Kolorowy ptak - rozdział 3 - Kornelia
— I jak? — zapytała Gośka, szczerząc się do mnie wymownie. Nie podobało mi się to. Nie chciałam opowiadać o moim niepowodzeniu związanym z wynajęciem mieszkania. Co prawda wysuwałam ciężkie oskarżenia wobec tego mężczyzny, które mogły okazać się bezpodstawne, ale na razie człowiek ten nie wzbudził we mnie ani cienia sympatii. Gdybym mogła to najchętniej wystawiłabym go za drzwi, ale taka ewentualność nie wchodziła w grę. Po pierwsze, otrzymałam pieniądze za ten miesiąc i wiedziałam z pewnego źródła, że ten człowiek jest wypłacalny; po drugie, potrzebowałam tych pieniędzy; po trzecie, ja bardzo potrzebowałam pieniędzy i wiedziałam, że czas nie jest moim sprzymierzeńcem. Przeciwnie, kalendarz, który zawiesiłam na prowizorycznej konstrukcji w kuchni, codziennie przypominał mi o przemijających dniach oraz ewentualnym widmie klęski.
Udając, że nie dostrzegam błysku ciekawości w orzechowych oczach mojej przyjaciółki, pochylałam się nad ekranem telefonu, skrollując kupony z MC jak najdłużej odwlekając czekające mnie przesłuchanie.
— Wiesz, co weźmiesz? — zapytałam Gośkę, próbując zmienić tor dyskusji.
— To, co zwykle — rzuciła niedbale. — Kanapkę i frytki.
— Ok. To weźmiemy podwójny, powiększony. Wyjdzie taniej.
Wzruszyła ramionami, dając mi do zrozumienia, że w pełni zgadza się z podjętą przeze mnie decyzją.
— Gotowe? — zapytał Maciek przystępując z nogi na nogę. Po jego minie widziałam, że jest głodny, zresztą ja też byłam. Miałam przeogromną ochotę na frytki z Maca.
Kiwnęłam głową.
Podeszliśmy do ekranów dotykowych. Ja i Gośka razem, Maciek do urządzenia obok. Z satysfakcją stwierdziłam, że za nami utworzyła się niewielka kolejka. Zapewne znacie to uczucie, kiedy wydaje wam się, że wasza obecność napędza popyt, jesteście marką samą w sobie, zapominając o innych czynnikach takich jak: czas czy lokalizacja.
— Która kanapka? -— zapytałam Gośkę, zatrzymując palec w powietrzu.
— Może ta — powiedziała, wskazując na Wieśmaca. — A ty, co bierzesz?
— McWrapa z klasycznym kurczakiem — wyrecytowałam tak dobrze znaną mi formułkę.
— Nie... — zmarszczyła się. — Jadłam wczoraj. Wezmę Wieśmaca.
— Robi się — odparłam i przystąpiłam do działania.
Kątem oka dostrzegłam, że Maciek odsunął się od urządzenia i wycofał się do tyłu, obserwując tablicę zamówień.
— Udało się? — zapytał, kiedy stanęłyśmy obok niego.
— Tym razem gładko poszło. Który masz numer?
— 82, a wy?
— 85.
Rozejrzał się wokół.
— Może być problem z miejscem.
— Sprawdzę, czy jest coś na górze — zaproponowała Gośka. — Przyniesiesz zamówienie?
— Przyniosę — odpowiedziałam.
— Nareszcie trochę spokoju — powiedział Maciek, odprowadzając Gośkę wzrokiem, a ja się mimowolnie uśmiechnęłam, ponieważ to zazwyczaj ja byłam wulkanem energii oraz nigdy nieprzestającym nadawać radiem.
— I jak tam Twój współlokator?
— Jakoś.
Przyjrzał mi się uważnie.
— Chyba nie jesteś zachwycona.
— Sama nie wiem... Nie znam go.
— Mówiłaś, że to ktoś sprawdzony.
— Bo tak jest.
— Poczekaj — przerwał mi. — Zaraz mi wszystko opowiesz.
Patrzyłam jak podchodzi do lady i z uśmiechem zabiera czerwoną tacę.
— Możesz iść na górę — rzuciłam, kiedy zbliżał się do mnie.
— Poczekam z tobą.
— Nie musisz. Zimne frytki są niedobre.
Zaśmiał się.
— Racja. Myślisz, że zajmie im to aż tyle?
Spojrzałam na tablicę, na której widniał duży napis: 82.
— Oby nie.
— Jak go znalazłaś?
— Przez Nadię.
— Były chłopak?
— Nie wiem, nie wnikałam, ale jest sporo starszy.
— Jakoś nie jestem zaskoczony.
— Myślisz, że oni...? Nie...
Pomimo jawnych protestów w myślach nie odrzucałam takiej możliwości. Nadia była najpopularniejszą dziewczyną na naszym kierunku. Pochodziła z Ukrainy i była bardzo, bardzo ładna. Naprawdę ładna i mówię wam to ja, kobieta, dlatego uważam, że moja opinia jest w jakimś stopniu wartościowa. Była wysoka, szczupła, miała ładną buzię i boskie, sięgające talii włosy. Kiedy szła, wszyscy oglądali się za nią. Na początku nie byłam zainteresowana nawiązaniem z nią bliższych kontaktów, dlatego przez pierwsze lata studiów nasza znajomość ograniczała się jedynie do świadomości o własnym istnieniu, aż w końcu musiałyśmy skonfrontować nasze osoby w trakcie wspólnej prezentacji z "Komunikacji kulturowej." Przekonałam się wtedy, jak błędnie i krzywdząco można kogoś osądzić, nie znając go. Nie wiem, może po prostu zazdrościłam jej urody, popularności...To nie tak, że uważałam się za gorszą, brzydszą. Zawsze sądziłam, że mam dobry gust. Umiałam łączyć kolory oraz cechowałam się oryginalnym wyczuciem stylu. Oczywiście nie oznaczało to, że zawsze byłam bardziej przebrana niż ubrana. Potrafiłam ubrać się odpowiednio do okazji, chociaż nierzadko inspiracje czerpałam z kolorowych magazynów o modzie.
***
Właśnie pochłaniałam długiego frytka, słuchając opowieści Maćka, kiedy Gośka spojrzała na mnie figlarnie i ostatni raz pociągając łyk Coca-Coli zero zapytała:
— Fajny?
Udawałam, że nie wiem, o co chodzi.
— Oj, przestań. Cały czas mnie zwodzisz — jęknęła, marszcząc gniewnie swoje gęste, ciemne brwi, a ja musiałam przyznać, że ze złością jest jej nawet do twarzy.
— Jestem taka ciekawa — kontynuowała, bawiąc się papierkiem od słomki. — Ciemny?
— Blondyn — powiedziałam z satysfakcją, dostrzegając rozczarowanie na jej twarzy.
— Nie szkodzi — odparła po chwili. — Blondyni też potrafią być fajni.
Nie zgadzałam się z tą opinią. Ja sama byłam naturalną blondynką i nienawidziłam tego koloru. Wydawał mi się taki nijaki, bez polotu, w kolorze szarej myszki, którą nie byłam. Ja chciałam się wyróżniać, odstawać od reszty, podkreślając przy tym mój indywidualizm. Czuję, że powiedziałam zbyt wiele, przez co moje słowa mogły zostać źle odebrane. Musicie wiedzieć, że nie byłam typem buntowniczki. Nie miałam tatuaży, pięćdziesięciu kolczyków, blizn na nadgarstkach świadczących o moim młodzieńczym buncie. Ja po prostu kochałam modę, modę, która nie sprowadzała się jedynie do kupna ładnych ubrań; ona odnosiła się do całej mojej osoby.
— Wysoki?
Zmarszczyłam czoło, usilnie przywołując obrazy z zeszłej nocy, bo jeżeli sądzicie, że dziś rano po raz pierwszy zmierzyłam się z tym człowiekiem, z przykrością muszę stwierdzić, że jesteście w błędzie. Spotkałam go wcześniej, chociaż nie można mówić tu o latach, miesiącach, a nawet dniach, byłoby to zbyt duże uogólnienie. Poznałam go dokładnie o 3:30. Dobrze, trochę naciągam fakty, ale nie chcę się bawić w tak drobne szczegóły. Na potrzeby tego opisu załóżmy, że poznałam go przed drzwiami mojego mieszkania, w sobotę nad ranem.
Strasznie denerwowałam się tym spotkaniem. Karciłam się w duchu, bo czy rozsądne było sprowadzanie do domu nieznajomego mężczyzny, nie zadając sobie nawet trudu, by poznać go bliżej? Znowu wyolbrzymiam. Ja nawet go nie widziałam. Skłoniła mnie opinia innych oraz perspektywa uzyskania niemałych dochodów w szybkim czasie. Ten diabeł, który nakłonił mnie na ten szalony pomysł, powinien przynajmniej przygotować cyrograf na wypadek przyszłych komplikacji, bo nic mi po słowach, a papier to papier. Dobrze, znowu odbiegam. Na czym skończyłam... Pamiętam, poznałam go w sobotę nad ranem przed drzwiami mego mieszkania. Brzuch mnie bolał z nerwów i chociaż udało mi się pogrążyć w ciemności, nazwałabym to raczej nocnym czuwaniem. Moje zmysły były wyczulone i kiedy usłyszałam dźwięk domofonu, wyskoczyłam z łóżka jak oparzona i pobiegłam w kierunku wejściowych drzwi. Nasłuchiwałam odgłosów windy, wycierając mokre od potu dłonie w dół mojej piżamy. Dobrze, że kupiłam nową piżamę. Wydawała mi się dość dziewczęca i stosowna na spotkanie z nieznajomym. Z pewnością nie wyglądałam prowokująco i zarazem nie na tyle obskurnie, aby przeraził się moim wyglądem. Kiedyś jeździło się na kolonie, bawiło się w kolorowe noce i nikogo specjalnie nie dziwił widok dziewczyny w piżamie. Po latach stwierdzam, że to dość osobista sprawa, prawie tak intymna jak inne części damskiej garderoby, o których nie wspomnę, pozostawiając ten temat waszej wyobraźni.
Stałam w korytarzu, opętana strachem, kiedy winda zatrzymała się na moim piętrze. Usłyszałam odgłos otwierających się drzwi. Szybko spojrzałam przez wizjerek, bardziej z przyzwyczajenia niż troski o własne bezpieczeństwo, i zrobiłam dwa kroki do tyłu, świadoma nadciągającej konfrontacji. Jakie było moje zdziwienie, gdy zamiast dźwięku uginających się pod naporem klucza zamków zapanowała głucha cisza.
— Co jest? — pomyślałam.
Może nie ma klucza albo dzwonek w drzwiach był zepsuty. Nie myśląc długo, przekręciłam zamek i otworzyłam drzwi.
Napisz komentarz
Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania