Kozioł cz.1

Ystergard nigdy nie był miastem z problemami, przynajmniej patrząc z perspektywy innych, bardziej prowincjonalnych miast. Leży ono niemalże w centrum kraju, z dala od hulaszczych band grasujących na rubieżach, a dzięki obecności uniwersytetu Ferarry, który jest największym i najlepiej zaopatrzonym uniwersytetem w kraju, miasto wydaje się odporne na choroby i zarazy.

 

Jednak tak naprawdę Ystergard jest miastem, jak każde inne. Choć posiada imponujący ośrodek naukowy, to wciąż miasto, które nie jest odporne na dziwne wydarzenia, które spotykają nasz mały świat.

 

Rok 1528, Ystergard

– Ciekawe – mruknęła kobieta, odrywając wzrok od niewielkiej książki i kierując spojrzenie ku uczelni – Faktycznie, całkiem okazały.

 

Podziwiała zdobienia wież, a potem skupiła się na monumentalnej bryle budynku. Usiadła na murku naprzeciw wejścia, obserwując tłum przelewający się ulicą między nią a uniwersytetem.

Rozpuściła kasztanowe włosy. Jej ciemna cera i oliwkowe oczy zdradzały obce pochodzenie.

– Ależ gorąco – westchnęła, odkładając niewielki tobołek i rozpinając jasnopomarańczową przeszywanicę, zapinaną z przodu. Ten rodzaj ochronnego odzienia, znany w dalekich krajach jako arming doublet, skrywał zwykłą koszulę i spodnie z nagolennikami. Uwolniona od kaftanu, wystawiła twarz ku czerwcowemu słońcu, podczas gdy żacy spoglądali na nią jak na żywą boginię.

 

Po chwili leniwego opalania jej spojrzenie zaczęło błądzić po okolicy. Strzeliste wieże i ogrom gmachu przestały robić wrażenie – wyraźnie czegoś szukała.

– Gdzie to było? – szepnęła do siebie, wstając z murku.

 

Jeszcze przez moment rozglądała się, po czym ruszyła przed siebie. Obcasy jej wysokich butów rytmicznie uderzały o bruk. Przeszła ulicą kupiecką i dotarła na rynek. Zatrzymała się naprzeciw ratusza, badając wzrokiem jego fasadę, jakby oceniała proporcje budowli. Wznosił się w centrum placu – czerwone cegły i wielkie okno górowały nad przestrzenią.

– Wyremontowali go – zauważyła, poprawiając pas, na którym wisiał rapier, i podeszła do wejścia.

 

Przy dębowych drzwiach stali dwaj strażnicy: młody i starszy, o twarzy pooranej zmęczeniem.

– Ratusz otwarty? – zapytała spokojnie, lecz z nutą wyzwania.

Starszy zmrużył oczy – W jakiej sprawie?

– W sprawie potwora.

 

Młodszy drgnął, starszy spojrzał uważniej.

– Skąd ta pewność?

– Bo mistrzowie nie podróżują dla zabawy – odparła – A wy, jak zwykle, czekacie, aż ktoś rzuci wam łeb bestii pod nogi.

 

Jej głos był donośny, lecz nie krzykliwy. Kilka osób przystanęło, potem kolejne. Tłum gęstniał.

– Potwór? – spytała kobieta przy straganie – Czy coś zagraża miastu?

– Jeszcze nie – odpowiedziała kobieta, nie odwracając się – Ale to tylko kwestia czasu.

Starszy strażnik warknął: – Szeregowy, do burmistrza. Natychmiast.

Młody wbiegł do środka. Ona pozostała na miejscu.

– Kiedyś nie chcieliście mnie wpuścić – powiedziała cicho – Musiałam przynieść wam dowód.

– Dowód?

– Łeb wiwerny.

Strażnik zamilkł. Tłum szeptał. Wreszcie drzwi się otworzyły.

– Burmistrz każe ją wpuścić. Tłum rozgonić.

T’ia odwróciła się do ludzi.

– Za murami kryje się coś, czego nie rozumiecie. Dla dobra waszego i waszych dzieci – zostańcie w mieście.

– Kim jesteś? – padło z tłumu.

– Mistrzyni świątyni Or’dosa.

Rapier błysnął, wysunięty na cal – wąski jak igła, zdobiony niczym dzieło sztuki. W cesarstwie była to broń nowa, rzadko spotykana. Ostrze wsunęło się z powrotem do pochwy.

– Nie zadawajcie zbędnych pytań – zakończyła.

 

Ludzie zaczęli się rozchodzić. Zadowolona, weszła do ratusza, a ciężkie drzwi zatrzasnęły się za nią.

– Całkiem ładnie – mruknęła, podziwiając misterną snycerkę.

Wtem pojawił się wysoki, siwy mężczyzna w czerwonym mentyku. Strażnik zasalutował, on skinął głową, a żołnierz opuścił budynek. Urzędnik zwrócił się ku kobiecie.

– Witam, Edward Mir – przedstawił się, lekko się kłaniając – Marszałek chorągwi „Richt”, odpowiedzialny za ochronę ratusza.

– T’ia Trem, mistrzyni – odparła bez ceremonii.

– Rzadko widuje się mistrzów, a mistrzynie jeszcze rzadziej – zauważył, spoglądając na jej nietypowy miecz.

– Zawód trudny, przeżywalność niska. Nic dziwnego, że jesteśmy rzadkością.

– Rozsądne wyjaśnienie – przyznał marszałek – Proszę za mną, mistrzyni Ti’ano.

– Wystarczy T’ia – poprawiła.

 

Marszałek nie zwrócił uwagi na jej preferencję. Ruszył pierwszy, prowadząc ją do niewielkiej salki. Szli w milczeniu. Przy drzwiach zapukał i otworzył je. Kobieta weszła, a drzwi zamknęły się za nią.

Gabinet był skromny, lecz zadbany. Światło z okna oświetlało regał, biurko i sylwetkę mężczyzny. Choć miał posturę młodzieńca, splecione za plecami dłonie zdradzały napięcie.

– Witam, burmistrzu – odezwała się bez czekania na zaproszenie.

 

Mężczyzna przez chwilę obserwował plac, jakby szukał odpowiedzi w tłumie.

– Mistrzyni? – zapytał w końcu, głosem twardym, lecz młodzieńczym.

 

T’ia westchnęła. Nie pierwszy raz słyszała to pytanie.

– Jeśli chce pan sprawdzić moje umiejętności, proszę wyznaczyć przeciwnika albo zadać konkretne pytanie. Wolałabym jednak przejść do sprawy, dla której tu jestem.

– Sprawy, której jeszcze nie ogłosiłem – odparł, odwracając się. Jego twarz była młoda, niemal chłopięca, z błękitnymi oczami i złotymi włosami. Ubrany jak kupiec – bez insygniów, bez przepychu. Zwyczajny, lecz spojrzenie miał przenikliwe.

Na moment jej twarz zdradziła zaskoczenie.

– Nie trzeba ogłaszać, by miasto mówiło. Strażnicy, patrole, napięcie. Szykujecie się na polowanie.

 

Orgen przyjrzał się jej uważnie i skinął głową.

– W ramach formalności: kiedy ukończyłaś szkolenie?

– Wiosną tysiąc czterysta pięćdziesiątego ósmego. Uczył mnie Mistrz Marenwar. Sześć lat nauki.

– Krótko jak na długowiecznych.

– Wystarczająco. Pod koniec przyznał, że byłam najlepszym adeptem, jakiego kiedykolwiek szkolił.

Orgen nie skomentował. Usiadł za biurkiem i wskazał jej krzesło. T’ia usiadła pewnie.

– Za ubicie go liczę sto ceserów – oznajmiła.

– Uczciwa cena. Przyjmuję. Ale mam coś jeszcze – sięgnął po skórzany notatnik, przekartkował i zatrzymał się – Posłuchaj: „Koza o posturze człowieka. Dwie nogi, dwie ręce, długie rogi. Nie przebranie. Prawdziwe.”

 

T’ia uniosła brew.

– Faun. Leśny stworek. Mały, niegroźny. Od wieków się ich nie widuje.

Orgen zatrzasnął notatnik i spojrzał na nią przenikliwie.

– Ten ma dwa metry.

Zamilkła. Spojrzała na zamknięty notes, potem na urzędnika.

– To niemożliwe. Fauny nie rosną…

– A jednak. Nawet uczeni z uniwersytetu nie wiedzą, czym to jest.

– Na co poluje? Czym się żywi? – zapytała, wyraźnie zaintrygowana.

– Na nic. Żre resztki. Ale… – zawahał się – mam wrażenie, że coś planuje.

T’ia zmrużyła oczy.

– Ludzie lubią nadawać „potworom” ludzkie cechy. To tylko zwierzę. Może podobne do nas, ale wciąż zwierzę.

Orgen zmieszał się – Może – mruknął, marszcząc brwi – ale siedzi pod miastem jak król. Od miesiąca każę ludziom nie wychodzić po zmroku. Nie chcę sprawdzać, co zrobi, gdy przestanie być „niegroźne”.

– Rozumiem. Gdzie go widziano?

– Wczoraj posłaniec widział, jak wchodzi do kanałów. Tydzień temu – praczka, przy wejściu w krzakach.

– Tam ma legowisko.

– Ale kanały to labirynt. Nie radzę tam walczyć.

– Przecenia pan zwierzęta, burmistrzu.

– Proszę, docenić przeciwnika. Najgorsze, co można zrobić, to go zlekceważyć. Tak mawia Edward.

– Dobrze. Potrzebuję poznać teren i przesłuchać świadków.

– Plany kanałów znajdziesz w uniwersyteckiej bibliotece. Marszałek cię zaprowadzi. A świadkowie…

– Niech strażnicy przyprowadzą ich tutaj – przerwała – Łatwiej zebrać informacje w jednym miejscu.

– Rozumiem. Jeśli mogę zasugerować… chciałbym, by rozmowy odbywały się w ratuszu.

– Jeśli tak pan wola – zgodziła się bez sprzeciwu.

 

Orgen znów otworzył notes.

– Jeszcze jedno. Imię. Pełne.

– T’iana Trem. Coś się stało?

– Porządek w papierach. To wszystko. Burmistrz powinien świecić przykładem.

Skinęła głową. Gdy wychodziła, oboje westchnęli – każde z innego powodu.

 

Na korytarzu czekał marszałek. Siedział w cieniu, z nogą założoną na nogę, pochylony nad książką. Czerwony mentyk opinał jego szczupłą sylwetkę, a srebrne włosy lśniły w świetle dnia. Gdy T’ia wyszła z gabinetu, uniósł wzrok znad kartek.

– „Armand”? – rzuciła z lekkim uśmiechem – Klasyka.

– Romanse mają swoją moc – odparł, zatrzaskując tom – choć dla mnie to tylko sposób na zabicie czasu.

T’ia skinęła głową ze zrozumieniem.

– Potrzebuję planów miasta.

Edward wstał z zaskakującą sprawnością.

– Oczywiście, przygotuję je.

– Szybko się pan zebrał – zauważyła z ukosa – Rzadko spotyka się tak żwawych starców.

– Orgen to mój przyjaciel. Robię to, czego oczekuje. Taki los żołnierza – żyjemy, by słuchać rozkazów.

Ruszyli korytarzem ku wyjściu. T’ia przez chwilę obserwowała jego krok – równy, pewny, bez zawahania.

– Czy mistrzyni chce o coś jeszcze zapytać? – odezwał się Edward, czując jej spojrzenie.

– Poza planami, potrzebuję świadków, by mieć pełen obraz.

– Zakładam, że Orgen już posłał po nich ludzi – odparł dość pewnie mężczyzna – Jutro wszyscy będą do pani dyspozycji.

– Skąd ta pewność? – zapytała zaskoczona.

 

A ten lekko się uśmiechnął.

– „Sztuka wojny opiera się na znajomości przeciwników i sojuszników” – zacytował – Traktat o wojnie. Zna go mistrzyni?

– Znam. Ale nie sądziłam, że uznaje pan Orgena za przeciwnika.

– Nie, jest sojusznikiem. Zdolny, lecz zbyt ufny – to jego wada.

– Odważnie punktować błędy przełożonego – zauważyła T’ia.

– Znam go od piętnastego roku życia. Od tamtej pory polega na moich radach. Nie skrzywdziłby mnie, nawet gdybym narzekał na niego publicznie. A poza tym… – spojrzał na nią wyniosłym, niepokojącym wzrokiem – wiem, że jest człowiekiem honoru.

– To dobrze. Widać, że dba o miasto. Dawniej było… – zawahała się.

– Zaniedbane i skorumpowane – przerwał jej – Doceniam próbę eufemizmu, ale prawda jest prosta. Ystergard był chory. Keserr zaraził to miejsce plagą, którą musieliśmy wyciąć.

– Co się z nim stało?

– Spotkała go słuszna kara. Ścięliśmy go.

Po tych słowach oboje zamilkli. Wyszli z ratusza i po kilku minutach znaleźli się pod murami uniwersytetu.

 

Dwie godziny później

Biblioteka pachniała kurzem i starym pergaminem; wysokie regały wspinały się aż pod sklepienie, a witraże rozlewały na posadzkę kolorowe światło. T’ia zatrzymała się w progu, wciągając głęboko powietrze.

– Wcześniej wyglądało gorzej – mruknęła.

– Wtedy wszystko tak wyglądało – odparł Edward, prowadząc ją między regałami – Teraz przynajmniej nie obawiamy się, że bibliotekarz nas okradnie.

Zatrzymali się przy dużym stole. Marszałek zniknął na chwilę między półkami, pozostawiając kobietę samą w ogromie budynku. Ta, dbałością zaczęła oglądać i ocenia architekturę jaką miała nad głową.

– Styl Arnejski – zauważyła, spoglądając na strop z półobręczy i charakterystyczne balkony.

– Nie wiedziałem, że mistrzyni zna się na budownictwie – rzekł wracający Edward.

– To moja główna dziedzina. Polowanie na potwory, to dodatkowa praca, bo kiepsko z nią płacą – odparła pewnie – Projektowanie jest mi znacznie bliższe. Dlatego uważam, że wasz ratusz jest paskudny.

Edward uśmiechnął się na tę uszczypliwość – Zapamiętam – rzucił, rozkładając na stole mapę kanałów.

– No proszę – powiedziała T’ia po chwili studiowania – Zbyt rozległe, za mało ślepych zaułków, za dużo rozwidleń.

– Ale tu – wskazał palcem – mamy idealne miejsce do walki. Obszerna sala, dobre pole manewru, tylko dwa wejścia.

– Co znajduje się nad nią?

– Południowe skrzydło ratusza. A tu – przesunął palec – ulica kupiecka.

T’ia zmarszczyła brwi.

– Z którego roku są te mapy?

– Trudno powiedzieć. Może 1110, może 1113.

– Nietypowy układ. Nie przypomina klasycznych kanałów – przejechała palcem po liniach – To wygląda bardziej jak podziemna twierdza.

– Ystergard ma osiem wieków. Może to pozostałość po czymś starszym.

– Proszę spojrzeć – wskazała kilka punktów – Ilość otworów wentylacyjnych i dostępów do powierzchni jest nienaturalna. To nie tylko system odpływowy. To coś więcej.

– Nie będę się kłócił z kimś, kto jest ode mnie starszy – uśmiechnął się Edward.

– Długowieczność ma swoje zalety. A tutaj? – wskazała kolejne miejsce.

– Uniwersytet. Stoi na czterech głównych kolumnach.

– A ratusz?

– Na pięciu. O, tutaj.

– Coś mi tu nie pasuje – powiedziała cicho – Potrzebujemy planów całego miasta.

Edward wrócił z naręczem ksiąg i papirusów.

– Chodziło mi tylko o jedną – zaśmiała się T’ia.

– Dwie trzecie życia tu spędziłem. Nie mogłem się powstrzymać.

– Jesteś bardziej rozmowny niż przy powitaniu – zauważyła, biorąc plany do ręki.

– Marszałkowi nie wypada rozmawiać z obcymi w obecności przełożonych. Lakoniczność buduje wizerunek. A wizerunek to połowa władzy.

– A druga połowa? – spytała z ciekawością.

– Umiejętność słuchania.

– Dobrze więc, bierzmy się do pracy.

Zamilkli, pochłonięci mapami. Po półtorej godziny T’ia uniosła głowę.

– Spójrz. Główne ściany i filary biegną pod ratuszem, uniwersytetem i kilkoma świątyniami.

Edward zamarł.

– A niech mnie…

– Jeśli to coś ma choć odrobinę siły, może zniszczyć jedną z kolumn. Albo ścianę nośną.

– Wtedy pół miasta runie.

W bibliotece zrobiło się nagle chłodniej.

– Musimy go wywabić – powiedziała T’ia – Ale z zewnątrz się nie da. Trzeba wejść do środka.

– Ja ze strażnikami obstawię wejścia. Choć tyle mogę zrobić. W ciasnych przesmykach więcej ludzi to więcej przeszkód.

T’ia pokiwała głową i wskazała miejsce na mapie.

– Najlepiej wejść o północy. Mało postronnych, mało problemów.

– Mistrzyni, sama chce tam wejść?

– Sam pan powiedział – oddział zbrojnych będzie przeszkadzał. A ja potrafię walczyć w takich miejscach.

– Którym wejściem?

– Zdecyduję po rozmowach ze świadkami – odparła, spoglądając na marszałka, którego twarz zdobił lekki uśmiech.

– Czyli Orgen przekonał nawet panią, że to coś stanowi zagrożenie?

– Wolę ograniczyć straty. Nie chcę mieć pana na sumieniu.

– Mistrzyni martwi się o starca? – uśmiechnął się.

– Jesteś zbyt miły, by zginąć – odparła, odchodząc.

Następne częściKozioł cz.2

Średnia ocena: 5.0  Głosów: 2

Zaloguj się, aby ocenić

Komentarze (2)

  • zsrrknight 2 miesiące temu
    "Sir Tristan" - wiesz co robię, gdy widzę takie wskaźniki tego, kto jest bohaterem/narratorem danej sekcji? Przewracam oczyma! Jest to całkiem zbytyczne - tożsamość narratora powinna wynikać zawsze z tekstu, a nie notki odautorskiej! (Dobra, po przeczytaniu to już nawet nie wiem, co to jest ten "Sir Tristan...")
    "od przeszywanicą kryła się zwykła koszula i spodnie z nagolennikami." - tu ucięło literkę
    "– Skąd ta pewność?" - czemu takie wyrażenie? Jak to się ma do reszty dialogu? Aż musiałem się chwilę zatrzymać, bo już myślałem, że coś pominąłem...
    "za ochronę ratuszu." - ratusza
    "jest widzieć mistrza, a tym bardziej mistrzyni." - mistrzynię
    "Wystarczy Tia – odparła, preferując skróconą wersję swojego imienia." - łopatologia. Można się domyśleć, że woli krótszą wersję, skoro poprawia innych
    "Szli w milczeniu – żadne z nich nie próbowało rozpocząć zbędnej konwersacji." - jak wyżej
    "Wraz jej twarz, na sekundę się zmienił. Wydawała się zaskoczona, a trwało to tylko sekundę." - tu coś się popsuło. I dwa razy sekunda.
    "Wiosną, 1458," - w prozie liczby z reguły zapisujemy słownie
    *Gdzieś tak w środku tekstu masz pełno nadprogramowych przecinków. I pilnuj też końcówek czasowników - ą i ę.

    No cóż, taka tam klasyka polowania na potwora a la Wiedźmin. Schemat wytarty i przemielony, więc żeby zainteresować czytelnika trzeba dodać coś niestandardowego albo chociaż wykorzystywać w jakiś świeży sposób klisze. A tu za bardzo takich elementów nie ma - nawet nie dzieje się za dużo. Chyba jedyny w miarę interesujący element to fakt, że bohaterka prócz potworopolowania zajmuje się jescze architekturą... A jeśli wprawka to oczywiście jest tu stosunkowo dużo różnorakich błędów, a i technicznie nie ma tu niż ciekawego - więc chyba lepiej się wprawiać, próbując ciekawszych rozwiązań. No i żeby nie było - ja też takie tegesy pisywałem, ale raczej z większą świadomością schematyczności, więc zawsze starałem się coś tam nowego dorzucić do tej smutnej fantastycznej zupy
  • Aleksander Zaraza 2 miesiące temu
    Doceniam skrupulatność, postaram się popracować i poprawić błędy. Cześć 2 (mam już gotową i( zdaje mi się lepsza, choć jako autor mam skrzywiony pogląd na sprawę. Mam nadziej, że uda mi się choć trochę uratować, tę sztampę. Wiem, że po takiej ilości błędów, prośba o rzucenie, chociaż okiem jest dość nietaktowna, ale proszę.

Napisz komentarz

Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania