Uwaga, utwór może zawierać treści przeznaczone tylko dla osób pełnoletnich!

Koniecznoład - szkic konceptualny

Ernest, który wiele lat temu dostał bzika, wciąż nie potrafi rozstać się z prezentem. Może nie jest to upragniony za dziecka rower lub samochodzik na pilota, z pewnością jednak wspomnienia bzika są silniejsze u dorosłego człowieka, niż błahy, z perspektywy dojrzałego życia, samochodzik, hulajnoga, czy rower.

Świadczy o tym trudność, którą doświadcza Ernesty, gdy na horyzoncie pojawić się ma rozłąka. Jest dla niego czymś, co powoduje, że mężczyzna tym mocniej tuli do siebie bzika, chowa go w kieszeń albo do portfela, po czym idzie spacerować mieściną.

Nie jest to spacer ożywczy, ale zawodowy, bo Ernest od lat praktykuje zbieractwo, zwane sępieniem. Co więcej - reprezentuje on odłam degeneratów tradycjonalistów, czyli osób, które cenią sobie bezpośredni kontakt z łaskawcą. Cały ten internet, gdzie każdy prosi o donejty i wsparcie, dla Ernesta, to tak samo prymitywna przestrzeń, jak przestrzeń jego starego domostwa. Różnica jest taka, że internet pozwala ci ruderę przedstawić jako pałać, a rzeczywistość już na to nie pozwala. Ernest zresztą uznaje, iż skoro tak wiele osób organizuje publicznie zbiórki na najróżniejsze potrzeby, on, jako degenerat tradycjonalista, realizuje istotną misję społeczną, którą jest kontrastowanie z dobrym życiem. Sensem życia Ernesta jest jego upadłość, niezdolność do podjęcia pracy zarobkowej, niemożność utrzymania się przy życiu, które dla innych stanowi absolutne minimum, dla niego niegdyś marzenie, dzisiaj tylko sen, co majaczy w głowie, gdy Ernest jest mocno zapity. Jednak jego egzystencja traktuje o tym, że przeciwieństwa istnieć muszą. Istnieją bogaci, ale nie są bogaci dlatego, że mają dużo pieniędzy, lecz dlatego, że istnieje wiele osób biednych. Istnieją dobre rodziny nie dlatego, że są dobre, ale dlatego, że są złe. Ernest temu podjął decyzję, iż on nie godzi się na to, by być wyłącznie tłem bez znaczenia. On będzie przeciwieństwem. Jest degeneratywnym Chrystusem, którzy bierze na siebie niechęć, pogardę, wyparcie z łona społecznego, by inni patrząc na jego przepitą mordę, z samymi sobą mogli czuć się lepiej.

 

Ciężko powiedzieć, czy dostał bzika Ernek, ja to nazywali go koledzy w szkole, pewnego razu, czy bzik ten był prezentem wielokrotnego wręczenia. I raczej ta druga opcja wydaje się prawdopodobna. A moment, w którym Ernek bzika już posiadał, ale ten odpalił się, w całej swej wspaniałości, bezmyślności i mocy, stał się momentem, który ukierunkował dalsze ścieżki ernkowego życia. Moment był to patologiczny i paskudny. Brutalny i zwierzęcy. Toksyczny, chory, obłędny i pełen tajemniczej, podniecającej pogardy. Pogardy do ludzkiego życia i człowieka. Ernest tak to wspominał, skłonny rozkładać tamto wydarzenie na czynniki pierwsze. Tak to zapamiętał i pielęgnował to, poprzez pamięć, codziennie, nieraz kończąc z ręką w spodniach. Był jednak, pomimo tych straszeceństw, niegroźny, a nawet bezbronny. A przez to czuł się bezsilny. Zdawało mu się ongiś, że dostał wspaniały prezent, lekcję życia, która zapewni mu bogactwo, powodzenie kobiet, rozgłos, a przede wszystkim, stanowi jedyną w swoim rodzaju szansę na zmianę życia. Wydarzenie to miało odkryć przed nim tajemnicę na temat ludzkiego życia, ale odkryło również coś więcej: tajemnicę na temat samego Ernesta, do której ten nigdy nie chciał się przed sobą przyznać. Już za dziecka unikał najmniejszej myśli o tym, że jest skłonny do tego, by odczuwać. "Odczucia, synu, które żywimy względem świata, są wyłącznie odbiciem naszego lęku. Miłość nie jest miłością, synu, jest lękiem przed samotnością. Współczucie nie jest współczuciem, jest wynikiem lęku przed brakiem pomocy. Pomagamy, bo chcemy wierzyć, że kiedyś otrzymamy pomoc. A wierzymy, że tak się stanie, bo nasza pomocność sprawiać, żeśmy są dobrym człowiekiem. Jesteśmy dobrym człowiekiem, by zasłużyć na pomoc. Jednak, ponownie, to wyłącznie lęk, nie tylko przed samotnością, ale i samodzielnością, porzuceniem, byciem zdanym tylko na siebie. To lęk zwierzęcia, które boi się ostać się stada. Wszystek naszego czucia, jest niczym więcej, jak lękiem, który następnie pakujemy w piękną filozofię lub religię, nadajemy mu wartość moralną i traktujemy jako cnotę. Ten, kto jest brutalny, nie ma w sobie cnoty, bo nie ma lęku. Mówiąc zatem, że ktoś jest gburem, ktoś jest brutalny, mówimy tak o nim, nie ja, synu, pamiętaj, lecz otępiali ludzie, ponieważ on nie żywi już lęku. Nie karmi swych złudzeń. Wyszedł poza cały, ten chorobliwy system wartości i urojeń, by sięgać po to, na co ma ochotę. Obok odczuć względem świata, mamy jeszcze pociąg do niego - fizyczny, bezpośredni i dziki. Albo kochamy albo pożądany, łączenie tych dwojga, to wyłącznie mówienie sobie, że żądza nie jest żądzą, lecz odruchem ducha, który pragnie kochać, bo miłość jest wspaniałością tego świata. Lecz miłość, która nie znajduje ujścia w ciele, z czasem przestaje być miłością, bo miłość zawsze przegrywa z ciałem, a tylko ciało jest zwycięskim w realnym starciu" - mawiało tatko, który, nie wiedzieć czemu, był filozofem i pijusem. A filozofia jego - brutalna i szorstka, nie łagodziła pijanego temperamentu, lecz zdawała się go podjudzać.

 

Raz to tatko mówił, że nawiedził go pewien zmarły poeta i przekazał mu prawdę na temat życia. Potem poeta ten stał się kwiatkiem, który tatko rozbił na głowie Henryka - sąsiada, który stwierdził, iż tatko jest śmieciem. A tatko śmieciem nie był. Był odpadem, jak sam mawia. Śmieć, a odpad, to są jednak dwie różne rzeczy. Odpad, to jest element, który pozostał po procesie. A proces kształtowania się doskonałego człowieka sprawił, iż tatko był właśnie odpadem. Był pozostałością z doskonałości. Był materiałem, który zachował się jako resztka po obróbce charakteru i ducha. Był już niepotrzebny. Ale złoto, które pozostaje po pracy nad pierścieniem, dalej jest złotem. Tak tatko mawiał. Nie był śmieciem, a określenie go tym mianem sprawiło, że tatko z całej siły rozbił donicę-poetę, na głowie Henryka tak, iż temu lała się mocno krew z rozbitego czoła. Wtedy tatko chwycił jego głowę, zaczął coś bełkotać, a potem napluł mu na ranę, mówiąc: teraz jesteś dzieckiem przekleństwa, nie chce cię ciemność, a światło znieść nie może, będziesz, jak ja, czymś pomiędzy, co jest pomiędzy światłem a cieniem, czego nie widać, ale człowiek wie, że to istnieje, chociaż nie umie tego nazwać. Jak ja, będziesz majakiem w kącie oka, który znika, gdy poruszysz w jego stronę głową.

Średnia ocena: 3.0  Głosów: 2

Zaloguj się, aby ocenić

    Napisz komentarz

    Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania