Poprzednie częściKozioł cz.1

Kozioł cz.3

Marszałek wszedł do biblioteki — ta była niemal pusta. Paliły się świece, a świat za murami zdawał się kłaść do snu. Nieco inaczej niż siedząca w rogu mistrzyni, która gorliwie wczytywała się w starą księgę.

– Może magia nie jest mistrzom dana, ale wasza wytrwałość jest zaprawdę zdumiewająca – odezwał się mężczyzna, podchodząc do niej.

– Tak – mruknęła zamyślona.

– Co mistrzyni czyta? – zapytał, siadając naprzeciw niej i mimochodem rozpoznając grymuar. – „O rzeczach wielkich, poza ludzką miarę”, mistrz Warrius.

– Tak – odparła krótko, a w tym samym momencie Edward na nią spojrzał.

– Mistrzyni, czy mogę zająć chwilę?

 

Kobieta wzięła wdech.

– Jestem mistrzynią…

– Nie, nie o to chciałem zapytać, bo bez wątpienia jesteś. Moje pytanie dotyczy stwora. To nie jest faun, mam rację?

– Nie jest… Fauny nie istnieją. To mity, legendy… a ten stwór – westchnęła – jest jak najbardziej prawdziwy.

Oboje na chwilę zamilkli. Kobieta skupiła się na literach, a marszałek na rozmyślaniu.

– Orgen mówił mi, że mistrzyni podczas opisywania stwora…

T’iana rzuciła mu krótkie spojrzenie.

– Myślałam, że ktoś przebrał kota za fauna, przyciął uszy, ogon i przymocował parę rogów. Dla ludzi byłby to potwór.

– Czy mistrzyni miała już tak kiedyś?

– Ja nie, ale mój mistrz opowiadał mi, jak pewien Stygryjczyk przymocował jaszczurce nietoperze skrzydła tak starannie, że z ruchem przednich łap gada te imitowały ich ruch. Stygryjczyk ponoć lubił zapraszać ludzi i pokazywać im tego niby-smoka.

– Ciekawa historia – zaśmiał się.

– Gdy słuchałam świadków i burmistrza, zakładałam, że ktoś nieudolnie przebiera się za kozę.

 

Edward zmarszczył brwi.

– W głosie mistrzyni słyszę zwątpienie.

– Potwory nie istnieją. To po prostu zwierzęta, którym ludzie przypisują magię — ta również nie istnieje. Każdy „potwór” ma serce, mózg, organy, czuje ból i walczy o przetrwanie.

– Rozumiem, mistrzyni nie wie, czym to coś jest. Pokiwała głową.

– Nie, ale dowiem się.

– Orgen zapłacił mistrzyni. Miałaś go tylko schwytać, więc…

– Mistrzowie powstali po to, by tłumaczyć takie przypadki.

– Nie wątpię… – starzec spojrzał na grymuar.

– Czytałem tę księgę. Nic mistrzyni nie powie, zresztą jak większość „magicznych” ksiąg.

 

Westchnęła i wstała.

– Wiem o tym. Wiem…

– Mistrzyni chce iść do kozła?

– Tak.

– Burmistrz już tam czeka i próbuje go złamać. Co mistrzyni powie na spacer? Może dane nam będzie postąpić choćby krok w tej sprawie.

– To dobry pomysł – rzuciła mimowolnie.

 

Oboje wyszli z biblioteki w obstawie kilku gwardzistów z niebieskiej chorągwi.

– Edwardzie, też testowałeś na nim kilka sposobów…

– Moje metody były widowiskowe, ale już mówiłem mistrzyni – są przeznaczone dla ludzi.

– Wiem. Może zauważyłeś jakiś szczegół?

 

Mężczyzna zamyślił się.

– Spalenie go nic nie dało, uduszenie również. Metoda Aretatta też.

– Przy tej ostatniej nawet mistrz nie byłby w stanie pozostać przy zdrowych zmysłach.

– Nieustanna obserwacja podejrzanego doprowadza go do obłędu, ale kozioł najwyraźniej nie czuje związku z ludźmi nawet na tym polu.

– Ćwiartowanie i rozerwanie też nie podziałało – stwierdziła.

– Kozioł powstrzymał cztery woły, a mięśnie ma tak twarde, że uderzenie halabardą wybiło jej ostrze. Tylko broń mistrzyni była w stanie je przebić – wskazał na schowany w pochwie rapier.

– Szkoda, że się złamał, a żaden z kowali w mieście nie chciał podjąć się próby przekucia go.

– Wszak to mistrzowska stal. Nic dziwnego, że nie ma wielu śmiałków do naprawienia takiego dzieła.

– Stal jak stal. To zwykłe narzędzie.

– Mistrzyni chce iść do potwora bez broni?

– Twoja gwardia jest uzbrojona, zresztą ty podobnie – wskazała na miecz przy jego boku.

 

Ten tylko parsknął.

– Jak na złość, zmęczona ręka musi bronić młodej i sprawnej kobiety.

– Najwyraźniej – uśmiechnęła się niewyraźnie.

 

Oboje jeszcze chwilę rozmawiali, gdy znaleźli się pod tawerną. Zobaczyli burmistrza. Ten czekał, a za jego plecami słychać było radosne śpiewy stworzenia.

– Orgenie – odezwał się marszałek.

– Może zalejemy go wodą i utopić? – zapytał młodszy z mężczyzn, nawet nie patrząc na przybyłych.

– Raczej nie będzie to stanowić dla niego problemu, bo ani się nie udusi, ani nie zmęczy w dostatecznym czasie.

– To jakaś kpina – powiedział, zasłaniając twarz i dostrzegając kobietę.

– I co, mistrzyni, miałem rację. To skurwysyństwo, to demon! Myśli i drwi ze mnie, z miasta, nawet z mistrzowskiego autorytetu. Znowu spróbujmy go poćwiartować albo ściąć, tylko tym razem każę wezwać najlepszego kata i…

 

Mistrzyni i marszałek patrzyli na twarz burmistrza. Nawet w świetle lamp jego wzrok był zmęczony i rozbiegany, szukający rozwiązania. Młoda twarz była niemal starczym obrazem, przy którym physis marszałka zdawała się zdrowa.

– Orgenie… – przerwał Edward, gestem wzywając do siebie parę żołnierzy.

– Burmistrzu, wróć do domu. Jestem pewien, że z mistrzynią zdołamy uradzić ten „problem”.

– Mistrzyni – szepnął, po czym spojrzał na kobietę. – Niech pani pośle po innych mistrzów. Takich, co nieraz pokonywali bestie.

 

T’iana patrzyła na niego z mieszanką zdziwienia i smutku.

– Na razie spróbuję sama się tego podjąć.

 

Burmistrz jedynie coś niezrozumiale burknął i odszedł w asyście dwóch gwardzistów. Edward i T’iana weszli do środka, pozostawiając eskortę na zewnątrz.

Tawerna była dużym budynkiem o kamiennych ścianach i drewnianym suficie krytym słomą. Wnętrze było opustoszałe, stoły powywracane, a lada pokryta pajęczyną. Drugie piętro było w jeszcze gorszym stanie, lecz dostęp do niego blokowały zapadnięte schody.

– Mistrzyni, mogę o coś spytać? – zwrócił się marszałek.

– Nie napiszę do nikogo.

– Bo nie ma takich mistrzów, czy też mistrzyni sama nie jest skłonna?

– Znam tylko kilku mistrzów, którzy mogliby być zainteresowani kozłem – usiadła na jednym z krzeseł.

– Mistrz Gavlin uwielbia takie mity i potwory.

– Słyszałem o nim, gdy przejeżdżałem przez Murbor. Z wielkim szacunkiem jest wspominany przez lokalny ludzi.

– Po prawdzie, marszałku… Gavlin, choć jest mi niemal rówieśnikiem… – przerwał, w połowie.

– Mistrzyni nie darzy go szacunkiem?

– Nie tyle szacunkiem, co wiarą. Jest zwolennikiem istnienia rzeczy niewytłumaczalnych.

 

Na te słowa, marszałek podrapał się po brodzie.

– W takim razie kozioł chyba spełnia ten wymóg.

 

Kobieta nic nie powiedziała, lecz jej twarz ozdobił grymas – oblicze piękne, lecz obrzydzone wizją pomocy mistrza ekscentryka.

– W takim razie może ktoś, kto doświadczeniem góruje nad mistrzynią?

 

Pomyślała chwilę. – Mistrz Ethar bez wątpienia mógłby tu pomóc. Jednak wyruszył do Stygrii…

 

Marszałek gwałtownie wypuścił powietrze.

– Zdecydowanie zbyt daleko, by mógł nam pomóc.

 

Oboje siedzieli, gdy nagle zdali sobie sprawę, że głos stworzenia zamilkł. Wstali i zeszli niżej. Stwór był przykuty metalowymi łańcuchami, w towarzystwie beczek oraz przebiegających tu i ówdzie szczurów. Kozioł wciąż się uśmiechał, szczerząc zęby.

– Spokojnie, Pa’an jak siedział w niewoli, tak siedzi.

– Czemu przestałeś śpiewać? – zapytała mistrzyni.

– Śpiew Pa’ana aż tak mistrzynię koi? Jakże…

Przerwał mu marszałek. – Zamknij się.

 

Kozioł spoważniał, tracąc radosny ton.

– Nie rozkazuj mi, gdy rozmawiam z mistrzynią.

 

Kobieta weszła między starca, a stwora.

– Spokojnie – zwróciła się do tego drugiego. – Odpowiesz na moje pytanie?

– Dlaczego Pa’an przestał śpiewać? To proste – wsłuchiwał się w miły, kobiecy głos. Piękny nie przez barwę, lecz przez emocję. Czystość ducha…

 

T’iana zasłoniła twarz, jakby zrozpaczona odpowiedzią. Po chwili jednak odsłoniła ją, odkrywając przed potworem uśmiech.

– Mówiłeś, że oglądałeś piękno, tak? Czy jeśli z tobą zostanę, odpowiesz mi na wszystko, o co poproszę?

Potwór aż tupnął.

– Tak! Jakże mógłbym odmówić? Odmowa byłaby wzgardą dla imienia Pa’ana!

– Mistrzyni, chyba żartuje – wtrącił się marszałek, a w tym momencie kozioł zerwał się z kajdan.

 

Metal rozkruszył się, jakby był ze szkła, a kopyta zostawiały głębokie ślady w kamiennej podłodze. Starzec dobył broni, mistrzyni odskoczyła, a stwór niestrudzenie zbliżał się do niego.

– Zważaj na język, jestem od ciebie starszy – powiedział, po czym chwycił ostrze wojskowego, zostawiając na nim ślady paców.

– Puść – rozkazał mu Edward, a kozioł delikatnie się odstąpił, zwracając głowę ku mistrzyni.

– Wybaczy Pa’anu mistrzyni, ale… – spojrzał marszałkowi w oczy – na nieuprzejmość, tak się reaguje.

– Edwardzie. Proszę, wyjdź i zabierz swoich ludzi.

– Nie mogę się na to zgodzić! Jest pani…

– Jeśli coś mi się stanie, macie jeszcze dwóch lepszych mistrzów, do których należy wysłać list.

 

Kozioł przyklęknął na jedno kolano.

– Pa’an, jako tu stoi, przyrzeka, że mistrzyni żadna krzywda w jego obecności nie grozi.

 

Wojskowy wycofał się, choć niechętnie. Następnie wrócił na górę i słychać było, jak wojskowi się oddalają. T’iana usiadła na schodach, wpatrując się w stwora. Ten usiadł naprzeciw niej.

– Dlaczego tak wyglądasz? – zaczęła, po chwili dodając: – Wiem, że jesteś Pa’anem. Chodzi mi o to, dlaczego twoja głowa wygląda jak głowa kozy?

 

Patrzył na nią pytająco. – Kozy? To twarz Pa’ana. Z taką się… narodził.

– Dobrze, więc gdzie się „narodziłeś”?

– W ogrodzie, wśród drzew – powiedział, a kobieta spokojnie kiwała głową. – W ciszy, gdy nie było niczego

– Brzmi jak opis bóstwa.

– Pa’an szczerze kocha ludzi, oni zaś mówią o nim jako o bogu natury.

– Więc jesteś bogiem? – przewrócił oczami – Pewnie tak, z taką mocą nie możesz być naturalnym stworzeniem.

– Naturalnym? – zapytał, spoglądając na ręce. – Pa’an jest stworzeniem ojca, nie bogiem.

– Więc czym jesteś, jeśli nie bogiem?

– Pa’an czerpie energię z natury. To ona jest silna. Pa’an jedynie w małym stopniu z niej korzysta. Natura jest boginią. Pa’an jest zaś Pa’anem, bo choć może panować nad panem śmierci czy życia, oni są wolni. Przyjdzie dzień, gdy to Pa’an będzie im podlegać. Takie jest prawo pani i bogini…

– Natury – dokończyła. – Więc można cię zabić?

– Można – odparł poważnie. – Pa’an szczerze zapyta… Mistrzyni chce tego?

 

Kobieta rozpięła przeszywanicę i ściągnęła ją, zostając w samej koszuli. Kozioł patrzył na nią z zainteresowaniem.

– Nie. Nic nie zrobiłeś, nikomu nie uczyniłeś żadnej trwałej krzywdy. Choć mogłeś… możesz to zrobić – mnie lub ludziom w mieście.

– Pa’an nie krzywdzi. Tak powiedział mu ojciec, by kochał ludzi.

– Ojciec?

– Natura jest boginią, lecz obok niej stoi ojciec. Choć stara się zostać człowiekiem, bracia Pa’ana tytułują go bogiem.

– Tego brakowało… więcej takich jak ty – szepnęła.

– Mistrzyni sama przyznała, że Pa’an nie szkodzi. Więc czemuż burmistrzowi przeszkadza Pa’an w mieście… pod miastem?

– Wyglądasz jak potwór, coś bezrozumnego – wskazała na rozerwane łańcuchy, smutno i cicho. – Masz siłę, która pozwoliła ci gromić wojska i łamać mury. To naturalne, że słabi ludzie boją się takiej potęgi.

– Coś mistrzynię trapi?

– Jeden błazen mówił mi, że na świecie mogą istnieć rzeczy… poza logiką.

 

Kozioł obruszył się, na te słowa. – Błazen bzdury opowiada! Każda rzecz ma swą logikę! Ojciec wytłumaczył to Pa’anu, gdy ten złapał pierwszy oddech… nie, nawet wcześniej, razem z siostrą i bratem!

Parsknęła. – Więc wytłumacz mi proszę, jakim cudem żyjesz mimo rany? Dlaczego jesteś taki silny?

– To proste – magia.

 

Oboje stali w milczeniu. Kobieta patrzyła na niego z rezygnacją, a kozioł się u kobieta patrzyła na niego z rezygnacją, a kozioł się uśmiechał. Po chwili zasłoniła twarz, gdy stwór podszedł bliżej i objął ją.

– Mistrzyni zbyt bardzo się trapi. Wszystko jest proste — Pa’an jest Pa’anem. Mistrzyni jest piękna.

 

Kobieta milczała, jakby nie czując dotyku potwora.

– Mistrzyni mówiła, że twarz Pa’ana jest bezmyślna?

– Tak… – przerwała, widząc, jak oblicze stwora się zmienia.

 

Głowa, dotąd szeroka, stała się węższa. Pysk spłaszczył się, oczy o pionowych źrenicach stały się obłe. Kozie oblicze złączyło się z ludzkimi rysami. Była to twarz męska, pokryta na bokach i brodzie brązowym włosiem. Nos był płaski, usta wąskie. Choć białka oczu były żółte, źrenice miały niemal ludzki, piwno‑brązowy tenczówki.

– I jak teraz Pa’an wygląda? – kobieta milczała w niedowierzaniu, gdy stwór się cofnął.

– Ach, jeszcze nogi Pa’ana.

 

Racice w jednej chwili zmieniły się w ludzkie stopy. Kozia sierść przeobraziła się w zwykłe włosy, które jednak bardzo szczelnie obrastały ludzkie nogi. Stawy z trzaskiem przestawiły się w przeciwną stronę.

– Niesamowite… – powiedziała, gdy nagle potwór upadł, sycząc z bólu.

– Pa’an musi się przyzwyczaić – starał się podnieść, lecz nogi uparcie nie reagowały.

 

T’iana wstała i podała mu dłoń. Chwycił ją i z trudem ustał. Istota uśmiechała się z grymasem.

– Teraz mistrzyni mogłaby skrzywdzić Pa’ana. Bardzo skrzywdzić…

Palce mistrzyni zatańczyły na okrągłej głowicy broni. – Czujesz ból, tak?

 

Pokiwał głową. Kobieta chwyciła rękojeść, a kozioł tylko się uśmiechnął.

– To kara za złamanie go – oznajmiła pewnie i wbiła pół ostrza w nogę stwora.

Pa’an odskoczył, porażony bólem, wyjąc w niebogłosy. – Auł!

 

T'iana spojrzała na swoją dłoń – ta drgała mimowolnie. Chwyciła ją i przytrzymała, jakby bała się, że kozioł to zauważy, lecz ten bardziej zajęty był odskokami i przeszywającym bólem. W końcu przystanął, gestykulując:

– To było niemiłe dla Pa’ana – mówił wyższym, piskliwym głosem, wyciągając ostrze – choć zrozumiałe.

 

Kobieta zasłoniła twarz, śmiejąc się.

– Nie zabiłeś mnie po czymś takim. Mógłbyś złamać mnie jak zapałkę. To musi być jakiś chory sen.

– Mistrzyni, zapewniam – ból Pa’ana jest realny i boli… – przykuśtykał do niej, a ta tylko na niego spojrzała. – Ciekawe, czy Pa’an jest w snach mistrzyni, nie tylko tych chorych.

– Mam przy sobie też nóż – powiedziała ostro, a kozioł nieporadnie się wycofał.

– Tym razem Pa’an odpuści pewność siebie, bo nieprzyjemnie jest być przebitym.

 

Westchnęła, jakby coś sobie uświadamiając. – Dlaczego mówisz w ten sposób?

Nastąpiła cisza. Zdziwiona kobieta patrzyła, jak kozioł smutnieje. Jego nogi przez sekundę lub dwie zdawały się wrastać w podłogowe szczeliny. Przestał się ruszać, skamieniał, wpatrując się w jeden punkt – w pierś mistrzyni. W końcu powiedział:

– Siostra… kochała. Czytała Pa’anu sztuki i grała przed nim, jak przed publiką. Pa’an marzył, by zagrać z nią, lecz nigdy nie dane nam było choćby słowa zamienić… Widz i aktorka byli sobie obcy. Nie znała mojego oblicza, a ja poznałem tylko jej głos, dotyk i miłość do człowieka…

Średnia ocena: 1.0  Głosów: 1

Zaloguj się, aby ocenić

    Napisz komentarz

    Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania