Kolorowe okulary

Kolorowe okulary

Rozkochał ją w sobie powoli, niemal niezauważalnie. Nie zdobywał jej serca wielkimi gestami. Wystarczyły słowa. Te właściwie dobrane, ciepłe, pełne obietnic i niedopowiedzeń. Mówił, że przy niej oddycha lżej. Że tylko ona go rozumie. Że los okrutnie z niego zakpił, wiążąc go z kobietą, której już dawno przestał być bliski.

A ona słuchała.

Potem założyła wielkie, kolorowe okulary. Takie, przez które świat wyglądał piękniej niż był naprawdę. Dzięki nim nie widziała ostrych krawędzi jego kłamstw. Nie dostrzegała sprzeczności w jego historiach. Nie zadawała pytań, na które nie chciał odpowiadać.

Bo kochała.

Wierzyła, że czyste uczucie potrafi uleczyć człowieka. Że jeśli da mu wystarczająco dużo ciepła, cierpliwości i zrozumienia, jego rany w końcu się zagoją. Że kiedyś spojrzy na nią i zrozumie, ile dla niego zrobiła.

Dawała więc wszystko.

Swoją obecność, nawet wtedy, gdy sama potrzebowała czyjegoś ramienia.

Swoją uwagę, choć często słyszała tylko o jego problemach.

Swoje szczere uczucia, których nigdy nie musiała udawać.

A on?

On dawał jej opowieści.

O nieudanym małżeństwie.

O żonie, która go nie kocha.

O samotności przeżywanej pod jednym dachem.

O cierpieniu, które znosi każdego dnia dla dobra syna.

Za każdym razem historia była podobna, choć szczegóły zmieniały się jak krajobrazy za oknem pociągu. A ona nie zauważała, że prawda nie zmienia kształtu tak często jak kłamstwo.

Mijały miesiące.

Czekała.

Na dzień, w którym przestanie być tajemnicą.

Na dzień, w którym wybierze ją.

Lecz ten dzień nie nadchodził.

On wciąż cierpiał. Wciąż był nieszczęśliwy. Wciąż tkwił w małżeństwie, którego podobno nie chciał. I wciąż wracał do niej po kolejną porcję uwagi, wsparcia i czułości.

Była dla niego schronieniem.

Nigdy domem.

Pewnego wieczoru zdjęła swoje kolorowe okulary.

Po raz pierwszy spojrzała na niego bez marzeń, bez nadziei i bez wymówek, które przez miesiące tworzyła za niego.

I wtedy zobaczyła człowieka, którego tak długo nie chciała dostrzec.

Nie był więźniem swojego życia.

Był jego autorem.

Nie walczył o nią.

Nie walczył nawet o siebie.

Walczył jedynie o wygodę, w której mógł mieć wszystko naraz: rodzinę, bezpieczeństwo, współczucie i kobietę, która bezgranicznie w niego wierzyła.

Zrozumiała wtedy coś bolesnego.

Miłość nie leczy tych, którzy nie chcą wyzdrowieć.

Nie zmienia tych, którym wygodnie jest krzywdzić kobiety

Nie sprawia, że kłamca zaczyna mówić prawdę.

A największą tragedią nie było to, że ją oszukał.

Największą tragedią było to, że przez długi czas oszukiwała samą siebie.

nie krzyczała.

Po policzku popłynęła łza ,najpierw jedna,potem kolejne

Nie pytała dlaczego

Po prostu zabrała swoje serce z miejsca, w którym było jedynie gościem.

A on został ze swoimi historiami.

A.

Średnia ocena: 5.0  Głosów: 1

Zaloguj się, aby ocenić

    Napisz komentarz

    Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania