Kostium
widok tu jest straszny,
straszne smukłe wdowy,
wirujące w padle,
na maxa się wydzieram,
zdzieram gardło,
jaki to schemat,
jaka idea,
tu prowadzi lekcje sam szatan,
dla demonów wykład,
o apokaliptycznych wizjach,
poncjusz piłat się krzywi,
jezus żydzi,
na kile hif jest,
jest cholera,
h5n1, plugawy temat,
plugawy teatr,
obdarty kostium,
jakaś sknera,
jakaś łachudra,
kawał płótna,
opalona lufka,
zgnieciona zasuwka,
korzenna śrubka,
pół lustra, kawałek zwierciadła,
malinowa panna,
kosmyki we włosach wiatr potargał,
jak zwiędłe rosy,
tak ja jestem bosy jak mali chłopcy w pokosy wrzucam wrzosy,
i jestem uroczy jak mrówka,
bo to kawał żartu,
z jasnych ciemnych parków,
w barku żebro stoi jak ubogi król,
ma mundur i gra w gry żałośnie cuchnąc,
taki urok, takie gówno,
na skrzypcach gram równo,
gram na kartach,
na bankach trzymam fosy,
jak marne losy,
ciągne zapałki,
robie sobie podłe żarty,
podłe harce,
podłe mam transe,
wiruje w amoku,
na zboczu góry,
tam gdzie równik,
tam gdzie cała masa durniów,
na samym środku cuglów,
z cudzym sosem,
opieram się o opór,
ktoś się stoczył, ktoś wytropił,
w głowie popiuł,
w sercu rozpacz,
zajadam chlebem smutki,
jestem bardzo smutny,
jak chełpliwa masa kundli,
hycel mnie ściga,
bo za psa mnie ma,
a ja udaje że mi to radość sprawia,
w szafie lśni świerza harfa,
może później ci coś zagram,
póki co walcze o darmowy rosół,
w sklepie w wagonie ze schodów pokręconych,
na pohybel wszystkim kurwom,
ścigam bandytę szpiegiem,
cały opluty gniewem,
stoje dumnie,
na nagiej trumnie,
w sarkofagu leże, nie siedze,
nigdy nie bredze,
w co wierze w to wierze,
i jestem kurwa pewien,
że za miedze dostane wyrok w niebie,
na chlebie pasikonik się tuczy by być tym zdutym,
na strupie strupy, na fiucie fiuty,
na luty mam marzec,
na garnek patelnie,
robiłbym wiernie makrele w berle,
cZy tu coś twierdze,
mam żebro na żebrze,
nie żebram, nie skwiercze,
tylko drepcze na osowiałych pankach,
się opiera twoja poszarpana firanka,
to jest rower damka, jak o porankach karla fantazja,
nie mam różańca, nie mam tańca,
to straszna uparta poskręcana wanna,
jak czarna mamba jak jezioro hańcza,
opasła panna, szuka księcia z bajki,
lecz nie znajdzie,
bo to kostiumowa bajka dla prawdziwych bożych baranków,
gładkich jak ropna rana waniliowych sanków,
czy ja jestem bankrut, czy piroman,
jaki jest mój powab, jakie są na świecie cukierki,
gdzie idą obłąkane owieczki,
jak wywołać w gniewie rozterki,
zerwane więźi, masa chołoty, i ziemniaczane obierki,
tak jak ty też palę skręty,
ale tylko gdy mijam zakręty,
i gdy mam dziurawy wentyl,
dziurawy rower się marzy , stoje na straży
martwych fok, w jakimś nieznajomym zoo gdzieś na przedmieściach,
ty jesteś wstrętna jak goblinia nora,
zdzieram z ciebie garść poplamionego płótna,
jak boża krówka, taka to łamigłówka,
w operze z demonami siedze,
i już ci nie wierze,
bo coś śledze,
a na miedzę mam miedzę,
na pieniądze hajs wydaje, sram szmalem gdzie popadnie,
nawet gdy sunę po szosie na sarnie,
to i tak zjem manne z nieba za mamone z jakiegoś chlewa,
nie biegam już o poranku tylko wtedy gdy mam na karku łańcuch,
szczere złoto ze mnie, chłopak na sto procent,
zbieram posag w żniwa, jak kiła jestem zaraźliwy,
boreliozą cię obdarzam, dla mnie darem jest cierpienie,
w gniewie rzucam podłe klątwy, jestem zawzięty,
jak kapitan statku sam sobie sterem, sam pomagierem,
sam jestem siebie pewien, sam się załatwiam sam tańcze,
sam kradne, sam zabijam żywoty marne,
by być królem trzeba mieć jaja jak twoja stara,
skradam się po runie leśnym,
krzyczysz uciekaj a ja zwiewam,
jak zechce ubiorę sukienkę,
ale i tak będę wyglądał pięknie,
noż kurwa jest prawie że cudownie,
latem szykuje się na kolejny pogrzeb,
nie wspominam zmarłych, nie wypominam długów,
nie udaje sługów, nie chełpie się jadem,
nie ma tu żadnych panien, jestem tylko ja i moja hućpa,
w sztyglach sztaluga płonie,
jestem kocem, kołdrą i poduszką sobie nie tobie,
bo już nie razz mówiłem że ty nie istniejesz,
fortepianem śpiewam, strunami ziewam,
kurzym gównem karmie własne martwe ja,
by stać się jak czyjś pan,
nie sam a z kimś tu jestem,
jestem kim zechcem nawet zegarkiem być mogę,
gdy mam chorą nogę , śpiewam mizernym głosem,
krajalnicą kroje twoje brudne nerki,
potem je zjadam na kolacje,
jestem za pan brat z owżodziałym tańcem,
na skarpetach gaszę peta, i ziewam ponownie w kostium z plotek,
plotką karmie radosne noce, nie zieje molochem,
kryje w lesie moce pradawnych wnyków,
by mieć azymut, na nicości herbie cały jesteś w spermie zwierzęcej,
ja się troskliwie męcze z bezkresnym wrześniem,
w koło coś strugam, walczę z pechem niebezpiecznie,
jak jakieś jakie co?
jaki ja jestem, jaka jesteś ty?
gdybyś była prawdziwa to może bym cię lubił,
póki co zdzieram asfalt, szukam różańca na bałwankach,
nie lepie bałwana nie krzycze gdy jesteś sama,
gdy chce poruchać walę konia bo mi sperma musi uciec,
w uczciwym deszczu płoniesz, zginiesz marnie,
mizernie wołam zaplutym stekiem bzdur,
z piakownicy leci deszcz meteorytów,
ty jak kamień struty,
wolę siedzieć naduty niż wiązać buty,
moja sny są chore nie zdrowe,
bo ja jestem pojeb,
na zdrowie wołasz wołam,
nie chowam czubka nosa,
nie kradne czegośtam, wszystko jest w gruncie rzeczy marne,
jak czarne wszystko czarne,
ni grama bieli,
ni grama poezji,
na szali mleko wisi pod nosem,
nie jestem eskimosem nie kotem,
nie mam kropek, nie jestem w paski,
chodze jak podarty, otruty, cały jak gorące zupy,
jak sosy jak batony oram aule w butach zimowych,
na stole pokus pełno wokalnych pępków,
wróże śmierć wróżkom pierdolnientym,
śpiewam o kulistych falach w rampie z biczów wodnych,
jetem bardziej ten chcący niż niechcący,
Napisz komentarz
Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania