Kozioł cz.2
Uliczki Ystergardu były ciche. T’ia szła powoli, oglądając budynki. W jednej z bocznych uliczek czekał jej wierzchowiec – śniady koń. Pogładziła go po szyi.
– Pięknie cię wyczyścił – powiedziała.
– Niech pani uważa, uparciuch strasznie się rzucał – odezwał się męski głos.
Za nią stał niski mężczyzna, około trzydziestki, z kręconymi brązowymi włosami.
– Dziękuję za zadbanie o Raijna – zwróciła się do niego.
– Podziękowania przyjmuję tylko w ceserach – odparł, wyciągając rękę.
– Trzymaj – rzuciła, podając kilka monet.
Zadowolony właściciel zniknął w domu. T’ia została jeszcze chwilę przy koniu.
– Raijn, będę miała problemy – szepnęła – Czuję to.
Koń parsknął, jakby potwierdzając. Kobieta wyciągnęła rapier.
– Nie ma stworzenia, które przeżyje pchnięcie w serce, prawda? – zapytała. Zwierzę znów parsknęło.
Uśmiechnęła się – Dobry z ciebie przyjaciel.
Noc minęła szybko, sen przyszedł niespodziewanie. Rankiem koń czekał już na nią.
– Dziś będziesz mi potrzebny – oznajmiła, zakładając siodło i torby pełne specyfików oraz lekarstw.
Wsiadła na jego grzbiet i ruszyła do ratusza. Strażnicy pamiętali ją i przepuścili bez problemu, na wyraźny rozkaz burmistrza. W holu czekał Edward, tym razem w czarnym mentyku.
– Witam, T’iano – uśmiechnął się.
Spojrzała na niego, a marszałek lekko się zmieszał.
Westchnęła – Miło cię widzieć, Edwardzie – odparła, zamykając drzwi.
– Tak, Orgen już czeka. Udało nam się zorganizować czterech świadków. Czasu było mało, ale mam nadzieję, że wystarczy.
– Zdecydowanie – odpowiedziała pewnie.
– Cóż za postawa – rzekł marszałek, spoglądając na torbę przewieszoną przez jej ramię.
– Czy chcesz o coś zapytać? – zapytała.
Edward wydawał się zaintrygowany.
– Nigdy nie miałem okazji zobaczyć… ach, przepraszam, zapewne ta magia nie jest dla śmiertelników.
– To nie magia – odparła T’ia, wyciągając z torby niewielki flakon – To wiedza. Spójrz, to wyciąg z szyszki chmielowej, kupiłam w stolicy. Działa na sen i koncentrację.
Marszałek przyjrzał się uważnie zielonemu szkłu.
– Interesujące – zmarszczył lekko brwi, co kobieta natychmiast dostrzegła.
– O co chodzi?
– Słyszałem, że mistrzowie posiadają mikstury zwiększające… możliwości bojowe.
– Widać, że jesteś wojskowym. Ale nie, to tylko plotki. W torbie mam zwykłe zioła, nalewki i linę.
– Więc po co mistrzyni je tu wzięła? – spytał zdziwiony.
– Jeśli trzeba będzie komuś rozwiązać język, mogą się przydać. Zioła mają intensywny, nieprzyjemny zapach, a że nikt tu nie zna się na zielarstwie, można wmówić wszystko. Lina zaś, zawsze się przydaje.
– Rozumiem, fortel albo przemoc – odparł zadowolony, otwierając drzwi do gabinetu – Orgen już czeka. Ja przyprowadzę świadków.
– Dobrze.
Starszy marszałek odszedł, a T’ia weszła do środka. Orgen stał przy ogromnym oknie, skupiony, nie patrzył na nią, choć słuchał.
– Witam, burmistrzu – rozpoczęła. Mężczyzna skinął tylko głową.
Na biurku piętrzyły się papiery, obok nich stał kubek – w środku niego był wywar. Słodki, mdły zapach uderzył ją od razu.
– Odradzam to pić – wskazała naczynie – Zwłaszcza tak młodej osobie.
– Wiem, co robią – odparł po chwili – Wydałem majątek na te zioła.
– Rozumiem oddanie miastu, ale skracanie życia to…
Spojrzał na nią, głos mu drżał.
– Mistrzyni, są rzeczy, za które warto płacić. Przez dziesięć lat patrzyłem, jak Ystergard niszczeje. Potem przez pięć mozolnie wycinałem ropnie, które się w nim rozwinęły. Oddanie części życia za utrzymanie pracy to mała cena. Nie oddam miasta potworowi.
– Proszę się uspokoić – powiedziała spokojnie.
Zbliżył się do biurka, dopijając wywar.
– Edward mówił mi o planach. To jest jego plan? Chce zawalić miasto. Miałem rację.
– To tylko spostrzeżenie. Stwór raczej nie ma takiej wiedzy.
– Nie ma. I chcę, by tak pozostało. Mistrzyni, chcę widzieć go martwego, nieważne, co ma w głowie.
T’ia zmrużyła oczy.
– Burmistrzu, czy sam przesłuchałeś ludzi?
Zamilkł, zaskoczony.
– Musiałem się upewnić, że nie kłamią i nie zmarnują czasu mistrzyni.
– Ilu zostało?
Odwrócił wzrok – Wszyscy, ale są bezużyteczni.
– Rozumiem – kobieta nie naciskała, sama chciała ocenić ich „użyteczność” – Mam jeszcze jedną prośbę.
Orgen mimo bezsenności, nie dałby się przekonać – Jeśli każesz mi wyjść, nie ma mowy.
– Nie – odparła spokojnie – Proszę jedynie, by burmistrz siedział w ciszy i słuchał. Jest pan młody, więc obca praca wydaje się oczywista. Samą wolę przesłuchać świadków.
Młody mężczyzna spojrzał na nią groźnie, milcząc. Twarz, choć chłopięca, w gniewie nabrała zdecydowania.
– Z tego, co wiem, pani także ma na sumieniu błędy… – przerwał, tłumiąc emocje.
Słowa trafiły ją mocno, lecz zachowała fason.
– Prawda. Pomyłki dotyczą i mnie, ale pana zachowanie przeszkodziło mi w pracy.
Zastanowił się, po chwili westchnął.
– Dobrze, wybacz mistrzyni. Ta sprawa źle na mnie wpływa – Usiadł w fotelu, splótł palce – W tej kwestii pani ma doświadczenie.
T’ia ukłoniła się, po czym ustawiła krzesło na środku pokoju.
– Zanim marszałek przyprowadzi świadków, chciałabym przeczytać pełny opis stworzenia, nie tylko pańskie notatki.
Orgen otworzył szufladę i podał jej kilka kartek. T’ia usiadła na ziemi, omijając znane już opisy wyglądu.
Badania nad stworzeniem
Z obserwacji wynika, że nie jest to przebranie – stawy u nóg poruszają się jak u kóz. Inne wytłumaczenie to magia, lecz uniwersytet nie potrafi jej zweryfikować.
Jeśli chodzi o szkodliwość, nie stwierdzono poważnych zagrożeń. Odnotowano jedynie kilka drobnych ataków na pijanych mieszkańców.
Wniosek: uniwersytet prosi o rozważenie, by nie zabijać stworzenia, gdyż może dostarczyć wiedzy.
T’ia odłożyła kartki i spojrzała na burmistrza. Ten siedział w milczeniu, czekając na świadków.
Pierwszy wszedł pijak. Zataczał się, cuchnął tanim winem.
– Skopał mnie… nazwał okropnym człowiekiem – bełkotał.
– To wszystko? – spytała chłodno T’ia.
Orgen machnął ręką – Wyprowadzić.
Potem praczka. Dłonie jej drżały, głos był ledwie szeptem.
– Patrzył na mnie… i się uśmiechał.
– Nic więcej? – zapytała T’ia.
Dziewczyna skinęła głową i uciekła wzrokiem.
Na końcu dzieci. Dziewczynka klasnęła w dłonie.
– Śpiewał i tańczył! – zawołała.
Chłopiec dodał poważnie: – Jest panem wszystkich rzeczy. Tak mówił.
Zapadła cisza. T’ia opuściła wzrok.
– Ech… daremny trud – mruknęła – Możecie iść.
Gdy wyszli, Orgen zacisnął pięści.
– To jakiś absurd!
Westchnęła – Podejdę do niego jak zwykle – oznajmiła T’ia, wstając – Ale prawda, że jest to coś nieznanego.
– Miło, że pani się ze mną zgadza.
– Nie zgadzam się. Dalej uważam, że przesłuchanie bez kwalifikacji było błędem – mówiła pewnie i wyniośle – Jednak fakt jest taki, że nie zaszkodzi mi to w pracy. Proszę powiedzieć marszałkowi, że wejdę od południa do kanału. Będę tam czekać.
– Rozumiem. Powodzenia.
Około północy
Wszyscy byli gotowi – mistrzyni i marszałek ze swoimi ludźmi. Grupa czekała na sygnał siwego wojskowego. Nagle Edward cicho zaśpiewał, tak cicho, że tylko T’ia mogła go usłyszeć:
– Północ, więc wybiła godzina próby. Próby ducha, próby serca. Prób tych wiele będzie, więc pamiętaj – walcz i żyj.
– Co to było? – spytała T’ia, spoglądając na niego.
– Początek ballady, którą ojciec śpiewał mi przed snem. Zawsze zaczynałem z nią bitwy. Dzięki niej przeżyłem.
– Starzec, a jednak w bajki wierzy – odparła z lekkim politowaniem.
– Te bajki ratują życie – warknął, nieco urażony.
– Być może – westchnęła niespodziewanie miękko.
– O co chodzi? – pytał zaintrygowany, widząc twarz kobiety.
– Przypomniałeś mi pewną osobę – rzuciła melancholijnie, lecz zaraz spoważniała i zapięła przeszywanicę – Ale to potem.
Rapier wysunął się z pochwy, jakby sam rwał się do walki. Dwa róże pięły się po jego głowni, lśniąc w blasku księżyca. T’ia zrobiła szybki młynek i ruszyła naprzód.
– Obyś wróciła, mistrzyni – rzucił jeszcze stary wojskowy.
Kiwnęła głową i zniknęła w czarnej wyrwie. Kanały Ystergardu były ciemne, cuchnące i ciche. Brodziła po kostki w wodzie, której zapach przypominał gnijące liście i stare mięso. Lampa rzucała nikłe światło, tonące w mroku. Rapier w dłoni drżał lekko – nie ze strachu, lecz z napięcia.
Nagle rozległ się śpiew, dziwnie czysty:
– Hej panienko, hej! Czy mnie znasz?
– Czym jesteś? – zawołała.
Odpowiedział chichot, potem głos przesadnie melodyjny:
– Pa’anem. Wielkim Pa’anem.
Z mroku wyłoniła się purpurowa płachta, zasłaniająca cały korytarz. Światło lampy odbijało się od niej słabo. T’ia już chciała ją zerwać, gdy nagle rozległ się donośny głos:
– Drodzy państwo, proszę siadać! Pa’an gra dla państwa!
Korytarz był pusty.
– Nie ma tu nikogo – zauważyła, a za płachtą rozbłysło światło.
Oczom kobiety ukazał się gigantyczny cień. Górował nad nią, sięgała mu ledwie do szyi. Dreszcz przeszył jej ciało. Poprawiła uścisk na rękojeści, gotowa do ataku.
– Radzę ci wyjść albo pokroję cię razem z tą szmatą – ostrzegła.
Cień drgnął i się cofnął. T’ia ruszyła naprzód, lecz stwór wyskoczył zza płachty, napierając na ostrze. Rapier przeciął ciało bez oporu, krew obryzgała jej twarz.
– Nie wolno uszkodzić… bardzo cenna – wyszeptał kozioł, a potem spojrzał na nią – Jak piękna…
Jego głowa opadła ciężko, oddech ustał. T’ia cofnęła się, zaskoczona. Truchło leżało bezwładnie – dlaczego miałby sam nabić się na broń? Zerknęła na purpurową płachtę.
– Dlaczego to broniłeś? – mruknęła.
Za plecami rozległ się głos:
– Kurtyna cenną jest. Pa’an lubi cenne rzeczy.
Stwór wstał, rozciągnął ramiona, tupnął kopytem. Rana zniknęła.
T’ia uniosła rapier – Zabiję cię.
– Spokojnie. Pa’an pokaże spektakl pięknej pani. Pa’an nie krzywdzi pięknych. Tylko brzydkich w środku – odparł kozioł.
– O czym ty mówisz?
– Pani nie jest brzydka. Jest piękna, bardzo, bardzo. Jeśli nie wierzysz, możesz odciąć Pa’anowi ręce albo nogi. Pa’an i tak pokaże spektakl.
T’ia skrzywiła się i rzuciła mu linę – Zwiąż się.
Zignorował ją – Księżyc pięknie dopełni spektakl.
– Masz się związać! – rozkazała, celując rapierem w jego głowę.
– Dobrze – odparł nonszalancko, wiążąc kończyny – Ale kurtynę Pa’an musi zabrać.
– Na litość, zabiję cię i tylko od ciebie zależy, czy… – przerwała, spostrzegając, że na końcu liny nie ma potwora – Co jest?!
– Da chwilę, tylko ściągnie kurtynę – rzekł, zdejmując tkaninę ze ściany – I Pa’an znów zawiąże linę.
– Dlaczego to dla ciebie takie ważne?
– Dlaczego? Kurtyna jest konieczna. Bez niej nie ma spektaklu dla pięknej pani.
Kobieta podeszła bliżej, trzymając rapier na wysokości głowy stworzenia. Gotowa była wbić ostrze w jego oczodół, lecz wiedząc już o jego niezwykłej odporności, rozmyślała, gdzie pchnięcie mogłoby być naprawdę śmiertelne.
– Zrób to jeszcze raz, a stracisz głowę – ostrzegła.
– Pa’an może stracić wszystko, lecz się nie boi – odparł pewnie.
– Jesteś strasznie wyszczekany jak na podróbkę fauna – w głosie Tii brzmiała irytacja.
Słowa te dotknęły go bardziej niż ostrze.
– Wielki Pa’an, faunem!? Podróbką fauna!? – ryknął, tupiąc kopytami tak mocno, że podłoga pękła – Dobrze więc! W takim razie pani jest podróbką szermierza, nie, lepiej – podróbką mistrza!
T’ia nie czekała. Rapier wbił się prosto w jego oko. Czerwona jucha obryzgała jej ubranie, a stwór stał z ostrzem w oczodole, patrząc, jak obraca je w jego czaszce.
– Czujesz? Wydłubię ci oko, a potem język – uśmiechnęła się chłodno – Jestem ciekawa, co kryje twoje wnętrze.
Mimo rany kozioł wybuchł rechotem, podskakiwał i klaskał, jakby tańczył. T’ia wyciągnęła rapier, lecz jego oko wyglądało na nienaruszone.
– Jak to możliwe? – szepnęła, cofając się. Dopiero teraz dostrzegła, że podłoga wokół kopyt stwora była rozbita, jakby spadł na nią głaz.
Kozioł uspokoił się i przemówił poważnie, niemal ludzkim tonem:
– Proszę, piękna pani mogłaby okazać trochę szacunku Pa’anowi, a Pa’an w zamian okaże szacunek pięknej mistrzyni. Tak, bo tak piękna kobieta musi być mistrzynią.
T’ia zmarszczyła brwi.
– Wiesz, kim jestem?
– Tak. Pa’an zna mistrzów i zna ich zadania. Dlatego radzi: idźmy już, noc jest krótka, a Pa’an nie ucieka.
– Dobrze, idziemy – rozkazała, choć w środku czuła przerażenie.
Wyszli z kanałów. Przy wejściu czekał marszałek ze strażnikami. Wszyscy wpatrywali się w stwora prowadzonego na linie jak więźnia. Edward nie krył zdumienia.
– A niech mnie – wymamrotał.
– Widać, Pa’an istnieje – odparła T’ia.
Stwór podskoczył i zaczął śpiewać. Żołnierze w panice skierowali włócznie wprost na niego, a i na kobietę.
– Spokój! – warknął marszałek.
– Bać się Pa’ana nie wypada! – drwił kozioł.
– Zamknij się! – wrzasnęła T’ia, zachowując zimną twarz – Gdzie mogę go zabrać?
– Zabrać? – marszałek był zaskoczony – Nie lepiej zasiec to bydlę, póki związane?
– Nie da się. Każda rana się regeneruje – odparła stanowczo.
– Pa’ana chcieli zabić mieczem, nabić na pal, spalić do cna – rechotał stwór – Na próżno.
– Więc co robić? – spytał marszałek.
– Muszę go przebadać. Potrzebuję cichego, bezludnego miejsca – oznajmiła T’ia.
Starzec zamyślił się, po chwili rzekł:
– Pod murami jest stara tawerna, tuż przy południowej bramie.
– Doskonale… – zaczęła T’ia, lecz przerwał jej stwór.
– A więzienie? Pa’an przecież schwytany – powiedział, pokazując spętane ręce.
– Wydajesz się zbyt bystry, by dać się złapać tak łatwo – marszałek zmierzył go wzrokiem – Już wcześniej miałem wrażenie, że czegoś chcesz. Teraz wiem, co. Poza tym jesteś paskudny, nawet jak na loch.
Kozioł machnął głową i rzucił tylko jedno słowo:
– Parszywiec.
Pytanie od autora: Czy ta część jest lepsza od poprzedniej?
Komentarze (2)
*są błędy, ale nie chce mi się bawić w korektę. Często ciężko zauważyć własne błędy, ale to też kwestia wprawy i nauki i z czasem pisze się coraz poprawniej... Także ten - po prostu polecam siedzieć długo nad tekstami, czytać po kilka razy, sprawdzać przecinki, słowa w słownikach etc.
Odpowiadając na pytanie autora: no nie wiem. Może trochę lepsze? Tak czy owak nie ma sensu powtarzać tego, co napisałem pod pierwszą częścią.
Napisz komentarz
Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania