Uwaga, utwór może zawierać treści przeznaczone tylko dla osób pełnoletnich!
Kowboj wśród szarych lasów
— Maciek!
Chwila ciszy.
— Maciek!
— MACIEEEEEK!
Zaspany po wczorajszym ciężkim dniu zwlokłem się z łóżka. Przetarłem zmrużone oczy, po czym wstałem. Przez nieuwagę potknąłem się o własne nogi, wywracając na podłogę. Na szczęście upadłem na dywan, a na jeszcze większe szczęście nie uderzyłem czołem o parapet, bo to skończyłoby się najpewniej szyciem. Lekko zdenerwowany wywróceniem, podniosłem się i wreszcie dotarłem do okna. Po jego otwarciu, wychyliłem łeb jak najdalej, patrząc z trzeciego piętra na dół.
— Co jest? — wykrzyknąłem, aby mnie usłyszeli. Dwójka moich najlepszych kumpli czekała z piłką do nogi, z nadzieją że wyjdę.
— Wyłazisz? Są sprawy do ogarnięcia. — Dostrzegłem jak młodszy z nich, Kacper, mrugnął okiem.
— Noo... Czekaj...
Gdy już zamykałem okno, usłyszałem krzyk proszący mnie o wzięcie pieniędzy. Coś tam będę miał, pomyślałem. Wyjąłem z szuflady niedużej komody dwudziestozłotówkowy banknot. Zamknąłem z trzaskiem szufladę, a z drewnianego krzesła wziąłem białą koszulkę i ubrudzone, czarne dresy. Ubrałem się szybko, jednak przed wyjściem miałem jeszcze jeden obowiązek. Nie chciałem, żeby Matka się o mnie martwiła. Chwyciłem do ręki długopis, kartkę, aby za chwilę na stole zostawić informację: "Jestem na dworze. Wrócę wieczorem". Ubrałem buty, a z wieszaka przed opuszczeniem mieszkania zabrałem czarną bluzę bez kaptura. Założyłem ją, schodząc po kamiennych schodach w dół. Z uśmiechem na twarzy podszedłem do moich kumpli, wsłuchując się w trzask drzwi od klatki.
— Siema. — przywitałem się, klepiąc bliżej stojącego kolegę w ramię.
— No cześć. — odparł ponuro wysoki szatyn Patryk, najstarszy z nas. Chodził do trzeciej gimnazjum, podczas gdy ja i Kacper do pierwszej.
— Co ty taki suchy jesteś? — Zabrałem od niskiego blondyna Kacpra piłkę, by porobić kilka kapek.
—A... Bo kurwa ktoś nam szlugi zajebał...
— Co? — Zdenerwowałem się.
— No te Viceroye, co kupowaliśmy przed wczoraj. Tam były jeszcze cztery faje. A dzisiaj patrzę i chuj, nie ma nic, nawet paczkę zabrali. — mówił zrezygnowany.
— Kurwa mać. Jak dorwę śmiecia to mu nogi z dupy powyrywam. Ja tu zapierdalam i sprzątam garaże sąsiadom, a przyjdzie jakiś pędzel i wszystko idzie w dupę... — kopnąłem z całej siły w ławkę. W wieku trzynastu lat nie było łatwo zarobić pieniędzy, a papierosy kosztowały jak na mój budżet sporo. To dlatego byłem zły, kiedy ktoś wykręcał takie akcje.
— Kupujemy nowe fajeczki? Do Żabki wjechały teraz Winstony mentolowe. Chyba kliki. W sensie przekuwasz i masz miętowy smak.
— Możemy spróbować. Ale nogi z dupy wyrwę złodziejowi, jak go spotkam.
Zabrzmiały kościelne dzwony. Wybiła piętnasta. Dopalając mentolowego papierosa, patrzyłem przed siebie. Z dachu jednego z praskich bloków panorama Warszawy wyglądała pięknie. Wysokie budynki, Wisła. To było coś, co sprawiało uśmiech na mordce. Taki widok stolicy mam przed oczyma do dziś.
— Maciek, dopalaj tego szluga, bo mam coś specjalnego. — Uśmiechnął się pod nosem Patryk. Kacper wypalił już dwa papierosy, ja kończyłem trzeciego.
— Co tam masz? — Obróciłem się i popatrzyłem zaciekawiony na przyjaciela, w tym czasie wyrzucając kiepa.
Patryk nic nie mówił. Po prostu rozsunął bluzę, a z niej wyciągnął puszkę piwa. Zaskoczeni ucieszyliśmy się. Patryk patrzył na nas dumnie, otwierając za zawleczkę piwo.
— Skąd masz? Przecież nie starczyłoby nam. Kupiliśmy jeszcze te chipsy. — spytałem, odbierając od starszego koleżki puszkę Żubra.
— Udało mi się ukraść. Nie zobaczyli nas. — przyznał, przełykając łyk napoju.
— Szacun, ziomek. — odezwał się Kacper — Daj to piwerko.
Wziąłem jeszcze dużego łyka i oddałem Żubra Kacprowi. Przez kwadrans siedzieliśmy jeszcze na dachu bloku, a potem zeszliśmy na ziemię.
Szliśmy chodnikiem, bujając się na boki. Z odtwarzacza należącego do Patryka na full leciał rap. Słysząc ordynarne słowa, starso ludzie mamrotali coś pod nosem. My nieprzejmując się nimi zmierzaliśmy dalej, przed siebie, gdziekolwiek mielibyśmy dojść. Skręciliśmy w boczną uliczkę między garażami. Tam podszedł do nas śmierdzący na kilometr wódką i klejem menel.
— Dajcie mi złotóweczkę... — wybełkotał cicho. Uliczka była taka wąska, że mężczyzma zajmował ją całą, odcinając na przejście.
— Nie mamy. — wyręczył nas w odpowiedzi Kacper.
— Dajcie złotówkę i znikam... No chopoki, przecież mnie znacie... — Uśmiechał się nieufnie.
— Spierdalaj, menelu, i daj nam przejść! - Jak zawsze wpierw zdenerwował się Patryk.
— Jak ty mówisz, cooo? Do starszych cię mamuśka szacunku nie nauczyła? Wy gówniarze, czyć od was piwo na drugim końcu Warszawy. Niewychowane gnoje. Zaraz do waszych rodziców idę.
Patryk zamachnął się, i z całej siły uderzył prawą pięścią pijanego i śćpanego żebraka w nos. Ten, odurzony, upadł na plecy na bruk. Wszyscy trzej kopnęliśmy go jeden, czy dwa razy. W ramach nauczki za groźby, tak już u nas było. Kątem oka Kacper zobaczył, jak kobieta z telefonem przy uchu mówi coś do komórki, patrząc na całe zdarzenie.
— Spierdalaaaaaamy! — wydarłem się, i jako pierwszy zacząłem biec. Za pobicie dorosłego policja mogła nam dopierdolić duże konsekwencje. Może nawet poprawczak, biorąc pod uwagę nasze wcześniejsze wybryki.
Uciekliśmy na sąsiednie osiedle, wsłuchując się w stresujący dźwięk syren policyjnych.
Komentarze (2)
Napisz komentarz
Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania