Uwaga, utwór może zawierać treści przeznaczone tylko dla osób pełnoletnich!

Koniecznoład - szkic konceptualny II

Kanister patrzył w podłogę tak zaciekle, iż zdawało się, że jest to batalia. Kto pierwszy odejdzie – przegrywa. Podłoga miała jednak tą przewagę, iż była z litego drewna, mocowana na listwie, mocno trzymała się betonu. Był to solidny, realny, a nie tylko emocjonalny rodzaj supportu, którego Kanister nie posiadał, poza paczką zapałek, które zawsze miał w kieszeni. Te jednak służyły jako wsparcie w procesie utylizacji petów zebranych z chodnika, które Kanio dopalał. Walka była zaciekła i długa, jednak ludzką naturą jest przegrać z materią nieożywioną, która nie zdaje sobie sprawy z własnego istnienia, dlatego jej własny bezruch nie stanowi żadnej, mentalnej przykrości, ani nie angażuje emocjonalnie w lawinę, która zasypuje umysł nihilizmem. Dodatkowym wrogiem Kanistra była również jego fizyczna strona. Wypite wcześniej dwa piwa, teraz znalazło ujście w jego nogawce. W ten sposób chociaż pokazał swoją pogardę do podłogi, po czym stwierdził, iż pojedynek zakończył remisem, bo, chociaż wykonał jako pierwszy ruch, był to ruch pozorny, który miał na celu dać podłodze chwilowe poczucie zwycięstwa, a potem zmieszać jego smak z uryną.

- Pędzą konie po betonie w szarej mgle – zanucił Ernek.

- Wsze? – dopytał Kanister?

- Wszelakie – odpowiedział ten pierwszy.

- W szale i we mgle – rzucił półtonem Kaniek.

- W szale to ja bym cię odział, a potem podwiesił do drzewa. Z Kanistra byłbyś jak bomba.

- W szale, to jest twój sparciały od mitycznej walki z twoim ojcem umysł, który jest jedynym miejscem, gdzie ten degenerat przenajświętszy jeszcze żyje.

- On nigdy nie żył. Cokolwiek żyło, stało się tylko pretekstem do moich masochistycznym fantazji.

- Jak nie żył, jak niejeden raz pamiętaj, jak ci pasem wkroił tak mocno, że miałeś dupę opuchniętą, jak po botoxie.

- Opuchnięty, to masz ryj, bo nie potrafisz po kilku piwach przejść obojętnie obok krawężnika.

- Mój brak obojętności nie jest uległością, sparciały partaczu. Jest aktem odwagi. Nie każdy, jak ty, omija wszystko, co postrzega jako przeszkodę, w obawie przed porażką.

- Ja, mój drogi nieudaczniku, edukowany przez matkę wyłącznie w tym celu, by nienawidzić wszystkich mężczyzn, zatem też siebie, nie lękam się porażki, lecz wygranej, durniu!

- Tak sobie tłumacz, w umyśle, którego objętość jest tak ogromna, że kropla oleju się tam nie mieści.

- Ech, Kaniek, myślałeś ty, bucu w dziurawym bucie i cuchnącej skarpecie, kiedykolwiek o tym, że zwycięstwo jest dla nas realnym zagrożeniem?

- W jaki niby to sposób?

- W taki, że wygrywać, to rosnąc na sile i chcieć więcej. To mieć czelność powiedzieć do świata: coś mi się udało, a skoro raz się udało, to będę próbował dalej. I powiedź mi, gdzie taki człowiek kończy? Większość najpierw myśli, że to się nigdy nie skończy, że zwycięstwa będą wieczne, a potem zakłada garnitur, pędzi na meeting, gada z bossem albo supervisorem, spłaca kredyt latami i niegdyś pocieszne dla niego cycki kobiety, z którą się związał, z roku na rok robią się obwisłe, jak jego smutne policzki. Ktoś, kto raz wygrał, chce wygrywać nieustannie, ale życie jest przebiegłe, daje ci początkowo wygrać, byś poczuł, że możesz, a na koniec udowadnia, że nic nie możesz i się z ciebie śmieje. Tym jest, mój drogi, nieporadny, intelektualnie zmechacony przyjacielu.

Średnia ocena: 4.5  Głosów: 2

Zaloguj się, aby ocenić

    Napisz komentarz

    Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania