Uwaga, utwór może zawierać treści przeznaczone tylko dla osób pełnoletnich!

Kompleks boga którego samemu sobie zazdroszczę

I wypłyną ze mnie mgławicą szynszyle, jakby rzuconemu w niebo ptactwu zabrakło pomostu pomiędzy ziemią a sklepieniem; oderwą od mnie spojrzenie lub zedrą spojrzenia, aż podskórne szuje, szykowne pacynki z nitów i nitek, przybłędy w sumieniu, zamienią swoje gorzko-cierpkie ciałka w konfiturę.

 

Wypłyną ze mnie mgławicą szynszyle pędem rzucone na skórę nocy. I będą gryźć, kąsać, podgryzać ciemność, aż będzie broczyła bladym świateł złudzeń, które, nim zasnę, wkładam pod poduszkę.

 

I spod tej przeźroczystej ciemności będą biły: świetliste źródło złudzeń, świetlane żyły i żyłki, cały, limfatyczny układ dnia i nocy, gdy najmniejsze z uderzeń zegara odbija się echem od bezkresu czasu, nad którym głowią się wszyscy. Od fizyki po fizyczność ludzkiego istnienia, któremu zmarszczek przybyło, przybyło ich jeszcze więcej, a skóra zdaje się ścierać z każdym ruchem, każdym otarciem powietrza, jak pastelowa kredka, gdy spotyka się swym rogiem z papierem.

 

I mówią, że niektórym chmurom potrzebna jest liposukcja, a wąski horyzont można jeszcze wyleczyć, wystarczy, że wstrzykną mu botoks. Dlatego powoli ostrzą kominy, powoli kominy wstrzymują spaliny powietrzu, wstrzykują toksyny, wstrzymują spalone w piecach pomysły, w gardłach elektrowni na wpół przetrawione, nie w pełni gotowe do użytku materiały łatwopalne, jakby stały się również literackie i lotne.

 

A wszyscy, nienazwani stwórcy, których pozostałości wciąż jeszcze toczą bitwę o resztkę świadomości człowieka, dla którego nazwać bóstwa, to stracić wiarę, dla którego znaleźć bóstwa, to stać się stworzycielem. Wlecą jeszcze, serwerem, światłowodem, przepukliną wepchniętych pod ziemię kabli, plątaniną łączy, gdy najgłębiej ukryte, cyfrowe korzenie matki natury to już tylko respirator.

 

A moralna wyższość i wierzchność, powierzchownie stawiany pomnik czarnego kota, pod którym samotne laski będą składać modlitwy do czarnego kota o czarnego kota lub za czarnego kota, gdy ich myśli nie są już z myśli, ale poliestru, nylonu, zapachu oszczanej przez koty włóczki; samotnie kobiety, które w majtkach mają gniazdo szerszeni, byle ktoś ich nie ruszył, byłe ktoś im nie podszedł, zbierają martwe kwiaty, nadają im imiona. Mówią, że były już martwe, jak tu przyszły i dzwonią na policję.

 

Denatów nikt nie zbiera, denatów nikt nie sieje. Będą żebrać i zebrać to wszystko w słowie mogę zapominając, co w ogóle znaczą jeszcze słowa.

Średnia ocena: 1.0  Głosów: 2

Zaloguj się, aby ocenić

Komentarze (3)

  • Cain godzinę temu

    Napisałbyś albo podlinkował tekst, który porusza jakieś tematy istotne dla ciebie to bym się odniósł do niego

  • Dziena hiena

    Cain

    Na przykład teraz jest NNN (no nut november) i to jest ciekawy dla mnie temat. Nie to, żebym sobie konia walił i chciał od tego uciec, po prostu nurt NNN porusza się wokół obszaru internetu, który jest dla mnie kulturowy interesujący. A idąc od internetowego ruchu w sferze maskulinistycznej w stronę estetyki, którą rozwijam w literaturze, jednym z elementów, który interesuje mnie w warstwie lirycznej, jest właśnie pożądanie, żądza, obłęd, szaleństwo, ale nie szaleństwo dla samego szaleństwa, to coś więcej - zdolność poskromienia tego, czego poskromić człowiek po prostu nie może i jednocześnie wyrażenie tego, czego wyrazić nie sposób, dlatego w warstwie technicznej pojawia się moja głębokość nieufność do słowa, niepewność słowa, odrzucenie słowa jako uzgodnionej definicji i powrót do słowa jako zbioru dźwięków. A pomiędzy tym wszystkim zainteresowanie nie tyle tym, w jaki sposób powstaje język jako formak komunikacji, co sposób, w jaki człowiek wykształca prywatny język, subiektywny, a wraz z nim to, w jaki sposób postrzega i definiuje świat i siebie.

  • Dziena hiena

    to i tak w skrócie, bo jakbym miał więcej coś pisać, to by mi w chuj zeszło

Napisz komentarz

Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania