Krasnale w togach, czyli jak zepsuć zegarek za pomocą młotka
Gdyby polska scena polityczna była średniowiecznym zamkiem, to Trybunał Konstytucyjny od lat pełniłby w nim funkcję najbardziej zniszczonej, przeciekającej wieży, wokół której wszyscy kręcą się z toporami, wiaderkami pełnymi smoły i absolutnym przekonaniem, że to oni wiedzą najlepiej, jak naprawić dach. Instytucja, która w założeniu miała być bezstronnym strażnikiem konstytucji i najwyższym arbitrem prawnej sprawiedliwości, dawno temu przestała przypominać sąd, a zaczęła przypominać poligon doświadczalny dla politycznych pirotechników.
Ostatnie wydarzenia wokół Trybunału to już nawet nie jest polityczny teatr, to pełnokrwista farsa w trzech aktach z elementami dramatu absurdu, w której publiczność dawno przestała rozumieć, kto gra kogo, o co toczy się stawka i dlaczego wszyscy krzyczą tak głośno. Zamiast spokojnej debaty nad literą prawa mamy festiwal wzajemnych oskarżeń, podważania mandatów, kwestionowania wyroków i wyciągania z kapelusza kolejnych interpretacji prawnych, które wzajemnie się wykluczają.
Mechanizm tego szaleństwa jest zresztą zadziwiająco stały. Gdy dochodzi do zmiany władzy, pierwszą rzeczą, jaką robią zwycięzcy, jest spojrzenie na Trybunał wzrokiem drwala, który właśnie odkrył, że w lesie stoi cudze drzewo. Skoro poprzednicy „obsadzili” instytucję swoimi ludźmi, to nowi, w imię wyższej konieczności i przywracania praworządności, robią dokładnie to samo, tylko z większym patosem i przy użyciu bardziej skomplikowanego słownictwa. I tak oto sędziowie stają się zakładnikami politycznych wahań nastrojów, a konstytucja, plasteliną, z której każdy może ulepić to, co akurat pasuje mu do aktualnej większości parlamentarnej.
Najbardziej przerażające i zarazem komiczne jest to, z jak ogromną powagą wszyscy uczestnicy tego spektaklu traktują swoje role. Występują w telewizji z minami mężów stanu, powołują się na ducha demokracji, trójpodział władzy i europejskie standardy, podczas gdy gołym okiem widać, że chodzi o czystą walkę o stołki, wpływy i kontrolę nad kluczowymi bezpiecznikami w państwie. To tak, jakby dwaj awanturnicy kłócili się w płonącym domu o to, kto ma prawo dysponować pilotem do telewizora.
W efekcie zwykły obywatel patrzy na to wszystko z mieszaniną mdłości i głębokiego zmęczenia. Przepisy prawne w Polsce zaczęły przypominać ruchome piaski, dziś wchodzisz na nie z pełnym przekonaniem, że masz rację, a jutro przychodzi kolejna uchwała lub wyrok i okazuje się, że stałeś na głowie. Prawo przestało być stabilnym kompasem, a stało się giętkim narzędziem w rękach polityków, którzy zmieniają reguły gry w trakcie jej trwania, bo akurat przegrywają w golfa.
Może więc czas, by ktoś wreszcie wyłączył ten polityczny cyrk, schował młotki i pozwolił prawnikom zająć się prawem, a politykom, patrzeniem na ręce, zamiast majstrowaniem przy fundamentach państwa. Bo jeśli dalej będziemy tak skutecznie „naprawiać” Trybunał, w końcu obudzimy się w kraju, w którym jedynym obowiązującym artykułem konstytucji będzie paragraf o tym, że nikt niczego nie rozumie.
Komentarze (1)
Tu wcalenie chodzi o literę prawa, ale *kto kogo pokona*. Z gębami pełnymi frazesów bajdurzą o 'konstytucji' 'praworządności', 'demokracji', gdy tymczasem wszystkie metody działania są zaprzeczeniem tych haseł.
To działanie, przez zagraniczne media, zostało uznane za pełzający zamach stanu. Czy kogo to wzrusza? bynajmniej. Metoda jest prosta, po trupach do celu, bo *ten kraj* jest obcy dla władców, jako ciemnogród,
i albo przystosuje się do narzuconego jarzma jako 'rab', albo zniknie w multi-kulti.
Praworządność ma być taka "jak my ją rozumiemy', albo krnąbrnych przekonamy siłą.
Leminmgi już w 'warszawce' na dobre się zadomowiły.
Napisz komentarz
Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania