Korzenie - prolog
Lipiec, 1946
Niebo było czyste i rozświetlone gwiazdami. Pomiędzy nimi wisiała blada tarcza księżyca, wystarczająco jasna, by w jej blasku można było dostrzec drogę, pola i czarne kształty drzew.
Wiatr ucichł. Z oddali dochodziło tylko ciche pojękiwanie psa.
W półmroku letniej nocy wiejskie chałupy wyglądały jak przycupnięte obok siebie stwory, które z podwiniętymi łapami oczekiwały świtu.
Cztery postacie wyszły spomiędzy zabudowań na główną drogę i ruszyły szybkim marszem. Suche źdźbła traw odbijały księżycowy blask jak kości.
Na czele grupy szedł sołtys Antoni Gruda. Trzymał się kilka kroków przed pozostałymi, jakby nie chciał widzieć tego, co działo się za jego plecami.
Jan Górka i Franciszek Rawski prowadzili młodego chłopaka. Miał związane z tyłu ręce, zakneblowane usta i worek narzucony na głowę.
Kiedy mu go zakładali, Rawski zaśmiał się nerwowo.
– Po jakie licho mu ten wór? Drogę zna jak każdy we wsi.
Gruda spojrzał na rówieśnika groźnie.
Rawski wzruszył ramionami i odwrócił wzrok.
Wszyscy wiedzieli, że worek nie był potrzebny chłopakowi.
Był potrzebny im.
Szli w ciszy. Jeniec oddychał ciężko, niemal charcząc przez knebel. Pod workiem na policzkach miał smugi zaschniętej krwi. Na lewym ramieniu jego lniana koszula przybrała brunatny kolor.
Nie sądzili, że będzie stawiał taki opór.
Kiedy wiosną przybył do wsi, wyglądał na cichego i wystraszonego. Powiedział, że ma dziewiętnaście lat i przyszedł gdzieś ze wschodu. Rodziny nie miał albo nie chciał o niej mówić. Pozwolono mu zostać.
Spał w stodole Rawskiego. Pomagał chłopom w polu i obejściu. Był chudy, ale silny. Prawie się nie odzywał, a już na pewno nie wtedy, kiedy nie było potrzeby.
Wszyscy zgodnie uznali, że zesłał go Bóg.
Dzięki niemu oszczędzą swojaka.
Za wsią droga rozwidlała się. Główny trakt prowadził między polami, a węższa ścieżka wspinała się na niewielkie wzniesienie.
Czekał tam na nich stary Walenty, kościelny. Przyglądał się pochodowi bystrymi oczami osadzonymi na zmęczonej wiekiem twarzy.
Kiedy podeszli, położył dłoń na ramieniu przybysza.
– Niech Pan ma cię w opiece, chłopcze.
Jeniec szarpnął się gwałtownie. Rawski i Górka z trudem utrzymali go na nogach.
– Nie wierzgaj – powiedział spokojnie Gruda. – Na nic ci to.
Walenty wskazał drogę.
– Idźcie przodem.
Ruszyli pod górę.
Po kilku minutach stanęli przed rozłożystą wierzbą, górującą nad wzniesieniem i całą położoną niżej wsią. Wiekowy pień skrywał się pod parasolem długich gałęzi. Wąskie liście opadały niemal do ziemi, przypominając włosy starej kobiety.
Gruda spojrzał na drzewo.
– Oby ofiara została przyjęta.
Górka zatrzymał się.
– Antoni, toć przecież już nie ma wojny. Nowa Polska. Spokój. – Górka spojrzał na sołtysa, czekającego aż razem z Rawskim wprowadzą przybysza pod drzewo, a tam przywiążą go do pnia sznurem.
– Życie ci niemiłe?! Na pola idź i zobacz. Ziemia twarda jak cegła, ani kropli deszczu. Studnie wysychają. – Walenty szarpnął Górkę i razem z Rawskim zaczął prowadzić chłopaka do drzewa.
Gruda spojrzał na Franciszka i choć trzewia paliły go od poczucia winy, nie cofnął się. Przysiągł żonie i dzieciom, że z głodu nie pomrą. Przeżyją. Muszą.
Usadzili chłopaka przy pniu i przywiązali do niego sznurem.
– Nie wierzgaj. Módl się – polecił Walenty, sprawdzając, czy węzły są odpowiednio wytrzymałe.
Pod drzewem, jak nigdzie w okolicy ziemia była wilgotna i pulchna. Wydawało się, że stąpają po wypełnionej świeżymi piórami poduszce.
– Nie zdejmuj – powiedział Gruda, widząc, jak kościelny przymierza się do ściągnięcia z głowy chłopaka worka.
Walenty spojrzał na sołtysa pytająco.
– Zostaw – powtórzył Gruda.
Przez moment we trzech przyglądali się związanemu przybyszowi, który oddychał teraz ciężko.
– Jak mu było? – zapytał Antoni. Rawski wzruszył ramionami.
– Chyba Stefan. A na co ci to?
Gruda nie odpowiedział. Z trudem przełknął ślinę i wyszedł spod koron wierzby. Po chwili w jego ślady poszli kościelny i Rawski.
Wracają do wioski, nasłuchiwali w napięciu pierwszych wrzasków. Pojawiły się, kiedy dotarli do głównej drogi. Rozdzierający krzyk wypełnił letni półmrok. Po nim nastąpiły jeszcze dwa spazmatyczne okrzyki bólu, których zwieńczeniem był trzask kości i odgłosy przypominające jakby siorbanie zupy przez tuzin wygłodniałych chłopów. Górka stanął wtedy jak rażony piorunem, zgiął się wpół i zwymiotował żółtawym płynem w trawę. Rawski podszedł do niego i złapał pod ramię.
– O żonie myśl i dzieciach – powiedział.
Tamtej nocy żaden z nich nie zmrużył oka. Gruda leżał w łóżku, przy otwartym oknie i gapił się w ciemność, za którą była bielona powała. Nie pomógł nawet świst wiatru i dźwięk ciężkich kropel uderzających o szyby nad ranem.
– Ofiara przyjęta – powiedział cicho.
Komentarze (1)
+1
Napisz komentarz
Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania