Kot Dariusz i śmietnik Stefan - pierwsze spotkanie
Od kilkunastu minut słońce skryte było za zadymionym horyzontem. Wiatr ucichł, a na ulicach zapanował spokój i cisza, która na dłuższą metę mogła cię doprowadzić do szaleństwa. Jedna z wąskich uliczek pomiędzy kamienicami niedaleko centrum kusiła zeszpecone, porzucone i wygłodniałe koty interesującym zapachem, który wyraźny stał się dopiero teraz w tym błogim spokoju. Kilaka prawie stuletnich latarń dawało oznaki swej przydatności oświetlając niektóre części dość szerokiej ulicy. Jeden z wygłodniałych sierściuchów idący na przedzie zatrzymał się gwałtownie tuż przed jezdnią.
– Co jest? Czemu stoimy? - uniósł się ochrypły, lekko flegmatyczny głos.
– Zaciągnij się idioto, a zrozumiesz — padłą szybka odpowiedź. - Te ścierwa tu są. Niedaleko.
– Psy?
– Oj tak. Tym razem nie będzie tak łatwo.
– Darek, nie nakręcaj tej spirali ponownie. Od kilku dni nie zżarłem ani jednego kawałka mięsa. Inni podobnie — odezwał się stojący po lewej jego stronie podstarzały kocur.
– Im starsi, tym głupsi. Jak mi się marzą te czasy, o których opowiadał mi ojciec. Tacy jak ty to był podstawowy zapas mięcha na każdy kryzys. A młode kocięta leciały jak te mini serdelki na deserek.
W odpowiedzi usłyszał cisze. Przerwał ją dopiero głos dochodzący z uliczki, do której zmierzali.
– A to co? Kundle?
– Nie, gdyby tak było, zbierał już byś swoje flaki — Dariusz powoli ruszył do przodu.
Głos nasilał się. Inni ruszyli kilka chwil po nim, choć znacznie wolniej. Jego usiane bliznami ciało wywindowało go na sam szczyt hierarchii. Jednak bez swych kanibalistycznych zapędów ta droga byłaby znacznie dłuższa. W uliczkę wszedł powoli.
Słyszał głos nadal, ale nikogo nie dostrzegał. Po chwili jednak ujrzał stojący pod jednym ze starych balkonów śmietnik.
– Kot? Dobre i to.
– A ty to kto? Drzesz się na całą ulicę. Zwabisz psy.
– Mam w dupie psy. Szczą na mnie codziennie. A ty tu co w ogóle robisz? Te strony nie są łaskawe dla sierściuchów. Jak nie kundle was rozszarpią to te ustrojstwa na kółkach rozjadą.
– Chodzi o auta?
– Tak to się nazywa? Nie wiem. Nie znam się. Ale mniejsza z tym. Pomożesz mi?
– Darek co tam się wyprawia? - jeden z pomocników zapytał cicho i niepewnie.
– Nic, co jest ważne. Stójcie na straży. Głupie kocury. Jeszcze tu przez nich zginę na darmo.
– To jak będzie? Pomożesz?
– Zależy co to za problem. A mam też zasadę, że nie pomagam nieznajomym.
– Mówili mi Stefan, kiedy jeszcze było nas więcej. Teraz już nie ma kto mówić, ale mniejsza z tym. Problem poważny jak cholera. Na balkonie nade mną coś leży. Nie wiem co to ale kapała z tego jakaś czerwona woda czy coś. Ja się ruszać nie mogę a tym bardziej wspinać, ale wy to inna bajka. Ciężko tu o koty więc jestem niezłym szczęściarzem. Jedna prośba. Wskocz na balkon i załataj śliną, czy czymś to z czego to coś leciało.
– W sumie warto rozruszać te odwodnione ścięgna.
Po kilku sekundach był już na balkonie. Przez chwilę nie dawał oznak życia, jednak tę wątpliwości rozwiał jego głos.
– Człowiek. To zdechły człowiek.
- Nie wiem, co oni mają w środku, ale ten zapach nie należy do przyjemnych. Leży tam co najmniej od wczoraj
– Jest cudny. Zawołam resztę. Najedzą się do syta i znikamy.
– Ja i tak jestem na diecie.
Zeskoczywszy, wyszedł dumnie na główną ulicę po resztę grupy. Byli tam nadal z tą różnicą, że martwi i porozpruwani jak pluszowe zwierzęta. Świerzy dopiero położony asfalt wchłonął pierwszą krew. Stary kocur jeszcze ostatkiem sił wydawał z siebie pomruki konania. Dariusz podbiegł do niego jak najszybciej. Pierwszy raz w swym życiu poczuł w sobie sumienie i jego wyrzuty.
– Kurwa staruszku trzymaj się. Wyjdziesz z tego. Nie takie rzeczy już przechodziłeś. Co tu się stało?
– Pppsy...to była chwila — odpowiedział, po czym wydał z siebie ostatni oddech.
Dariusz wrócił do uliczki. Jego łapy uginały się w nienaturalny sposób.
– Co jest grane? Wybiegłeś szybko i zapomniałem ci podziękować.
– Zostałem sam. Nie przewidziałem tego. Wyczułem ich, a jednak przyszedłem tu. Wszystkich zabili.
– Kurwa nie mazgaj się tak. Uratowałem ci dupsko. To truchło było przynętą. Miałeś fart, że zjawiliście się tu wcześniej, niż było planowane. Bogdan, ten porąbany kundel z centrum i jego zgraja. To i sprawka. Taki był plan. Przekupili mnie, żebym nie pisnął ani słowa, ale ja wiedziałem, że z ciebie jest pożytek. To jeszcze nie twój czas. Wygrałeś życie. A teraz spadaj stąd, zanim cię wywęszą.
– Mam ci dziękować blaszana gnido? Czemu od razu nie powiedziałeś? To mogło potoczyć się inaczej. Mogli przeżyć.
– Nie, nie mogli. Tak miało być. Natura nie wybiera. Jesteś kotem, to jesteś ich ofiarą.
– I co? Dokąd wrócę? Tacy jak my nie mamy domu. Naszym byliśmy wszyscy razem. Nasza całą grupą.
– Może pora, żebyś go znalazł. Przestań być tym, kim jesteś. Zacznij od nowa.
Dariusz nie słuchał już go dalej. Odszedł pierwszy raz przegrany i rozbrojony. Był zdany na siebie. Dopiero teraz poczuł, że sam nie przeciwstawi się tej rzeźni zwanej światem.
Komentarze (7)
"Zaciągnij się idioto, a zrozumiesz — padłą szybka odpowiedź." - padła.
"W odpowiedzi usłyszał cisze" ę
"– Nie, gdyby tak było, zbierał już byś swoje flaki —" kropka po flaki.
"– Nic, co jest ważne. Stójcie na straży. Głupie kocury. Jeszcze tu przez nich zginę na darmo." - to jest wypowiedź, więc powinno być.: przez was zginę na darmo - bo zwraca się do nich.
Pppsy...to była chwila — odpowiedział, po czym wydał z siebie ostatni oddech. - odstęp po wielokropku.
" Nasza całą grupą." naszą
Niektórych błędów już nie powinno być.
4
Napisz komentarz
Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania