Koniecznoład (III)

Bęcwał. Nietuzinkowy, przystrojony w pstrokate, acz znoszone, wielokwieciste spodnie sunie przez chodnik. Tak właśnie. Ani po nim, ani nim, ale przez chodnik, bo jest człowiekiem, dla którego otoczenie zawsze zlewa się w jedną, nieprzychylną masę. Dlatego tłum randomów-normików, którzy tym chodnikiem idą, stał się jego przedłużeniem. A Bęcwał? Nie ma wyjścia, musi się przeciskać.

 

Korpoland, który rozpościera się przed sercem całej sceny, zaczyna się tuż za rogiem. Jakże to nieraz Bęcwała paraliżuje z podniecenia, że wychylić nos, postawić o krok za daleko, wyjść spod starego i dziurawego baldachimu, który niestrudzenie, od dziesięcioleci pewnie, zwisa sobie nad wejściem do baru, to przedostać się do świata blichtru i hajsu. Ekstaza, pobudzenie, nagłe spocenie ciała, wszystko to szykuje Bęcwała do skoku w zupełnie inną czasoprzestrzeń, lecz ten nie może wykonać skoku. Klei się wtedy bardzo blisko ściany, kuca obok większego kosza, spogląda na chodzących tam ludzi i robi coś, co rzadko się zdarza: poddaje świat ekstraktacji. Z jałowej, pustej i obcej masy wydobywa kształt czyjegoś ciała, zarys samochodu, okna budynku. Z plamy, która jest zlepkiem innych plam, które nakładają się na siebie, powstaje ostry i dobrze widoczny obraz. A gdy obraz ten jest już na tyle wyraźny, by spostrzec piękno na twarzy przechodnia, uśmiech, czy błysk w oku, Bęcwał szybko zaciska powieki, po czym cofa się powoli, a potem biegiem - do baru. Siada posępny a najciemniejszym kącie, wyciąga zmiętego papierosa i rozgląda się za niedopitym piwem, które mógłby dopić. Bar, który nie ma żadnej nazwy, według Ernesta jest barem idealnym. Idealizm jego polega właśnie na braku nazwy.

 

Do opowieści Ernesta na temat piękna ukrytego w bezimiennym barze, który jest po prostu Barem, Bęcwał wraca raz po raz. I słyszy w głowie ten sam monolog: Bęcwał, macierzysta tkanko tłustego miasta, która przyklejona do okna z damską bielizną, chwytasz się natychmiast za siusiaka, musisz zrozumieć, ropiasty wyziewie, że bar nazwy mieć nie może. Nie powinien. Jest to zakazane - nadawać jakiekolwiek, szczególne imiona miejscom. Nazwa takowa sprawia, że miejsce nie jest już miejscem, staje się przedłużeniem historii na temat człowieka. Z miejsca, które jest tylko miejscem, wrasta w tożsamość jak paznokieć u stopy w skórę. Staje się punktem zapalnym. Prowadzi do zakażenia. Nie może istnieć żadna, konkretna nazwa, ani dla miasta, ani dla Baru, ani dla pociągu, ani dworca. Jeśli nadasz barowi imię, przestaje być barem, a staje się świątynią. A jakże blisko od świątyni do religii? A od religii do człowieczeństwa? A od człowieczeństwa do refleksji nad swym bytem, który wymuszają świadomość tego, że się kiedyś umrze. A śmierć, jako, że to pustka, ma to do siebie, że współpracuje z wyobraźnią człowieka. A człowiek ma tą tendencję, że zaczyna się oceniać. Czy dobry jest, czy zły, bo pustkę pośmiertną wypełnia wyobrażeniem, żeby jakoś sobie uzupełnić to, czego już nie ma - własną obecność. A jeśli zaczniesz siebie oceniać, co ci zostaje z radości życia, które miałeś? Nic ci, gamoniu nie zostaje.

Średnia ocena: 3.0  Głosów: 4

Zaloguj się, aby ocenić

Komentarze (2)

  • Absens 2 godz. temu

    Literówki:
    "ale przez chodni"
    "Które mógłby dobić"

    Bęcwał, ropiasty wyziew, gamoń, strasznie dużo jadu, psujesz tym dobre wrażenie potencjalnie możliwe. IMO

  • Dzięki, jeśli chodzi o literówki.

    Jeśli idzie o drugą część komentarza, to tego rodzaju słownictwo jest elementem tego uniwersum, jak również integralnym elementem ekspresji Ernesta.

Napisz komentarz

Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania