KRES - Rozdział 2
Ciemność gęstniała powoli, subtelnie wymazując ostatnie kładące się na bruku cienie. Laryiena wybrała mniej uczęszczane, wąskie alejki. Zaułki pozbawione świateł pochodni, rozjaśniających jedynie główne ulice miasteczka, dawały pozory anonimowości. Stała się po prostu zakapturzonym przechodniem, wracającym do domu po trudach dnia. Nikt z mijających ją mętów i innych szemranych typów, jakich pełno kręciło się o tej porze po okolicy, nie zwracał uwagi na umorusaną błotem postać.
Minąwszy lokalną karczmę, choć bliżej by rzec, że spelunę pełną zapijaczonych szumowin i kobiet lekkich obyczajów, wystawiających swe wątpliwe wdzięki przez otwarte okna, dostała się na puste targowisko. Za zaułkiem głośno beknął porządnie wstawiony już centaur, zaprzężony do załadowanego pustymi beczkami drabiniaka. Mogła się tylko domyślać, że udało mu się przepić większość zysków ze sprzedanego wina. Centaury tym się głównie zajmowały, handlowały sfermentowanym winogronem pochodzącym z Uperdan, krainy półludzi-półkoni zamieszkujących niemal cały wąziutki pas wybrzeża na południe od Pogranicza. Oczywiście dorabiały sobie również na transporcie rzeczy wszelakich, co było dość oczywistą konsekwencją ich szczególnej anatomii. Rozwodząc się nad bekającym przedstawicielem tejże rasy, doszła do wniosku, że jedynym porządnym centaurem, jakiego w życiu spotkała, był dostarczający im towary Rodfor. Westchnęła głośno porażona własnym odkryciem.
Pod jej nogami walały się nadgniłe liście kapusty, porozdeptywane pomidory i ogromna masa innego zepsutego, porzuconego towaru. Dopiero o świcie, przed tym, gdy na targu rozstawią się handlarze, pojawi się ktoś, kto posprząta cały ten chlew. Tymczasem musiała wstrzymać oddech i nie przyglądać się za bardzo temu, po czym stąpa. Do wynajętego mieszkania zostały jej raptem dwie przecznice. Mogłaby dostać się do niego dużo szybciej, bo przejście z garnizonu główną ulicą zajmowało może dziesięć minut, ale wolała nie ryzykować spotkania z podwładnymi Castona. Kto wie, czy nie wypuścił patrolu w miasto.
Skręciła jeszcze dwa razy, wspięła się po wyszczerbionych schodach i dotarła pod piętrowy dom z ciosanego kamienia.
Na parterze paliła się naftowa lampa. Inga, właścicielka budynku, szykowała kolację dla piątki swoich dzieci. Laryiena z jednej strony podziwiała tę kobietę, z drugiej było jej żal Ingi. Przecież sama jedna po śmierci męża musiała zająć się gromadą pociech, ubrać je, nakarmić, utrzymać dom. Nigdy też nie narzekała, że jest jej ciężko, choć Laryiena nie raz słyszała, jak ta płacze cicho w samotności. Wahliwie zajrzała do wnętrza skromnie urządzonej kuchni. Wszyscy wyglądali na szczęśliwych. Uśmiechnięty od ucha do ucha Kanel, najmłodszy z rodzeństwa, wykrzykiwał coś po dziecięcemu i z pasją malował owsianką po blacie ławy. Starsza siostra brzdąca dyskutowała o czymś z braćmi, co raz wybuchając śmiechem.
Przynajmniej mają siebie, pomyślała na ten widok. A kogo mam ja?
Z pytaniem tym, cicho pobrzękującym pod tłustymi, czarnymi włosami, przeszła przez tylne wejście, prowadzące na górę do jej części budynku. Drzwi mieszkania były uchylone.
– Córko – powitał ją szpakowaty, wysoki mężczyzna rozparty w wiklinowym fotelu zakupionym z drugiej ręki od właściciela tawerny Pod Złotym Skrzatem. Pomiędzy palcami ściskał tlące się cygaro, którego popiół opadał na nieomiecioną podłogę. Dawał jej niemą sugestię tego, w jakim bałaganie żyła. Obok niego, na stołku, przycupnęła drobna, podobna do niej kobieta. Wyglądała na spiętą.
– Ojcze. – Dygnęła przed nim zmieszana. – Matko. – Skłoniła się lekko. – Co wy tu robicie?
Matka chciała unieść się z miejsca. Ojciec wstrzymał ją jednak prostym gestem, pytając bez zbędnych z jego punktu widzenia wyjaśnień:
– Gdzie byłaś?
Ton jego głosu ani trochę się jej nie spodobał. Ściągnęła z ramion brudne okrycie, zręcznie chowając w nie wyciągniętą zza pasa broń. Zwinięty byle jak tobołek rzuciła na przykrytą innymi ciuchami skrzynię.
– Byłam w warsztacie – odpowiedziała, sadowiąc się na posłanym od niechcenia łóżku.
– I sądzisz, że ci uwierzę? – Prychnął. – Jak ty wyglądasz?!
Orlon Baenor zawsze był wobec niej surowy. Między innymi dlatego opuściła rodzinny dom. Krzyczał na nią, wyzywał i z chęcią karał nawet za drobne wybryki. Co prawda nigdy nie uderzył własnego dziecka, ale wiedziała, że jej nienawidził. Z rodu Baenor wywodziło się wielu wsławionych brońmistrzów. W historii zapisało się też dwóch śmiałków, którzy weszli do labiryntu, co stanowiło precedens na skalę światową. Syn każdego Baenora wstępował do armii, gdzie piął się na wysokie szczeble kariery. Orlon nie dostał tej możliwości. Kiedy miał ledwie osiem lat, porzucona w trawie kosa ucięła mu palce prawej dłoni. Liczył więc na potomka, mającego zająć należne mu miejsce. Niestety, zamiast syna, żona powiła mu córkę, a przez ciężki poród straciła zdolność posiadania kolejnego potomstwa. Ojciec podjął się pracy urzędnika miejskiego, matka zajęła farbowaniem tkanin, a małą Larą przeważnie opiekował się dziadek. Ojciec traktował ją jak zbędny balast, matka, czując się współwinna nieszczęścia, jakie spotkało męża, mimo że kochała córkę, bała się należycie okazywać jej uczucia.
– Laryieno, na bogów! – Mężczyzna zatrząsnął się w przypływie gniewu. – Nie wiem, co robisz u tego starego głupca, lecz dochodzą mnie niepokojące plotki. Jeśli jakakolwiek z nich okaże się prawdą… Bogowie mi świadkami, że wrócisz do domu i pożegnasz się z garnizonem na dobre. – Wstał, po czym nerwowo zaczął krążyć po izbie. Znad sterty brudnych naczyń wzbiła się zaaferowana nagłym ruchem mucha. Przeleciała nad głowami kobiet i gładko opadła na niedojedzony kawałek wędzonego sera. – Masz dwadzieścia osiem lat... Dwadzieścia osiem! A nadal jesteś sama jak palec. Powiedz mi... – Nachylił się nad nią, zmuszając, by spojrzała mu w oczy. – W jaki sposób chciałaś dać mi wnuka, skoro swoim postępowaniem odpychasz od siebie wszystkich mężczyzn. Spójrz tylko na siebie. – Wskazał z niesmakiem na jej skurczoną osobę. – Jesteś brudna, śmierdzisz, nie dbasz o dom...
– Kochanie... – Matka niepewnie spróbowała wejść mu w słowo.
– Tylko jej nie broń – warknął. – Laryieno, przyszedłem tu dziś w zasadzie po to, aby obwieścić ci, iż obiecałem cię synowi kapitana Castona. Jakimś cudem ten chłopak cię lubi i zarówno on, jak i kapitan nie mają nic przeciwko zaaranżowanemu związkowi. Prawdę powiedziawszy, oni sami wystąpili z propozycją. To jedyna szansa, żeby na powrót wprowadzić naszą rodzinę na należyte miejsce. Twoje dzieci otrzymają znaczące nazwisko wraz z pokaźnym majątkiem, a ród Catone będzie mógł poszczycić się krwią Baenorów płynącą w żyłach ich potomków. Jeśli to zaprzepaścisz... – powstrzymał się, nim dodał coś, czego przy żonie mówić nie chciał.
Matka wstała. Kładąc mu rękę na ramieniu, zwróciła się do córki:
– Proszę cię, Laro, idź, umyj się, odśwież... Ja tymczasem pomówię z ojcem. – Uśmiechnęła się do niej słabo. – O szczegółach porozmawiamy później. Na spokojnie.
***
Nazajutrz, od samego rana Lara rozmyślała o wydarzeniach sprzed kilku godzin. Nie mogła spać przez to, z czym przyszli do niej rodzice. Lubiła młodego Castona. Znała się z Gylesem od dziecka. Często bawili się razem pod garnizonem, ale teraz, jako dojrzała kobieta, nie widziała się w roli jego żony. Nie była gotowa na założenie rodziny, a rozmowę z przyszłymi teściami i spodziewanym mężem zaplanowano jej już na popołudnie. Wszystko działo się zbyt szybko.
Zamyślona przedzierała się przez tłum mieszczan, pozwalając potrącać się spieszącym się do pracy ludziom. Jakiś wyrostek zagwizdał za nią, wykonując nieprzyzwoity gest. Normalnie podeszłaby do niego i obiła mu szpetną facjatę, ale tego dnia nie miała na to ochoty. Czekało ją spotkanie z Castonami. Musiała też zajść do przyjaciółki, poprosić ją o przysługę. Obie te kwestie strasznie ją trapiły.
Pomimo dekoncentrującej gonitwy myśli, przytomnie zatrzymała się przy kuźni. Na pierwszą wizytę w czyimś domu wypadało wręczyć gospodarzom drobny podarunek. Rozejrzała się po wystawce z ręcznie kutymi figurkami. Pamiętała, że pani Castone kolekcjonowała takie ozdoby. Uwagę Lary przykuł sześcioskrzydły motyl. Figurka niewielka w porównaniu do reszty, ale wykonana z zadziwiającą precyzją i dbałością o najdrobniejsze detale. Podniosła owada, podziwiając misterne wzory na skrzydełkach.
– Czego panienka sobie życzy?
Zza stojaka z mieczami wychylił się rudowłosy krasnolud. Długą brodę symetrycznie owinął sobie wokół szelek, zapewne po to, żeby nie opalić jej sobie podczas pracy nad piecem. Spod za dużego fartucha wystawała mu kraciasta chusta do wycierania twarzy. Nazywał się chyba Ballon. Kojarzyła jego imię, bo był jednym z niewielu przedstawicieli obcych ras zamieszkujących miasto. Krasnoludy wolały prowadzić interesy na odległość. Mało który na stałe osiedlał się wśród ludzi. Ludzie bowiem mieli to do siebie, że lubili wywyższać się ponad innymi i kpić z odmienności. Ballonowi najwyraźniej dogryzki nie przeszkadzały. Dla niego liczył się zysk, a popyt na krasnoludzkie wyroby nigdy nie malał.
– Podoba mi się ta figurka. W jakiej jest cenie? – Wytknęła mu przed nos motylka.
– Ten motyl to prawdziwa perełka. Nie, żebym się chwalił, ale wyszedł mi wyjątkowo pięknie. Powiedzmy, że pięć Drah.
Laryiena wyciągnęła sznureczek z pieniędzmi, sprytnie ukryty pod kokardą przewiązanej w talii wstążki. Główna waluta Virionu zaopatrzona była w dziurkę wybitą na środku monety, toteż nawlekano ją na sznurki i tak noszono. Krzywiąc usta, pokazała kowalowi stan swojej kieszeni.
– Mam tylko cztery.
Krasnolud podrapał się po głowie.
– Niech stracę. Dla panienki mogą być cztery.
– Och... Dziękuję!
Uśmiechnęła się, szczerze uradowana nieczęstym u krasnoludów gestem. Rozsupłała sznureczek, wręczając kowalowi ostatnie pieniądze. Krasnolud chwycił je prędko, ale zaraz oddał jej jedną z monet. – Nie mógłbym zabrać kobiecie ostatniego Draha – powiedział ze słabo skrywanym zawahaniem. – Panienka pracuje dla konstruktora, prawda? – dopytał, gdy ta wkładała motylka za podwójne ramiączko ubranej specjalnie dla Castonów sukienki.
– Skąd pan wie?
– Mój kuzyn wyrabia dla was szkielety do dathraxów. Zdarzyło mi się też zajrzeć do starego Wieltiena, żeby dopracować niektóre egzemplarze i zdaje mi się, że podobnie urodziwa dziewoja mignęła mi parę razy na tyłach zaplecza. Niech panienka go ode mnie pozdrowi.
– Oczywiście, zrobię to, jak tylko nadarzy się pierwsza okazja. Jeszcze raz panu dziękuję. Skłoniła się w podzięce.
Podniesiona nieco na duchu niespodziewaną życzliwością, bogatsza o skromny prezent, udała się w kierunku pracowni krawieckiej Sybili. Liczyła, że i tam dopisze jej szczęście. Koniec końców, ten dzień nie zaczął się aż tak źle.
Napisz komentarz
Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania