeciw w jedyny możliwy sposób – zbombardowaniem podłogi lawiną z resztek pomidorówki i sałatki z kurczakiem, którą Jakub zjadł na podwieczorek.
– Chyba zabawię w tym mieście dłużej. Uwielbiam kolekcjonować uczciwych znalazców.
Wypadałoby lamentować, błagać o litość, ale poczuł, że odpływ jest bliski. Potem jeszcze jedna chwila piekielnego bólu, jakby ktoś przebił mu udo włócznią. I wszystko straciło sens – Anka, Antek, pchli tar, wyprzedaż garażowa, problemy z fabryką zapałek. Tylko Pies, Pies ktury miał w dupje kolej był bardziej sensowny niż kiedykolwiek.
Komentarze (1)
Pomysł jest naprawdę ciekawy. Historia ma świetny dreszczyk i tajemnicę, która w tego typu opowiadaniach jest kluczowa. Warto jednak przeczytać ten fragment jeszcze raz, ponieważ wkradło się kilka literówek. Akcja mogłaby mocniej trzymać w napięciu. Ostatnie sceny aż proszą się o rozwinięcie, żeby mocniej uwypuklić beznadziejność sytuacji bohatera. Spróbuj trochę zwolnić – horror karmi się detalami: dźwiękami, zapachami, budowaniem klimatu. Mężczyzna zauważa zmianę w wyglądzie kobiety, słyszy dziwne szuranie, ale wszystko dzieje się zbyt szybko, przez co czytelnik nie zdąży się przestraszyć, przejąć bohaterem. Na zachętę daję 4, bo widzę w tej historii potencjał. Życzę powodzenia przy kolejnych tekstach!
Napisz komentarz
Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania