Konkurs - ostatnia godzina

W wyniku grawitacyjnego oddziaływania planet Układu Słonecznego

będąca na kursie kolizyjnym z Ziemią pozaukładowa kometa "Kiler

Bleinkoff-Rozansky" doznała dalszego przyspieszenia osiągając obecnie

prędkość 43 kilometrów na sekundę. W związku z tym prognozowany czas

impaktu a z tym koniec wszelkiego bardziej złożonego białkowego życia

Ziemi zmienia się na godzinę 15:23:00 czasu UTC. Przypominamy, że

kometa ma średnicę 300 kilometrów w najwęższym miejscu i kształt

przypominając krótką maczugę co nie daje złudzeń co do

katastrofalnej oceny skutków kolizji. Wspomniany błąd w szacunkach

czasowych został spowodowany zastosowaniem starej wersji kompilatora

Fortranu który ma niewielkie błędy w obliczeniach

zmiennoprzecinkowych. Różnica czasu wynosi 7 minut na minus, obecne

przewidywane miejsce uderzenia to Wschodnia Europa. Dyrektor

Narodowego Obserwatorium Astronomicznego USA oskarżając o zaniedbanie

aktualizacji i test poprawności działania oprogramowania

matematycznego lokalnego administratora systemów dopuścił się

morderstwa pierwszego stopnia strzelając do niego z rewolweru. Na

razie nie został aresztowany ... Powracamy teraz do telefonicznych

życzeń a przed nimi posłuchamy, dzisiaj już ostatni raz bijący

obecnie wszelkie rekordy popularności utworu zespołu Europe."

 

Głos spikera załamał się, przesiedl w krótki szloch po czym

zapanowała cisza mącona delikatnym szumem nośnej. Po chwili

głośniczek zacharczał lekko przy przy pierwszych tonach "The final

Countdown" - amatorska radiostacja robiące taraz za radio UKF nie za

bardzo nadawała się na na szpanerski gadżet którzy czasami nosiła

młodzież w miasteczku. Odczekałem chwilę, przełączyłem urządzenie w

tryb skanowania zapamiętanych kanałów UHF i powiesiłem na pobliskim

sęku. Ot tak, by było cicho, jakoś nieswojo mi było go wyłączać zupełnie.

Była 14:23 UTC, piękny, pogodny, jesienny dzień. 22 stopnie i lekki

wiatr. Środek Mazur, pogranicze delikatnego lasku. Ja, plecak z

prowiantem i wodą, termiczna mata, słoneczna bateria, zapasowe

akumulatory, uniwersalna radiostacja, mały laptop, pamiętnik i nikogo w

promieniu paru kilometrów co najmniej. 5 dni urlopu, pierwszy od

lat. Następna, za rok miała być już pełna emerytura. Miałem przyjechać

tu na miesiąc i adoptować jakiegoś konkretnego molosa.

 

A teraz mam przynajmniej przepiękne miejsce na śmierć.

 

- "Cieniasy" - pomyślałem o pracownikach NOA. "Jak można zrobić taki

błąd."

 

Najbardziej niewiarygodne że nikt na świecie nie zweryfikował

niezależnie tych obliczeń. Pewnie mieli tam wszyscy ciepłe posadki -

pomyślałem z zazdrością. Kawka, komiksy, popatrzeć przez jakiś optyczny

teleskop dla kawału i lista obecności. Ja musiałem pod koniec

zawodowej aktywności męczyć się z kobietami w firmie. Od kabli do

drukarek i wiercenia dziur w ścianach do optymalizacji klastra. Bezsens.

 

"Było zwolnić się od razu po wstępnej emeryturze, durniu przeżyłbyś

ekonomicznie jak nic." pomyślałem sam na siebie wściekły. Zachciało

ci się zbierać rezerwy cyferek, czekać na podwyżkę i adopcje jakiegoś

super psa. 4 lata to jednak jest coś. Błędy, zawsze błędy. Wściekłość

wezbrała nagle, czarną falą aż przywaliłem pięścią w ziemię. I jeszcze

raz, aż zabolało. Dobra, dosyć. Za godzinę i tak nie będzie nic. 300

km i 43 na sekundę to o wiele, wiele więcej niż na najgorszych

symulacjach. Skasuje wszystko, to absolutnie pewne, wstrząs nie

oszczędzi niczego i nikogo, sproszkują się nawet te rzekomo bezpieczne

podziemne miasta dyktatorów co to miały przeżyć atomowy kataklizm. Co

tam miasta, chyba tylko jakieś najprymitywniejsze przetrwalniki DNA

zostaną jeżeli w ogóle - przypominałem sobie fragmenty starych

internetowych dyskusji, jeszcze z początku wieku. Tyle że tam

zakładano 20-30 km i paręnaście kilometrów na sekundę, nie ponad 40 i

300 km maczugowatego koszmaru. W najwęższym miejscu. Nawet przy tych

słabych założeniach w tych symulacjach ginęło wszystko. Kiler

Blokkoptf jest z respektem, łupnie jak się patrzy. Ziemskie satelity,

orbitalne stacje, jakieś bojowe pociski, wszystko do kasacji, nawet

Księżyc oberwie. Impakt wymaże pamiątki po Apollo i innych mniej lub

bardziej jawnych misjach. Voyager zostanie, ten jest na kursie

pozaukładowym, bezpieczny. W nim płytką z próbkami głosów Ziemi.

Romantyczne jęki tej polskiej idiotki od kontaktów z duchami której

głos jakimś cudem trafił do nagrania. To jest dopiero totalny obciach,

tarocistka czyta przesłanie do gwiazd."

 

Ale głupoty mi się roją, dobre.

 

Sam nigdy sam tak naprawdę nawet nie otarłem się o śmierć. Jedna prosta

operacja na flakach, na lokalne znieczulenie, jakieś wyrywania zębów,

ustawka w podstawówce dziesiątki lat wcześniej, na pięści więc tylko

poważniejsze siniaki. Wygrałem przynajmniej, coś mi tam raz wyszło.

Jakieś kryzysy leczone samodzielnie. I tyle. Żadnych samochodowych

wypadków, napadów, szantażu, poważnych wpadek z finansami, nagłych

zwolnień i związanego z tym kryzysu na serio, głodu, nic. Abstynent,

samotny z wyboru, trzyma się na uboczu. 60 lat dawno skończona i

co. Klapa.

 

"Za słabo smakujesz życie" - napisał mi kiedyś na necie, na

religijnej grupie na którą zalogowałem się kiedyś tam, pod koniec XX

w z ciekawości jakiś lekarz walczący z gorliwością godną lepszej

sprawy o jakieś religijne uniesienia. Nie no religie to mnie

przynajmniej ominęły. Kto myślący przejmuje się takimi bzdurami. Z

drugiej strony - może wierzący mają teraz łatwiej. Wierzą że jakaś

kopia życia jest po drugiej stronie. W to trzeba wierzyć, tak na

serio, ja nawet nie wiem jak to jest. Tylko że tego nie

żałuje. Religii dowolnej. Bo reszta to porażka.

 

Z czyjąś śmiercią, widzianą z bliska miałem oczywiście do

czynienia. Opieka nad 3 znajomymi chorymi na nowotwór, do końca

później nad ojcem. Traktowałem to jako zadanie do wykonania.

Na luzie, ludzkie problemy mnie nie ruszały. Opieka typu

hardcore też. Były też cztery psy z adopcji - to było gorsze. Dużo

gorsze. Zżywam się psychicznie i koniec.

Przynajmniej przeżyły u mnie wcześniej parę lat.

 

- 40 minut do zera, procedury w toku i odliczam.

 

Głośnik radiostacji odezwał się niespodzianie spokojnym wyważonym

głosem przerywając te moje myślowe brednie. Z ciekawości zerknąłem na

wyświetlacz. Transmisja była nadawane w paśmie UHF w trzecim kanale

PMR, wolnodostępnym. Parę kilometrów zasięgu, najwyżej do 10 przy

wysokiej antenie i lekko przerobionym i przez to pirackim sprzęcie. Tu

musi być być naprawdę parę, na transmisji było nieco szumu

charakterystycznego dla większych odległości. Dodatkowo radio

powiesiłem na sęku młodego świerku. Jestem na lekkim wzgórku, widać na

kilometry, nikogo tu nie ma. Odpowiemy, czas szybciej zleci. I tak

nie ma żadnej decyzji do podjęcia. Przecież nawet mnie nie napadnie bo

jak i po co ...

 

- "Kto jest na częstotliwości ?" - rzuciłem w mikrofon bo nic

sensowniejszego nie przyszło mi do głowy.

 

- "Możesz mi Jarku mówić Daren. Zresztą jak zdasz to mnie poznasz, masz

na to bardzo duże szansę."

 

- "Zdam co ?"

 

- "Rodzaj testu."

 

- "Jakiego znowu testu? To bez sensu, za 40 minut nie będzie niczego a

ty o jakimś teście. Nic już nie ma znaczenia, totalnie. Ty jesteś

tylko głosem w jednym wąskim kanale łączności."

 

- "Jesteś tego całkowicie pewien że nawet cytujesz Fijałkowskiego

fragmentem ?"

 

- "A co, ty od Świadków Jahwe ? Czy innych ich religijnych modyfikacji?

Jakiś supermen archanioł czy co tam macie rozrywkowego w panteonie

zstąpi z niebios i świetlistym mieczem przetnie to świństwo czy jak?"

 

- "Za bardzo odnosisz się do religii jak na ateistę, wiesz. Powinieneś

sobie odpuścić."

 

- "Możliwe. Wracając do meritum, o co chodzi z tym testem."

 

- "To rozmowa. Rodzaj klasyfikacji. Pierwszą część już zaliczyłeś,

pozostaje druga."

 

- "Zaliczyłem bo ?"

 

- "Bo na obszar mojego rewiru miał wejść człowiek który w ciągu życia

ocalił dobrowolnie jednego psa. Twój status jest imponujący,

czterech ocalonych co mieszkało latami, leczenie, opieka, dodają się

do tego kwoty wpłacane na adopcje, ich relacja do aktualnych

możliwości i podobnie. Łapiesz się od razu bez niczego."

 

- "Dobre. I co dalej."

 

- "Pogadamy sobie. Masz szanse na coś konkretnego w drugiej turze. I

już teraz zapamiętaj zasadę strefy: 'Tu szczęście dla wszystkich

jest za darmo, nikt nie ma odejść skrzywdzony'. Ciebie to też

dotyczy, już do końca życia. W obu znaczeniach."

 

Zapanowała chwilowa cisza. Zaraz, co jest grane. Przecież rozmawiając

nie użyłem swojego imienia. Obserwuje mnie czy jak ? Analiza twarzy,

ucha, czego jeszcze ? Komórki nie miałem przecież, to radio nie nadaje

indywidualnego kodu. Ten durny rząd śledzi mnie na finiszu? Trochę bez

sensu.

 

- "Skąd znasz moje imię" - rzuciłem w mikrofon.

 

- "Zawsze zapominasz o najprostszej wersji. Meldowałeś się w hoteliku,

pani Daria dostała personalia, powiedziałeś to głośno. Wystarczy

słuchać, później powęszyć. Pomijam rozpoznanie sylwetki."

 

- "Śledzisz mnie ?"

 

- "Tego nie można tak nazwać. Powiedzmy że z pewnych względów chce być

blisko ciebie. Jak zechcesz, zostanę już na stałe. Wracając do

zadania bo czas ucieka: masz dokonać wyboru. Adoptujesz formalnie

mnie przez oświadczenie albo nie. Jak razem życia dzielić nie

zechcesz to podam kod do kumulacji loterii. 18 milionów. Za fatygę."

 

- "Za 30 minut nie będzie niczego a jakiś anonimowy Daren chce żebym

się teraz bawił w adopcję psów? Nie znając nawet psa wcześniej ?

Kogo w ogóle mam adoptować, ciebie ? I jeszcze grac w

totka. Przecież to jest totalnie niedorzeczne."

 

- "Ja nie jestem psem tylko kimś kogo w różnorodnych zresztą dialektach

określa się mianem Bestii Światła. Nad inteligentnym drapieżnikiem

absolutnego szczytu który poluje na Bersekery - odmianę

komputerowych morderców. Dla białko wców jesteśmy za to przyjaznymi

towarzyszami. Ta adopcja to wspólne życie, niezależnie naturalnie

od twoich innych znajomości. Coś jak z waszymi psami tylko ja więcej

mogę i więcej rozumiem. Większość ludzi na taką więź nie narzeka.

Ty zaś jesteś absolutnie pewny że nic już nie może się zdarzyć i na

pewno umrzesz, jak widzę. Rozejrzyj się więc."

 

Otoczenie przekształciło się niepostrzeżenie. Czarna, smolista mgła

napierała na mnie ze wszystkich stron. Wyglądało to trochę jakbym stał

w środku powietrznej trąby. Mającej tak ze 30 m średnicy. Poza ścianą

czerni nie było nic. Jak w teatrze, gdzie zmienia się dekoracje -

pomyślałem trochę bez sensu.

 

- "Dwadzieścia minut do zera, procedura w toku i odliczam." -

powiedział głośnik znajomym głosem.

 

Mgła rozwiała się bez śladu. Stałem pod ścianą wykutej w skale

ścieżki szerokości jakiś 5 metrów. Drugi brzeg przechodził bez żadnego

ostrzeżenia w stromy uskok. Podszedłem ostrożnie do krawędzi,

wyglądało to niesamowicie. Dobre 200 m w dół, może więcej. Cofnąłem

się pod ścianę, lepiej uważać.

 

Co to w ogóle jest !!!

 

Pies pojawił się nagle. Wybiegł zdyszany zza zakrętu, podbiegł do mnie

po czym władował się łapami na ramiona. Nie byłem przygotowany,

zupełnie, przyszpilił mnie do ściany popisowo, ważył chyba grubo ponad

100 kg. Po chwili zabrał się za metodyczne wylizywanie twarzy i

iskanie po brodzie. Z wyraźną frajdą. Kły miał koszmarne, ogólnie to

był jakiś straszny bydlak, coś jak krzyżówka Niemieckiego Doga z

Hiszpańskim Mastifem. Czy Mastif Sarabi, no nie wiem zresztą co.

Zwierzę nie było jednak agresywne, przeciwnie wyraźnie zadowolone z

mojej obecności. Początkowy szok przeszedł w zdumienie. Skąd tu taki

pies ?! Jak się nie znajdzie właściciel to go adoptuje. Nie będę

więcej czekał.

 

- Chcesz pić?

 

Miski nie miałem, lata minęły od mojego ostatniego psa. Radiostacja

posiadała jednak pokrowiec, ochronny, wodoszczelny, udało się ją wyjąć i

zrobić z niego improwizowane poidło. Nalałem wody z butelki, miałem w

zapasie dobre 3 litry, wzięte jak zwykle na wszelki wypadek.

Zwierzę było spragnione, pochylając się przy misce odsłonił dziwna,

szeroką obroże. Było na niej wypisane imię. "DAREN".

 

- Jak chcesz jeść to mam śniadanie. Z grubą szynką, można wyjąć z

kanapki. Później się coś kupi, nie wyglądasz na bardzo zabiedzonego

to jakiś przeżyjesz, wiesz ...

 

Zza zakrętu rozległy się się szybkie kroki, po chwili wyłonił się

nieznany mi człowiek. Pewnie właściciel psa, zaraz się będzie

tłumaczył że futrzak się wyrwał i zaczepia obcych. Facet był niechluje

ubrany, miał spoconą, podartą koszule, niestarannie zapięte gacie i

źle zasznurowane buty. Był też zdyszany i z jakimś dziwnym wyrazem

twarzy. Roztaczał paskudny odór wódki, poczułem to nawet z tej

odległości. W ręku trzymał jednak nie smycz a myśliwski sztucer. Wtedy

przestało mi być zabawnie.

 

- "To demon. Muszę go zabić." - wycharczał niewyraźnie.

Usiłował wycelować w psa ale ten jednym susem schował się za mnie.

 

- "To demon, odsuń się. Przybył tu z piekła."

 

- "Odwaliło ci czy to z przepicia? Demony nie istnieją, to jest pies. Jakiś

Sarabi Mastif czy coś, są ogromne. Przecież nic ci nie zrobił, o co

chodzi? Pogryzł kogoś wcześniej czy jak?"

 

- "To demon. Muszę go zabić."

 

- "Bredzisz. Odłóż w tej chwili broń. Nie wolno celować ani do psów ani

do ludzi tym bardziej. Co z tobą człowieku, zaćpałeś się?"

 

Robi się nieprzyjemnie - przemknęło mi przez głowę.

 

- "Procedura w toku, 5 minut do zera i odliczam." - spokojne, wyważone

słowa padły z głośniczka.

 

Przybyszowi od razu puściły nerwy. Nie celuje, prosto z biodra wali w

radio, urządzenie podskakuje uderzone pociskiem, elementy pryskają na

okolice boleśnie siekąc mnie po nogach. Wariat, Zwyczajny wariat i

to ze strzelbą. Większość myśliwych to wariaci, nie chodzi naturalnie

o polowanie ale o całą niedorzeczną resztę. Debilne rytuały,

przekonanie o swojej wyższości, pretensje do terenów, polowanie poza

lasami. To się po prostu widzi, nie potrzeba medycyny. Ten tu to już w

ogóle, gotowy nas zastrzelić przez jakieś urojenia.

 

I wtedy mnie olśniło. Napastnik nie przeładował broni. Sztucery

nie są samopowtarzalne. Mam szanse, spokojnie. Obok

plecaka, wyjęta i gotowa do akcji leży maczeta - wysypałem

wcześniej cała zawartość szukając wody i czegoś na miskę.

 

Odwróć uwagę, chwyć za broń. To wariat, zastrzeli nas obydwu, to pewne.

To będzie samoobrona, co się zastanawiasz!

 

- "Demony nie istnieją. Nie zabijesz tego psa i tyle."

 

- "Będę strzelał. Do ciebie w razie potrzeby też."

 

- "Śmiało. I tak zdechniesz za 5 minut, nic nie przeżyje tego zderzenia."

 

- "Więc ?"

 

- "To moja decyzja. Zostawiasz psa w spokoju i zmykasz stąd albo

strzelasz. Jak zabijesz psa a ja przeżyje masz u mnie wyrok. Na

serio i bez dyskusji. Śmieci się sprząta, ojciec zawsze to

powtarzał. No dalej. wynocha ..."

 

- "Nie, ja tego psa zabije. Muszę."

 

Moja wściekłość wezbrała nagle czarną, czystą falą. Nawet to było

przyjemne. To już koniec, teraz czy za parę minut. Ale się nie dam bez

walki. Dla zasady. Byłem wyraźnie wyższy, lepiej zbudowany i co

najważniejsze trzeźwy. Sprint, maczeta sama wskoczyła do ręki dodając

odwagi. Facet musiał się zorientować że już naprawdę nie żartuje i

cofnął się. Zrobił jeszcze jeden krok wstecz próbując wymierzyć

strzelbę we mnie i przeładować. To wystarczyło, ostatni krok prowadził

w pustkę. Odchylił się, zupełnie jak na jakiś filmach, wrzasnął i

runął w dół odkrywki. Lecąc zdążył jeszcze dokończyć wprowadzanie

naboju do komory i nacisnąć spust, daremny strzał odbił się głośnym,

dziwnym echem.

 

Ptaki śpiewały swoje trele, było ciepło i przyjemnie. Pod powiekami

rozmywały się ostatnie fragmenty snu. Maiłem jakiś specyficzny wolny

powrót do jawy, dawno tak nie było. Przynajmniej nie zasnąłem na

słońcu. Swoją drogą co za realistyczny, durny sen. Nerwowe zerknięcie

na zegarek utwierdziło mnie w uldze, była 15:25 UTC. Dwie minuty po

zderzeniu. Można zresztą poczekać z pół godziny jakby toto przywaliło

po przeciwnej stronie globu bo taki czas upływał aż

koszmarna, pędząca z pierwszą prędkością kosmiczną wywołana zderzeniem

fala zakończy wszystko. Mam czas, jestem na urlopie w końcu.

 

Wiszące na sęku radiostacja zapiszczała. Sprawdziłem częstotliwość, 3

kanał PMR, Dziwne, zupełnie jak w tym niedorzecznym śnie.

 

- "Ano dziwne, nie sądzisz ?" Głos był znajomy - przecież to jakiś

absurd.

 

- "Kto jest na częstotliwości."

 

- "Już o to pytałeś wcześniej. Możesz mi mówić Daren."

 

- "Żarty, zresztą jest już dwie minuty po zderzeniu, wiesz ? Obudziłem

się zresztą. Swoja droga niezły koszmar. Gadałeś do mnie we śnie

przez to radio czy jak ?"

 

- "To nie koszmar tylko twój test. Odmiana symulacji w konwencji

snu. Wybór i skutki rzeczywistości roku 2325 jako wariant

alternatywny. Wasze plemię dalej zostanie samo, dokona po części

zagłady a niedobitki wykończy ten impakt. Nie martw się, to już się

nigdy nie zdarzy. Przecież wygrałeś. Niezależnie od tego jaka ścieżką

jako ludzkość pójdziecie impakt przeleci daleko od Ziemi. Masz na to

moje słowo. Teraz ostatni akt, zobaczymy co wybierzesz: finanse czy

mnie. Propozycja jest na serio. Obejrzyj się."

 

Za mną, jakieś 3 metry leżało na ziemi coś. A raczej ktoś.

 

Na deviantarcie jest grupa o Tokotach. Zgromadzenie rysowników,

tworzące fantazyjne światy, uniwersa podobnym do minionego świata

Innuitów gdzie poza typowymi zwierzętami występują też Tokoty.

Podrasowane mieszańce niedźwiedzi z wilkami, potężne bestie po dwa

albo więcej metrów w kłębie. Terrory zaśnieżonych gór złożone z kości,

mięśni, pazurów, zębów i przenikliwego umysłu. Wyznawcy dziwacznych

religii połączeni ze światem duchów, często stające się towarzyszami

ludzi na wzór północnych Innuickich psów. O tym że niektórzy z tej

internetowej grupy uwielbiali spędzać czas w strefach zero,

baraszkować z Bestiami Światła, newWolfami, Igenami, Atroxami czy

resztą innej naturalnie imprintowanej, nad inteligentnej menażerii,

włóczyć się po ich rewirach i kibicować w polowaniach a potem realne

zdarzenia przenosić w sieciowe fantazje dowiedziałem się naturalnie

później. Ale pierwsze wrażenie było właśnie takie - nieznajomy gaduła

wyglądał jak DIRE TOKOTA. Potężna, przysadzista krzyżówka

niedźwiedzia z wilkiem w czarno szarym futrze i równie potężnym

łbem. Z rogami i wilczym ogonem na dokładkę. Nawet leżąc rozwalony

nie patrzył na mnie zbytnio z dołu, to był król rewiru jak nic, duży

niedźwiedź to by wyglądał przy nim trochę jak duży pies przy lwie.

 

- "Śmiało, podejdź i pomacaj a lepiej pomiziaj" - powiedział

głośnik. Nie pogryzę przecież, nigdy nie krzywdzimy białkowych

zwierząt. Pomijam że jestem naprawdę myślący, jak ty.

 

Zemdlałem pierwszy raz w życiu.

Średnia ocena: 0.0  Głosów: 0

Zaloguj się, aby ocenić

Komentarze (4)

  • zsrrknight rok temu
    jeśli na bitwę na Prozę to proszę publikować z konta, a nie z anonima. A tak poza tym to nie czytałem tego, ale formatowanie jest do poprawy - pewnie nadmiar enterów albo coś
  • Wydaje mi się, że mam deja vu, że gdzieś mi mignęło coś podobnego. Mogę być w błędzie, może tylko ten dziwny i podobny zapis widziałam.
  • JarekS rok temu
    Dzień dobry,
    Uniwersum (obecna rzeczywistość zanurzona w Świecie Sztormów) jest moje, rasy też, dwa opowiadania wstawiłem na opowiadaniach.pl (też jako Jareks, "Łowisko" i "Daren i Przemek"). Tam zupełnie nie komentują więc testuje co tu będzie. Piszę na tekstowym edytorze Emacs (nie cierpię on-line bez potrzeby i nawyków nie zmienie), później wklejam do przeglądarki i stąd format (na opowiadaiach tez tak jest), pomyślę jak to poprawić w przyszłości przy wklejaniu. Nie mam jednak takiej wydajności jak średnia tu zastana, sorry.
  • JarekS
    Witamy na opowi i życzymy wszelkich literackich, i nie tylko, sukcesów.

Napisz komentarz

Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania