Uwaga, utwór może zawierać treści przeznaczone tylko dla osób pełnoletnich!

Krew i kość

Sre­bro, po brze­gi wy­peł­nio­ne piwem i winem, lśni­ło ku­szą­co świa­tłem dzie­sią­tek świec. Mroź­ny gwizd prze­szy­wał salę, gdy wi­cher wci­skał się do środ­ka przez wy­bi­te wi­tra­że i spły­wał po ko­lum­na­dzie mię­dzy stoły bie­siad­ne. Księ­ży­co­wy blask od­bi­jał się w mi­ria­dzie śnie­go­wych wstęg, wi­ru­ją­cych z wia­trem w ta­necz­nych po­dry­gach. Barw­ne szcząt­ki szkła za­dzwo­ni­ły o ołów, gdy nagły poryw wpadł do sali. Zmiótł szron z po­sadz­ki i po­cią­gnął przez kom­na­tę w gru­bych bał­wa­nach, wy­cią­ga­jąc na wierzch wciąż świe­że, zmal­tre­to­wa­ne ciała. Ludz­kie ciała.

 

Kolor nadal nie spełzł z ich skóry, a koń­czy­ny po­zo­sta­wa­ły wiot­kie. Zwło­ki wa­la­ły się po sto­łach, ła­wach i po gołej ziemi, po­zgi­na­ne w strasz­li­we, bluź­nier­cze pozy, któ­rych nawet naj­bar­dziej wy­na­tu­rzo­na wy­obraź­nia nie by­ła­by zdol­na przy­wo­łać. Kilka tru­pów legło pod drzwia­mi. Ich ręce wy­cią­gnię­te ku wyj­ściu, po­zba­wio­ne oczu twa­rze za­mar­łe w wy­ra­zie pa­ni­ki, skry­tej pod nie­na­zwa­nym bólem. Już po kres cza­sów od­gry­wać będą scenę swej ostat­niej próż­nej uciecz­ki przed nie­zna­ną czło­wie­ko­wi grozą.

 

Zgę­stła, lecz wciąż wil­gła krew mie­sza­ła się w ka­łu­żach roz­la­ne­go wina. Zbru­ka­ła biel ścian i snuła się po ziemi w dłu­gich smu­gach. Jedna cią­gnę­ła się wy­jąt­ko­wo da­le­ko, od naj­wyż­sze­go stołu po ko­lum­nę przy bocz­nej nawie. Zwień­czo­na krwa­wą plamą, roz­la­ną tuż pod roz­szar­pa­nym ki­ku­tem lewej nogi. Koń­czy­nę wy­rwa­no be­stial­ską mocą w po­ło­wie uda razem z ko­ścią, po któ­rej po­zo­sta­ła je­dy­nie zie­ją­ca w krwi­stym mię­sie próż­nia. Ręka opa­dła wzdłuż tu­ło­wia, jakby jesz­cze nie­daw­no wy­cią­gnię­ta w bła­gal­nym ge­ście przed sie­bie, a na­iw­na, nie­po­kry­ta choć­by cie­niem za­ro­stu chło­pię­ca twarz za­mar­ła w po­są­gu nie­wy­sło­wio­nej trwo­gi. Głowa chłop­ca spo­czę­ła ob­ró­co­na w kie­run­ku tronu, a w oczo­do­łach, teraz zie­ją­cych upior­ną pust­ką, chwi­lę temu mu­sia­ło kryć się nigdy nie­za­da­ne py­ta­nie.

 

Pod tro­nem, śród stert za­krwa­wio­nych ścię­gien, kości i ode­rwa­nych od ciała koń­czyn, klę­cza­ła nie­ru­cho­ma syl­wet­ka trupa. Spod barw­nych i szla­chet­nych szat ja­śnia­ła biała, zbru­ka­na po­so­ką broda. Czło­wiek nie był stary, lecz zmarszcz­ki zdą­ży­ły już po­orać jego twarz bar­dziej niż korę sę­dzi­we­go drze­wa. Blada, zwiot­cza­ła skóra zwi­sa­ła z ciała, drga­jąc nie­znacz­nie pod ru­chem po­wie­trza, a śmier­tel­na cho­ro­ba po­zna­czy­ła ją ciem­ny­mi pla­ma­mi. Tuż przed ko­la­na­mi męż­czy­zny le­ża­ła srebr­na, zdo­bio­na na czole nie­bie­skim ka­mie­niem ko­ro­na. Łzy spły­nę­ły po po­licz­kach męż­czy­zny, grzę­znąc w głę­bo­kich bruz­dach skóry.

 

Wi­cher ucichł mo­men­tal­nie, a salę wy­peł­ni­ła cisza jesz­cze bar­dziej prze­ni­kli­wa niż trza­ska­ją­cy wkoło mróz. Męż­czy­zna spoj­rzał w smo­li­sty mrok za tro­nem.

 

– Twoje ży­cze­nie – usły­szał król – zo­sta­ło speł­nio­ne.

 

Dźwięk zda­wał się zło­żo­ny z trzech gło­sów – ko­bie­ty, męż­czy­zny i dziec­ka, a każdy z nich drgał nie­znacz­nie, jakby u kozy. Roz­bi­jał się echem od zam­ko­wych murów, a z każdą chwi­lą miast ga­snąć, na­bie­rał na mocy. Szcząt­ki wi­tra­ży ro­ze­dr­ga­ły się w swych ra­mach, a stary męż­czy­zna sku­lił się w sobie str­wo­żo­ny, gdy do­no­śność de­mo­nicz­ne­go sko­wy­tu się­gnę­ła ze­ni­tu. I wszyst­ko uci­chło. Czło­wiek ob­ró­cił głowę i spoj­rzał na zma­sa­kro­wa­ne zwło­ki chłop­ca w bocz­nej nawie. Wes­tchnął cięż­ko i otarł łzy.

 

– Wy lu­dzie nigdy nie prze­sta­je­cie mnie cie­ka­wić. – Głos stwo­rze­nia, choć nadal po­tro­jo­ny, utra­cił na do­no­śno­ści. – Nie ma dru­giej isto­ty tak prze­wrot­nej, tak pla­stycz­nej w swo­jej mo­ral­no­ści, jak wy. Po­wiedz mi, jakie to uczu­cie? Jak to jest zdo­być i stra­cić wszyst­ko w jed­nej chwi­li?

 

– Nie mia­łem wy­bo­ru, dia­ble! – syk­nął czło­wiek. – Co in­ne­go mi po­zo­sta­ło?

 

Jego głos, nie­skoń­cze­nie po­tęż­niej­szy niż wska­zy­wa­ła­by ciało, za­dud­nił szkłem w oknach. Za­szy­te w ba­so­wej, szorst­kiej bar­wie jego dźwię­ku, tkwi­ły pa­lą­ca nie­na­wiść i żal.

 

– Mia­łeś. Ty, jako jeden z nie­wie­lu ludzi na świe­cie, mia­łeś wybór. I wy­bra­łeś słusz­nie.

 

– Do­praw­dy?

 

Męż­czy­zna za­drżał, dźgnię­ty prze­ży­ciem, które nie­spo­dzia­nie wdar­ło się w głąb jego duszy. Demon miał rację. Łzy za­la­ły szkli­ste, blade oczy, a ciało na­prę­ży­ło się w nie­mym okrzy­ku udrę­ki.

 

– To na­zy­wasz słusz­nym, de­mo­nie?!

 

– Czy po­zo­sta­ło ci co­kol­wiek in­ne­go, niż w to uwie­rzyć? Słusz­ne czy nie­słusz­ne, osta­tecz­nie wybór nadal na­le­ży do cie­bie.

 

~✵~✵~✵~✵~✵~

 

– Masz ze sobą co­kol­wiek oprócz mie­cza? Gdzie twój pan­cerz?

 

– Nie noszę zbroi – od­parł przy­bysz.

 

Wą­sa­ty męż­czy­zna na­chy­lił się nad bla­tem stołu i zmarsz­czył brwi.

 

– Takiś na złoto łasy? Nie, brat­ku, nie wezmę cię. Nie po­trze­ba mi ko­lej­ne­go bo­ha­te­ra, co się zaraz wła­du­je pod strza­łę albo zwie­je przy pierw­szej oka­zji. Nie masz ani do­świad­cze­nia, ani wy­po­sa­że­nia, na nic mi się zdasz.

 

– Nie po­trze­bu­ję złota. Wy­star­czy wy­ży­wie­nie.

 

– Jasne, jasne. Z ręki to mi ni mo­ne­ty nie weź­miesz, ale nie­bosz­czy­ków to ze skóry obe­drzesz, żeby ja­kieś łupy zgar­nąć.

 

– Nie in­te­re­su­je mnie złoto ani łupy. – Męż­czy­zna przy­mknął oczy i wes­tchnął cięż­ko. – Już to mó­wi­łem.

 

– Ga­da­łeś czy nie, jedna rzecz. I tak cię nie biorę, siwy. Zmia­taj stąd le­piej, mar­nu­jesz mój czas.

 

Wą­sacz od­go­nił go ręką jak na­tręt­ne­go owada, i za­wo­łał na­stęp­ne­go. Przy­bysz po­krę­cił głową i wy­szedł spod płó­cien­nej wiaty, mi­ja­jąc ko­lum­nę kil­ku­dzie­się­ciu in­nych śmiał­ków. Przyj­rzał im się uważ­nie. Wielu było zwy­kły­mi ob­dar­tu­sa­mi, ta­ki­mi sa­my­mi, za ja­kie­go mu­siał wziąć go ka­pi­tan. Stali w stru­gach desz­czu i pa­trzy­li pu­sty­mi ocza­mi, jak ko­lej­ny z nich zo­sta­je od­pra­wio­ny, jak ga­śnie w nich ostat­nia na­dzie­ja, by od­mie­nić wła­sny los. Kilku z ochot­ni­ków no­si­ło ja­ki­kol­wiek pan­cerz, a twarz każ­de­go z nich no­si­ła ten sam spo­koj­ny i opa­no­wa­ny wyraz. W oczach tych męż­czyzn tlił się żar. Zimny, prze­ra­ża­ją­cy żar, zu­peł­nie różny od iskry pod­nie­ce­nia i bra­wu­ry, jakie roz­ja­śnia­ły spoj­rze­nia mło­dzi­ków. Jego na­tu­ra była zbyt ulot­na, by zdo­łał po­chwy­cić ją kto­kol­wiek, kogo oczy nigdy nie pło­nę­ły tym samym ogniem. Lo­do­wa­ty stru­mień spły­nął po ple­cach przy­by­sza, a włosy na karku sta­nę­ły dęba. Na mo­ment za­tra­cił się we wła­snych my­ślach i kro­czył na­przód nie­przy­tom­nie, ze wzro­kiem utkwio­nym gdzieś w dali. Po­wró­cił duszą do ciała do­pie­ro, gdy wy­jąt­ko­wo stary na­jem­nik zła­pał go za ramię.

 

– Hej, przy­ja­cie­lu – po­wie­dział sta­rzec. – Słu­chaj no, sły­sza­łem, jak ga­da­łeś z Var­lo­kiem.

 

Przy­bysz przy­sta­nął i spoj­rzał na nie­zna­jo­me­go. Do­pie­ro teraz spo­strzegł, jak cięż­kie pięt­no od­ci­snął na jego ciele wiek. Skóra, ciem­na i skur­czo­na jak rze­mień, marsz­czy­ła się cien­ki­mi fał­da­mi na wą­tłych mię­śniach i zwi­sa­ła, jakby je­dy­nie wspo­mnie­nie daw­nych cza­sów po­wstrzy­my­wa­ło ją przed spły­nię­ciem na zie­mię. Sta­rzec przyj­rzał mu się przy­jaź­nie wy­bla­kły­mi oczy­ma i za­stu­kał kilka razy ję­zy­kiem o pod­nie­bie­nie.

 

– Słu­cham – od­parł przy­bysz.

 

– Widać, że ci bar­dzo za­le­ży, przy­ja­cie­lu. Każdy z tych że­bra­ków, co stali z tobą w ko­lej­ce, cof­nął­by się z pod­ku­lo­nym ogo­nem, jakby tylko zo­czył minę Var­lo­ka. No, poza tymi wia­ru­sa­mi. Ale nie ty, nie. Wy­glą­dasz jak łach­ma­niarz, ale oczy… oczy masz jak we­te­ran. I te włosy… białe jak u star­ca, lecz twarz wciąż krzep­ka. Kim ty je­steś, przy­ja­cie­lu?

 

Przy­bysz wes­tchnął cięż­ko.

 

– Wy­bacz mi, ale jeśli je­dy­nym, co masz do po­wie­dze­nia, są py­ta­nia, to nie uzy­skasz na nie od­po­wie­dzi.

 

Męż­czy­zna za­rzu­cił na głowę kap­tur i ru­szył przed sie­bie, lecz na­jem­nik przy­trzy­mał go za ramię. Wrył ko­ści­ste palce głę­bo­ko w ciało.

 

– Stój! Za­cze­kaj! Tak, oczy­wi­ście – wy­mam­ro­tał, błą­dząc wzro­kiem po twa­rzy męż­czy­zny. – Za­po­mnij to sta­re­mu żoł­nie­rzo­wi. Oczy­wi­ście, że nie po to cię tu za­trzy­mu­ję w tej ule­wie. Wiem coś, co może ci pomóc, przy­ja­cie­lu. Co chcia­łem po­wie­dzieć, to że nie lada z cie­bie śmia­łek, ale nikt cię tu nigdy nie przyj­mie, nie.

 

Sta­rzec po­krę­cił głową i znów za­kle­ko­tał ję­zy­kiem.

 

– Co masz na myśli?

 

– Ci tutaj – wska­zał na ka­pi­ta­na i jego to­wa­rzy­szy – to kiepy. Ni­cze­go w nich z praw­dzi­we­go wo­ja­ka. Bandy i szu­braw­cy, tyle ci po­wiem, przy­ja­cie­lu. Tacy to żoł­nie­rze!

 

Zmarsz­czył nos i po­krę­cił wąsem, po czym splu­nął na zie­mię.

 

– Nie ma tam miej­sca dla cie­bie. To ślep­cy! Nie zo­ba­czą, jakiś chwat, choć­byś im miecz pod gar­dło po­de­tknął.

 

– Ale są tu inni.

 

Oczy star­ca za­lśni­ły, a głowa za­ko­ły­sa­ła się na su­chej szyi.

 

– Tak, tak! Znam ta­kich, o tak.

 

– Mo­żesz mi o nich po­wie­dzieć? Gdzie ich szu­kać?

 

– Wielu wi­dzia­łem, do któ­rych byś się nadał, przy­ja­cie­lu, oj wielu. Ale tylko jeden się tu sta­wił. Nie jest stary, ani on, ani jego dru­ży­na, ale to nie byle chłyst­ki. Wal­czy­łem w Wiel­kiej Woj­nie, jesz­cze zanim ją tak na­zwa­no, biłem dzi­ku­sów na pół­noc­nych ste­pach, na pia­skach So­ka­try, gro­mi­łem wro­gów na lą­dzie i na wo­dzie. Wiele rze­czy zo­ba­czy­łem, wiele strasz­nych rze­czy, lecz nie­wie­le na­praw­dę mnie prze­ra­zi­ło. Ale oni tak.

 

Przy­bysz wy­pro­sto­wał się i po­pra­wił połę płasz­cza.

 

– Ich ka­pi­tan. Gdzie go znaj­dę?

 

– Och – sta­rzec za­śmiał się roz­ba­wio­ny – z ła­two­ścią go po­znasz. Za­pew­niam cię. Nie sie­dzą tutaj w sercu obozu. Za­wsze wolą roz­bi­jać się z dala od zgieł­ku.

 

– Czy znasz jego imię?

 

– Tacy lu­dzie jak on mają wiele imion. Nigdy nie sły­sza­łem jego praw­dzi­we­go miana, ale na­zy­wa­ją go Czar­nym Ko­lo­sem.

 

Przy­bysz po­ki­wał głową i utkwił nie­obec­ne spoj­rze­nie gdzieś ponad ra­mie­niem na­jem­ni­ka. Po chwi­li spoj­rzał z po­wro­tem na star­ca.

 

– Dzię­ku­ję ci. Jak się zwiesz?

 

– Och! Na­praw­dę cie­ka­wi cię moje imię? Cóż cie­ka­we­go w takim sta­rym pier­ni­ku?

 

Przy­bysz uśmiech­nął się ła­god­nie.

 

– Nie żar­tuj, przy­ja­cie­lu. Twoje oczy cię nie mylą, nie je­stem taki jak oni. – Wska­zał głową na ko­lum­nę ochot­ni­ków. – Ale nie tylko cie­bie bo­go­wie ob­da­rzy­li by­strym spoj­rze­niem. Nie zmy­lisz mnie swoją wy­mo­wą. Jak się zwiesz?

 

Sta­rzec za­śmiał się chra­pli­wie.

 

– Za­praw­dę nie je­steś zwy­kłym wo­jow­ni­kiem – od­parł, a jego znisz­czo­na, ob­wi­sła twarz stę­ża­ła.

 

Ciało na­jem­ni­ka spię­ło się i wy­pro­sto­wa­ło. Nie był już tym samym wy­su­szo­nym wra­kiem, jaki jesz­cze przed chwi­lą skry­wa­ły prze­mo­czo­ne łach­ma­ny. Przed przy­by­szem sta­nął szczu­pły i sę­dzi­wy, ale krzep­ki wo­jow­nik, a w jego oczach krył się zna­jo­my żar.

 

– Nie my­li­łem się co do cie­bie, przy­ja­cie­lu. Na­zy­wam się Ra­gh­nall. Czy teraz mogę po­znać twoje imię?

 

Męż­czy­zna wy­cią­gnął przed sie­bie rękę. Przy­bysz uści­snął ją i uśmiech­nął się przy­ja­ciel­sko.

 

– Ar­ta­ir.

 

~✵~✵~✵~✵~✵~

 

Wiatr chło­stał twarz wę­drow­ca zmro­żo­nym desz­czem, orząc skórę pie­ką­cy­mi prę­ga­mi. Na­mio­ty i ogni­ska już dawno zo­sta­ły w tyle, za­stą­pio­ne pła­skim, po­ro­słym trawą pust­ko­wiem Po­gra­ni­cza. Gęste od wil­go­ci po­wie­trze du­si­ło męż­czy­znę, z opo­rem tło­cząc się do jego płuc, lecz nadal parł na­przód, wy­pro­sto­wa­ny, z od­sło­nię­tą głową. W uszach Ar­ta­ira spo­śród nie­ustan­ne­go szumu i lep­kich, błot­ni­stych tąp­nięć butów wy­chy­nął trzask. Od­le­gły jak dawne wspo­mnie­nie za­pach dymu i pie­cze­ni wy­cią­gnął do niego swą rękę z sa­mot­nej brze­zi­ny. Męż­czy­zna po­dą­żył za nim, a z cza­sem jego zmy­sły za­czę­ły wy­chwy­ty­wać ko­lej­ne, wy­tę­sk­nio­ne bodź­ce. Za­cią­gnął się rześ­kim po­wie­trzem i po­pra­wił poły płasz­cza.

 

– Kto idzie?! Gadaj zaraz, bo ustrze­lę!

 

– Przy­ja­ciel.

 

– Przy­ja­ciel? – Męż­czy­zna prych­nął. – Poza tym obo­zem nie mamy tu żad­nych przy­ja­ciół.

 

– W takim razie so­jusz­nik.

 

– Czego chcesz?

 

– Spo­tkać się z wa­szym do­wód­cą.

 

– Ta? Po­dejdź no bli­żej.

 

Zza gę­stych za­ro­śli wy­szło dwóch żoł­nie­rzy. Ich dło­nie za­ci­ska­ły się cia­sno na drzew­cach włócz­ni, gdy mie­rzy­li wzro­kiem Ar­ta­ira. Wę­dro­wiec pod­szedł kilka kro­ków w ich stro­nę.

 

– Tyle wy­star­czy! – krzyk­nął jeden z na­jem­ni­ków. – Więc chcesz się spo­tkać z sze­fem, ta? A czego ty mo­żesz od niego chcieć?

 

– Chcę się za­cią­gnąć.

 

Męż­czy­zna prych­nął i za­śmiał się grom­ko, a zaraz do­łą­czył do niego jego to­wa­rzysz.

 

– Taki ob­wieś jak ty? Ech, dobra. Właź!

 

Ze­szli z drogi. Ar­ta­ir przyj­rzał im się po­dejrz­li­wie.

 

– Tak po pro­stu?

 

– Co tak po pro­stu?

 

– Tak po pro­stu mnie prze­pu­ści­cie?

 

– Tak – rzu­cił krót­ko. – Co się tak dzi­wisz?

 

– Słu­chaj – za­czął drugi z na­jem­ni­ków. – Nasz szef to nie byle trep. Czego cię mamy nie wpusz­czać? Jeśli za­czniesz roz­ra­biać, to szyb­ko się z tobą uwi­nie. My tu je­ste­śmy tylko, żeby się nam tu nikt po­dej­rza­ny nie krę­cił.

 

– To jak bę­dzie? Wła­zisz czy nie?

 

Ar­ta­ir przy­tak­nął i minął straż­ni­ków. Wkro­czył w rudą gę­stwę i po chwi­li spo­strzegł, jak blade ko­lum­ny brzóz za­czy­na­ją na­chy­lać się ku sobie, spię­te pa­ję­czą sie­cią lin i tro­ków. Jasne plamy roz­cią­gnię­te na tym rusz­to­wa­niu, z po­cząt­ku roz­my­te wśród kory i po­szy­cia, wy­ostrzy­ły swe kon­tu­ry, i jak wy­ro­słe z mgły mury ro­dzin­ne­go domu wi­ta­ją tu­ła­cza po dłu­giej wę­drów­ce, tak płót­na na­mio­tów za­pro­si­ły go do sie­bie. Przy­bysz ukrył uśmiech pod koł­nie­rzem. Ar­ta­ir roz­glą­dał się po obo­zie, kro­cząc w stro­nę naj­więk­sze­go z na­mio­tów, i choć nie dał tego po sobie po­znać, nie po­tra­fił wyjść ze zdzi­wie­nia. Na­jem­ni­cy krzą­ta­li się przy swo­ich spra­wach, na­pra­wia­li i czy­ści­li rynsz­tu­nek, jedli razem i śmia­li się przy dłu­gich sto­łach. Nie­wiel­ka grupa za­ba­wia­ła raz po raz rzu­ca­jąc kości i pie­nią­dze na po­kry­wę becz­ki. Ni­g­dzie nie spo­strzegł choć­by cie­nia opil­stwa czy chi­cho­tów la­dacz­nic. Ochot­ni­cy, zwy­kle tłum­nie wa­lą­cy do wer­bun­ko­wych, nawet nie pró­bo­wa­li się tu do­stać, czy to dla­te­go, że ich uszu nie do­bie­gło słowo o tej dru­ży­nie, czy może usły­sze­li o niej zbyt wiele. Wszel­kie plu­ga­stwo, smród, jaki cią­gnął się za woj­sko­wy­mi obo­za­mi, zda­wa­ły się omi­jać to miej­sce z naj­wyż­szą trwo­gą. Ko­ją­ce cie­pło roz­pły­nę­ło się w pier­si męż­czy­zny. Wes­tchnął z ulgą. Sta­rzec mówił praw­dę.

 

Włos zje­żył się na karku Ar­ta­ira, a barki męż­czy­zny przy­ci­snął cię­żar wzro­ku dzie­sią­tek wo­jow­ni­ków. Ar­ta­ir ścią­gnął z głowy kap­tur. Od­po­wie­dział spoj­rze­niem ob­ser­wu­ją­cym go żoł­nie­rzom, lecz żaden z nich nie od­wró­cił wzro­ku. Wę­dro­wiec kro­czył śmie­lej niż do­tych­czas. Za­trzy­mał się do­pie­ro, gdy dwóch straż­ni­ków za­gro­dzi­ło mu drogę przed samym na­mio­tem do­wódz­twa.

 

– Hola! Wiesz, dokąd le­ziesz?

 

– Do wa­sze­go do­wód­cy.

 

– Tak, brat­ku? – wark­nął drugi z żoł­da­ków. – Nie wiem, kto cię tu wpu­ścił, lecz tutaj koń­czy się twoja droga.

 

– Nie za­mie­rzam na­rzu­cać się wa­sze­mu przy­wód­cy, jeśli to was drę­czy. Za­cze­kam, jeśli trze­ba, lecz pro­szę, by­ście prze­ka­za­li mu wia­do­mość, że pra­gnę się z nim wi­dzieć.

 

– A po co to taka ła­chu­dra chcia­ła­by się wi­dzieć z ka­pi­ta­nem, hę?

 

– Chcę się do was za­cią­gnąć.

 

Na­jem­nik zmie­rzył go wzro­kiem i prych­nął.

 

– Ty? Szu­kasz dar­mo­we­go żar­cia, przy­błę­do? Już­żeś roz­wście­czył wszyst­kie wio­ski do­oko­ła swoim skom­le­niem? Za­cią­gnąć się, phi!

 

– To nie przy­tu­łek, bra­cie. Chcesz do nas do­łą­czyć, mu­sisz się nam na coś przy­dać. A nie wy­glą­dasz na ta­kie­go, coś umiał.

 

– Nie wam to oce­niać – od­parł chłod­no. – Po­in­for­muj­cie ka­pi­ta­na o moim przy­by­ciu.

 

Żoł­nierz na­chy­lił się do twa­rzy Ar­ta­ira tak bli­sko, że nie­mal sty­ka­li się czub­ka­mi nosów.

 

– Nie – szep­nął.

 

Cięż­ki odór ce­bu­li wio­nął w noz­drza przy­by­sza. Lepki dreszcz obrzy­dze­nia prze­biegł po ciele męż­czy­zny, gdy z le­d­wo­ścią opa­no­wał się, by nie zmarsz­czyć nosa.

 

– Wynoś się stąd, łach­my­to! – wark­nął straż­nik, wra­ca­jąc na swój po­ste­ru­nek. – Nie ma tu miej­sca dla ta­kich jak ty. Nie szu­ka­my no­wych.

 

Ar­ta­ir przyj­rzał się obu żoł­nie­rzom i kątem oka do­strzegł, jak na­jem­ni­cy w po­bli­żu za­prze­sta­li swej pracy i przy­glą­da­li się im z za­in­te­re­so­wa­niem. Wes­tchnął cięż­ko i spu­ścił wzrok, ale nie cof­nął się.

 

– Co jest, dzia­dzie? Nie sły­sza­łeś, com po­wie­dział? Zjeż­dżaj!

 

– Czym ci za­wi­ni­łem, że tak mnie ob­ra­żasz?

 

Ar­ta­ir wy­pro­sto­wał się i wbił spoj­rze­nie w oczy na­jem­ni­ka. Jego wzrok, bły­ska­ją­cy zie­le­nią tak ja­skra­wą, jakby pro­mie­nio­wa­ła wła­snym świa­tłem, zda­wał się prze­wier­cać ciało żoł­nie­rza głę­bo­ko, się­ga­jąc aż po trze­wia. Straż­nik ze­sztyw­niał, a jego po­wie­ki unio­sły się w zdu­mie­niu.

 

– Czy po­dar­te szaty to dość, byś mógł łajać mnie do woli? Nie wstyd ci, kpić ze mnie tuż pod nosem do­wód­cy? Milcz, swo­łocz – syk­nął. – Do­nieś o mnie twemu panu!

 

Twarz na­jem­ni­ka sfla­cza­ła, a mięk­kie pod­gar­dle za­drża­ło jak ga­la­re­ta. Wzrok męż­czy­zny, choć trząsł się pa­nicz­nie, szu­ka­jąc uciecz­ki, nie był zdol­ny unik­nąć spoj­rze­nia Ar­ta­ira. Żoł­nierz opa­no­wał się i zmarsz­czył brwi.

 

– Nie – po­wie­dział, ale w jego gło­sie tkwi­ła wy­raź­na nuta sła­bo­ści.

 

Z wnę­trza na­mio­tu do­bie­gły ich stłu­mio­ne szep­ty i tupot, a po chwi­li ze środ­ka wy­szedł nad­zwy­czaj po­staw­ny męż­czy­zna.

 

Ol­brzym, błysz­czą­cy i czar­ny jak świe­żo na­oli­wio­ny heban, sta­nął kilka kro­ków przed Ar­ta­irem. Jego tors, zu­peł­nie nagi, roz­py­cha­ły zda­ją­ce się roz­ry­wać skórę od środ­ka zwały mu­sku­łów. Mię­śnie za­gra­ły na bar­kach ol­brzy­ma, gdy wsparł ręce na bio­drach, a jego spoj­rze­nie spo­tka­ło się ze wzro­kiem Ar­ta­ira. Zimny dreszcz zbiegł po ple­cach przy­by­sza. Ciem­no­skó­ry męż­czy­zna zmarsz­czył brwi.

 

– Czar­ny Kolos – wy­szep­tał Ar­ta­ir.

 

– Jak się zwiesz, przy­by­szu?

 

Głos Ko­lo­sa za­grzmiał ogłu­sza­ją­co, jakby to nie on, a bo­go­wie wy­po­wia­da­li te słowa, przy­glą­da­jąc się im z nie­bios. Ar­ta­ir uśmiech­nął się uprzej­mie.

 

– Ar­ta­ir. – Skło­nił głowę.

 

– Gorn – rzu­cił oschle, a gęsty wąs za­trząsł się nad jego usta­mi. – Chcesz do nas do­łą­czyć… Jak mo­żesz się nam przy­dać?

 

– Po­tra­fię wal­czyć.

 

– Och! – za­śmiał się. – Za­iste. Ale tutaj każdy to po­tra­fi. Py­ta­łem, do czego mo­żesz nam się przy­dać.

 

Ar­ta­ir zmru­żył oczy i za­my­ślił się. Wes­tchnął cięż­ko, jakby usi­ło­wał prze­ko­nać się do zro­bie­nia bar­dzo trud­ne­go kroku.

 

– Ru­sza­cie na wojnę z Khyr­gi­ta­mi – po­wie­dział w końcu. – Znam ten lud. Bar­dzo do­brze go znam.

 

– Jak do­brze?

 

– Przez kilka lat żyłem wśród tych ludzi. Ja­dłem z nimi, spa­łem obok nich, upra­wia­łem ich zie­mię i pie­lę­gno­wa­łem ich trzo­dy. Można po­wie­dzieć, że byłem jed­nym z nich.

 

Gorn zlu­stro­wał go spoj­rze­niem, a w jego oczach od­bi­ja­ła się nie­uf­ność.

 

– Trud­no mi uwie­rzyć, by ci bar­ba­rzyń­cy byli skłon­ni przy­jąć ja­kie­go­kol­wiek ob­ce­go w swoje sicze. Prę­dzej w jasyr. Po­tra­fisz po­twier­dzić swoje słowa?

 

Twarz przy­by­sza prze­biegł le­d­wie do­strze­gal­ny skurcz, jakby mię­śnie drgnę­ły bez­wied­nie, po­ru­szo­ne któ­rymś ze słów ol­brzy­ma. Ar­ta­ir opa­no­wał się bły­ska­wicz­nie i skar­cił w duszy. Nie mógł po­zwo­lić sobie na oka­za­nie sła­bo­ści.

 

– Mogę je po­twier­dzić wie­dzą, jaką po­sia­dam o tym lu­dzie. Nie wiem, czy mam co­kol­wiek, co świad­czy­ło­by o ich praw­dzi­wo­ści. Może…

 

Się­gnął pod połę płasz­cza i od­piął coś od pasa. Spod okry­cia wy­chy­nął długi szty­let. Męż­czy­zna zła­pał za po­żół­kłą kość rę­ko­je­ści i wy­szarp­nął broń z po­chwy. Ostrze, nie­zwy­kle cien­kie jak na szty­let tej dłu­go­ści – dość cien­kie, by wśli­zgnąć się mię­dzy oczy kol­czu­gi – lśni­ło bla­skiem innym niż ja­ka­kol­wiek stal, jaką można było spo­tkać na po­łu­dnie od Po­gra­ni­cza. Mlecz­ną klin­gę obie­ga­ły nie­re­gu­lar­ne za­wi­ja­sy, przy­po­mi­na­ją­ce bar­dziej żywą ma­te­rię niż dzie­ło ko­wal­skie­go rze­mio­sła. Wy­ko­na­no ją z kości. Gorn na­chy­lił się nieco w przód, by le­piej przyj­rzeć się broni.

 

– To tesz?

 

– Tak.

 

– Ro­zu­miem. – Gorn po­ki­wał głową i na­my­ślał się przez dłuż­szą chwi­lę, po czym jego spoj­rze­nie padło na oczy Ar­ta­ira. – Mimo to nie chcę cię przy­jąć.

 

Ar­ta­ir zmarsz­czył brwi..

 

– Nie ro­zu­miem. Dla­cze­go?

 

– Spójrz na sie­bie – po­wie­dział i ob­szedł Ar­ta­ira do­ko­ła. – Nie masz nawet dość pie­nię­dzy, by za­ła­tać te łach­ma­ny, a co do­pie­ro, by kupić pan­cerz. Masz w ogóle hełm albo cho­ciaż tar­czę?

 

– Mam miecz.

 

– I co ci po nim, jak ci ktoś roz­pła­ta łeb? – Wes­tchnął. – Nie! Nie za­mie­rzam kopać grobu dla ko­lej­ne­go de­spe­ra­ta. Nie wiem, co pchnę­ło cię, by wy­brać tę drogę, ale do­brze ci radzę – od­puść. Albo przy­naj­mniej naj­pierw się wy­po­saż.

 

– Nie po­trze­bu­ję zbroi. Wal­czę bez niej.

 

Gorn uśmiech­nął się kpią­co.

 

– Jeśli jej nie po­trze­bu­jesz, to szu­kaj szczę­ścia w kró­lew­skiej armii. Tam chęt­nie cię wezmą za mięso ar­mat­nie.

 

Ol­brzym wes­tchnął i ob­ró­cił się, od­cho­dząc do na­mio­tu. Twarz Ar­ta­ira po­zo­sta­ła bez wy­ra­zu. Przy­mknął oczy, znu­żo­ny, i wy­szarp­nął miecz spod po­dar­tych szat. Ostrze świ­snę­ło zbyt szyb­ko, by kto­kol­wiek z obec­nych zdo­łał je do­strzec. Deszcz zro­sił długą i wąską klin­gę, która za­mar­ła wy­gię­ta w fi­ne­zyj­nym łuku, ze szty­chem wy­ce­lo­wa­nym mię­dzy ło­pat­ki do­wód­cy. Gorn ob­ró­cił się po­wo­li. Wszel­kie emo­cje speł­zły z jego twa­rzy, która teraz bar­dziej przy­po­mi­na­ła ba­zal­to­we po­pier­sie sta­ro­żyt­ne­go bo­ha­te­ra niż żywe ciało.

 

– Wy­zy­wam cię, Gor­nie – po­wie­dział Ar­ta­ir.

 

– Tak cię ura­zi­łem? – Uśmiech­nął się po­nu­ro. – Nie, nie przyj­mu­ję wy­zwa­nia.

 

– Ura­zi­łeś? Nie, sły­sza­łem dużo gor­sze wy­zwi­ska. Chciał­bym tylko po­znać praw­dę o zdol­no­ściach Czar­ne­go Ko­lo­sa. Wiele o nich sły­sza­łem.

 

– Do­praw­dy? W takim razie bę­dziesz mu­siał za­do­wo­lić się plot­ka­mi. Że­gnaj.

 

Gorn wierz­chem dłoni od­su­nął miecz przy­by­sza, lecz w jed­nej chwi­li uśmiech znik­nął z jego twa­rzy, a oczy ol­brzy­ma roz­war­ły się sze­ro­ko i bły­snę­ły na tle he­ba­no­wej skóry jak dwa księ­ży­ce. Ob­ró­cił klin­gę pła­zem do góry i od­sło­nił drob­ny gra­we­ru­nek tuż pod jel­cem.

 

– Czte­ro­skrzy­dły orzeł… Nie je­steś zwy­kłym że­bra­kiem.

 

Gorn wes­tchnął i uśmiech­nął się.

 

– Do­brze. Przyj­mu­ję twoje wy­zwa­nie. – Ro­zej­rzał się. – Tutaj? Na tym placu?

 

Ar­ta­ir przy­tak­nął.

 

– Zatem po­zo­sta­je tylko okre­ślić, co po­sta­wi­my na szali.

 

– Jeśli wy­gram – po­wie­dział Ar­ta­ir – przyj­miesz mnie do swo­je­go od­dzia­łu.

 

– Tak, to żadna nie­spo­dzian­ka. A jeśli prze­grasz?

 

– Ty zde­cy­duj – od­parł, od­cho­dząc na drugi ko­niec błot­ni­ste­go placu.

 

– Hmm… – Męż­czy­zna za­czął bez­wied­nie krę­cić wąsa. – Tak… Twój miecz. Co po­wiesz?

 

Ar­ta­ir przyj­rzał się swo­jej broni i za­my­ślił się. Jego twarz stę­ża­ła. Przy­tak­nął.

 

– Zgoda.

 

Oczy Gorna za­lśni­ły.

 

– Hoho! No, tego się nie spo­dzie­wa­łem. Nie bój się, bę­dzie mu do­brze u mo­je­go pasa.

 

– Nie sądzę – od­parł chłod­no – by kie­dy­kol­wiek na nim za­wisł.

 

Męż­czyź­ni stali na­prze­ciw sie­bie na brze­gach okrą­głe­go pla­cy­ku. Dzie­li­ło ich może dzie­sięć łokci – dość mało, by z ła­two­ścią mogli do­strzec ro­sną­ce na­pię­cie w oczach prze­ciw­ni­ka. Wokół ze­brał się kor­don na­jem­ni­ków, któ­rzy mimo ulewy wy­szli spod da­chów, by być świad­ka­mi po­je­dyn­ku swego ka­pi­ta­na. Ar­ta­ir po­grze­bał butem w bło­cie. Śli­sko. Bar­dzo śli­sko. Po­pra­wił miecz w dłoni i przyj­rzał się czar­no­skó­re­mu męż­czyź­nie. Gorn, który na dłuż­szą chwi­lę znik­nął w swoim na­mio­cie, zdą­żył za­ło­żyć już pan­cerz z ciem­nej, nie­oszli­fo­wa­nej stali. Gruby metal roz­cho­dził się na most­ku na czwo­ro i opla­tał tors na kształt wiel­kie­go owada. Niż­sze płyty kryły pod sobą żebra i zgrab­nie prze­cho­dzi­ły w seg­men­to­we pasy na brzu­chu. Tylko jedno, prawe ramię wo­jow­ni­ka chro­ni­ły ma­to­we bla­chy, spię­te razem ru­cho­mym nitem, a naj­wyż­szą z nich za­dar­to w górę przy oboj­czy­ku, gdzie sta­wa­ła się tar­czą dla od­sło­nię­tej szyi. U gru­be­go skó­rza­ne­go pasa ol­brzym zwie­sił trzy mie­cze. Zgrab­nym ru­chem wy­su­nął jeden z nich z po­chwy i wska­zał szty­chem na oręż Ar­ta­ira.

 

– Jak wi­dzisz, do­sko­na­le do­peł­ni moją ko­lek­cję. Czte­ry to boska licz­ba, nie mylę się?

 

Ar­ta­ir nie od­po­wie­dział. Przyj­rzał się broni ry­wa­la ze skry­tym w duszy za­chwy­tem. Sre­brzy­sta klin­ga mie­ni­ła się głę­bo­ką zie­le­nią, jakby pod cien­ką war­stwą prze­źro­czy­stej stali błysz­cza­ło dru­gie ostrze. Miecz, gdyby nie jego nad­zwy­czaj­na sze­ro­kość, zda­wał­by się śmiesz­nie mały w rę­kach ta­kie­go gi­gan­ta.

 

Gorn za­ata­ko­wał pierw­szy. Wy­strze­lił w stro­nę przy­by­sza z gib­ko­ścią, ja­kiej próż­no by­ło­by szu­kać u naj­zręcz­niej­szych wo­jow­ni­ków, nawet tych znacz­nie drob­niej­szej po­stu­ry. Ska­kał jak kot, stale zmie­nia­jąc kie­ru­nek na­tar­cia, aż wresz­cie po­tęż­nym za­ma­chem ciął z góry. Ar­ta­ir zręcz­nie usko­czył w tył i uniósł klin­gę, by się za­sło­nić. Serce pod­sko­czy­ło mu do gar­dła, gdy nie po­czuł ude­rze­nia. Jego prze­ciw­nik w ostat­niej chwi­li zwi­nął się w pi­ru­ecie i siekł z boku, ce­lu­jąc w od­sło­nię­te udo. Ostrze pruło po­wie­trze jak gnany sztor­mem ga­le­on. Ar­ta­ir utknął w nie­sta­bil­nym wy­kro­ku, nie­zdol­ny wy­ko­nać na czas ko­lej­ne­go uniku. Po­zo­sta­ło mu tylko cze­kać, aż do­się­gnie go cios prze­ciw­ni­ka. Nigdy nie spo­dzie­wał­by się ta­kiej pręd­ko­ści po kimś tak słusz­nych roz­mia­rów. Choć strach prze­szył go na mo­ment swą lo­do­wa­tą igłą, ru­ty­na i za­war­ta w ciele pa­mięć przy­wró­ci­ły spo­kój myśli. Przy­bysz runął na zie­mię i prze­tur­lał się pod świsz­czą­cym ostrzem, jak worek łach­ma­nów. Ar­ta­ir po­de­rwał się z ziemi i strzą­snął chłod­ne błoto z czoła. Nie po­wtó­rzy drugi raz tego sa­me­go błędu.

 

– Nie­wie­le fi­ne­zji w tym uniku. – Gorn uśmiech­nął się kpią­co. – Dalej je­steś taki pewny swego?

 

Oczy Ar­ta­ira roz­war­ły się sze­ro­ko, gdy wpił wzrok w prze­ciw­ni­ka. Nie od­po­wie­dział, a jego twarz po­zo­sta­ła obo­jęt­na. Wie­dział, że Gorn pró­bu­je go zde­ner­wo­wać.

 

– Cóż, tym le­piej. Twój miecz na­praw­dę przy­padł mi do…

 

Biała czu­pry­na śmi­gnę­ła w po­wie­trzu ponad roz­smu­żo­ną szatą, a potok za­wzię­tych jak ukłu­cia owada cięć po­sy­pał się na Gorna. Ka­pi­tan cofał się krok za kro­kiem, nie­zdol­ny zna­leźć oka­zji na kontr­atak. Za­sko­cze­nie, które z po­cząt­ku wyj­rza­ło na jego twa­rzy, teraz spły­wa­ło z wolna, za­stą­pio­ne znacz­nie groź­niej­szym, pa­lą­cym jak ogień uczu­ciem. Nagle Ar­ta­ir spo­strzegł lukę w de­fen­sy­wie prze­ciw­ni­ka. Ma­leń­kie okno, przez które mógł wśli­zgnąć się ko­lej­ny cios. Za­wa­hał się na krót­ką chwi­lę. Chwi­lę temu nie­mal nie przy­pła­cił ży­ciem po­dob­nej lek­ko­myśl­no­ści. Nie. Tym razem było ina­czej. Wie­dział, że zdoła do­się­gnąć celu. Zresz­tą, czy miał lep­szy wybór? Pchnął w szyję, tuż po­ni­żej szczę­ki. Pa­trzył z uwagą, jak ostrze pnie się w górę, jak mija od­le­głą wrażą klin­gę, jak nie­mal muska skórę prze­ciw­ni­ka. Lecz sztych nigdy nie do­tarł celu. Gorn wy­krę­cił ramię i po­zwo­lił, by broń mi­nę­ła krtań o mniej niż cal i roz­bi­ła się na pan­cer­nym ra­mie­niu. Ar­ta­ir runął na­przód. Jego oczy roz­war­ły się sze­ro­ko, po czym za­ci­snę­ły z bólu, gdy Gorn rąb­nął go barem z niedź­wie­dzią siłą i po­słał da­le­ko w tył. Przy­bysz po­tur­lał się po gę­stym szla­mie. Ból eks­plo­do­wał w lewym ra­mie­niu, gdy tylko spró­bo­wał nim po­ru­szyć. Mu­siał je wybić. Pod­niósł się z tru­dem, wspar­ty o miecz, śli­zga­jąc się po grzą­skiej ziemi. Spoj­rzał na Gorna ze zdu­mie­niem. Ar­ta­ir nigdy nie wal­czył z kimś, kto ucie­kał­by się do brud­nych sztu­czek. Ry­zy­ko­wać prze­bi­tym gar­dłem tylko po to, by za­sko­czyć prze­ciw­ni­ka?

 

– Je­steś sza­lo­ny! – wark­nął, plu­jąc bło­tem. – Mo­głeś zgi­nąć, głup­cze!

 

– Mo­głem? – spy­tał z uśmie­chem.

 

Gorn za­szar­żo­wał, tym razem tnąc od dołu. Ar­ta­ir za­wa­hał się. Czy to ko­lej­ny zwód? Nie, jego prze­ciw­nik nie za­ry­zy­ko­wał­by dwa razy tej samej sztucz­ki. A jed­nak… Co jeśli prze­wi­dział, że tak wła­śnie po­my­śli? Ar­ta­ir za­ci­snął zęby, go­tu­jąc się na spa­ro­wa­nie ciosu. Miał rację, to nie była finta. Ol­brzym ciął pro­sto w bok, lecz jego prze­ciw­nik wy­sko­czył na­przód i ob­ró­cił się w bły­ska­wicz­nym pi­ru­ecie. To był ten mo­ment! Mokry od desz­czu i potu kark wo­jow­ni­ka błysz­czał jasno, jakby wska­zy­wał punkt, w który Ar­ta­ir po­wi­nien zadać cios. Przy­bysz wy­ce­lo­wał i siek­nął w po­ty­li­cę. Ostrze roz­cię­ło skórę i za­zgrzy­ta­ło o kość. Nagle jakaś siła szarp­nę­ła Ar­ta­irem w dół, jak szma­cia­ną lalką. Wy­ba­łu­szył oczy, nie ro­zu­mie­jąc, co się stało, lecz po chwi­li, ku swemu wiel­kie­mu za­wo­do­wi, umysł wy­kry­sta­li­zo­wał od­po­wiedź. Prawa noga, którą za­parł się o zie­mię, za­pa­dła się w bło­cie i ze­śli­zgnę­ła z im­pe­tem. Ścię­gna w pa­chwi­nach za­pie­kły bo­le­śnie, gdy męż­czy­zna utknął w nie­zgrab­nym szpa­ga­cie. Ar­ta­ir mógł tylko pa­trzeć, jak kark prze­ciw­ni­ka od­da­la się z każdą chwi­lą, jak Gorn ob­ra­ca się i bie­rze za­mach, ce­lu­jąc w czoło. Wę­dro­wiec za­mknął oczy. Tępy, dud­nią­cy pod czasz­ką ból wybił swoje pierw­sze ude­rze­nie na skle­pie­niu czasz­ki, a potem, jak zegar po­wta­rza swą wia­do­mość, tak drę­czą­ce uczu­cie roz­la­ło się po resz­cie ciała. Ar­ta­ir ze­sztyw­niał i runął w ka­łu­żę mułu. Do­pie­ro po chwi­li, gdy jego umysł prze­stał wresz­cie pul­so­wać, łap­czy­wie po­łknął pierw­szy haust po­wie­trza. Spoj­rzał na ty­ta­nicz­ną, cie­ni­stą syl­wet­kę, która za­wi­sła nad nim jak śmier­tel­ny omen.

 

– To ko­niec – rzekł Gorn.

 

Ar­ta­ir nie od­po­wie­dział. Za­mknął oczy.

 

– Ostat­ni cios byłby śmier­tel­ny, gdy­bym ude­rzył ostrzem – po­wie­dział Gorn, po­da­jąc mu rękę. – Wsta­niesz?

 

Wę­dro­wiec po­krę­cił głową. Z tru­dem, pod­pie­ra­jąc się rę­ka­mi i śli­zga­jąc się w bło­cie zdrę­twia­ły­mi no­ga­mi, wstał. Gorn cof­nął rękę i zlu­stro­wał go wzro­kiem.

 

– Je­steś cał­kiem nie­zły, muszę przy­znać – stwier­dził, ocie­ra­jąc krew z karku. – Może… może warto dać ci szan­sę.

 

Ręka Gorna znów wy­cią­gnę­ła się do przy­by­sza, lecz Ar­ta­ir znów jej nie uści­snął.

 

– Nie, nie. – Gorn po­krę­cił głową. – Twój miecz.

 

Ar­ta­ir za­ci­snął dłoń na rę­ko­je­ści, aż rze­mień za­skrzy­piał pod jej na­ci­skiem. Męż­czy­zna wes­tchnął cięż­ko i po krót­kim wa­ha­niu wrę­czył broń zwy­cięz­cy.

 

– Zgod­nie z umową – po­wie­dział.

 

– Zgod­nie z umową – zgo­dził się Gorn. – A poza nią, umyj się i wy­pierz te łach­ma­ny. Moi żoł­nie­rze nie mogą wy­glą­dać jak ła­chu­dry. Od dziś słu­żysz pod Fey. Znajdź ją. Nie mu­sisz się mar­twić, czy da ci wiarę. Pa­trząc na to, ilu ludzi ze­bra­ło się na wi­do­wi­sko, z pew­no­ścią już o wszyst­kim wie.

 

Ar­ta­ir przy­tak­nął nie­znacz­nie i strzep­nął błoto z szat. Od­szedł. Gorn od­pro­wa­dził go wzro­kiem, po czym wró­cił do swo­je­go na­mio­tu. Otarł z brudu miecz Ar­ta­ira i przy­wie­sił do pasa obok po­zo­sta­łych. Usiadł za nie­wiel­kim biur­kiem i wpa­trzył się w mi­ga­ją­cy za szkłem lampy pło­mień. Nie po­tra­fił po­zbyć się wra­że­nia, że wszyst­ko, co przed chwi­lą się wy­da­rzy­ło, od sa­me­go po­cząt­ku zo­sta­ło za­pla­no­wa­ne przez Ar­ta­ira. Nawet jego prze­gra­na. Szcze­gól­nie ona. W końcu osią­gnął to, czego chciał.

 

– To nie­bez­piecz­ny czło­wiek – wy­szep­tał Gorn.

 

~✵~✵~✵~✵~✵~

 

Fey prze­by­wa­ła razem ze swymi ludź­mi w kan­ty­nie. Sie­dzie­li przy dłu­gich sto­łach i jedli coś z pa­ru­ją­cych garncz­ków. Ar­ta­ir od razu ją roz­po­znał. Była je­dy­ną ko­bie­tą w całej ban­dzie.

 

– To ty prze­gra­łeś dzi­siaj z Gor­nem, praw­da? – spy­ta­ła, zanim zdą­żył co­kol­wiek po­wie­dzieć.

 

– Tak.

 

– I jak? Za­do­wo­lo­ny z wy­mia­ny? – Nie pa­trzy­ła na przy­by­sza. Sku­pia­ła się tylko na po­sił­ku. – Twój miecz za moż­li­wość roz­pła­ta­ne­go brzu­cha albo za­ro­bie­nia noża pod żebro. Nie brzmi, jakby się to opła­ca­ło.

 

– Ina­czej bym na nią nie przy­stał.

 

Fey uśmiech­nę­ła się i wsta­ła od sto­li­ka. Jej to­wa­rzy­sze od­pro­wa­dzi­li ją wzro­kiem, lecz zaraz spoj­rze­li na przy­by­sza.

 

– Mam ci to wy­tłu­ma­czyć szyb­ko czy do­kład­nie?

 

– Szyb­ko.

 

Prych­nę­ła.

 

– No tak, nie wy­da­jesz się zbyt roz­ga­da­ny. Słu­chaj, w moim od­dzia­le są tylko trzy za­sa­dy. Pierw­sza: nie daj się zabić, a już na pewno nie daj z sie­bie ścią­gnąć zbroi. Sporo kosz­tu­ją, le­piej żeby zo­sta­ły w ro­dzi­nie. Druga: słu­chasz się we wszyst­kim mnie. Żad­nych sa­mo­dziel­nych akcji, żad­ne­go zgry­wa­nia bo­ha­te­ra. Je­steś pode mną, ka­pu­jesz?

 

– Oczy­wi­ście.

 

– A trze­cia: nawet nie pró­buj być chło­pem.

 

– Być chło­pem?

 

– Śmier­dzieć chło­pem, chlać jak chłop, żar­to­wać jak chłop. Zo­ba­czę coś ta­kie­go, to spio­rę cię tak, że łomot od Gorna wspo­mnisz cie­pło jak noc u ko­cha­ni­cy.

 

– Spo­koj­nie – od­parł Ar­ta­ir z uprzej­mym uśmie­chem – ja tylko tak wy­glą­dam.

 

– Zro­zu­mia­no?

 

– Ro­zu­miem.

 

– Więc już wiesz, jak brzmi twój pierw­szy roz­kaz. – Spoj­rza­ła wy­mow­nie na jego ubło­co­ny strój. – I znajdź sobie jakąś broń. Andre po­wi­nien mieć coś dla cie­bie. Marg­dhal!

 

Od stołu od­sko­czył młody chło­pak i po­pę­dził do Fey. Miał naj­wy­żej szes­na­ście lat.

 

– Po­ka­żesz mu drogę? Chyba też mia­łeś do niego iść, praw­da?

 

– Tak, oczy­wi­ście! – Chło­pak za­wo­łał z en­tu­zja­zmem, po czym od razu zwró­cił się do Ar­ta­ira i podał mu rękę. – Cześć! Miło po­znać. Je­stem Marg­dhal.

 

Dzie­ciak uśmie­chał się per­li­ście, a jego oczy ja­śnia­ły nie­win­nym bla­skiem. Zimny cień spo­wił duszę Ar­ta­ira. To nie były oczy kogoś, kto wi­dział wojnę. Męż­czy­zna uśmiech­nął się po­nu­ro i uści­snął rękę chło­pa­ka.

 

– Ar­ta­ir. Miło usły­szeć przy­ja­zne po­wi­ta­nie. – Spoj­rzał na Fey i skło­nił głowę. – Wy­ko­nam. Dzię­ku­ję.

 

Fey od­wró­ci­ła się i z po­wro­tem za­sia­dła do po­sił­ku.

 

– Nie przej­muj się – rzu­cił Marg­dhal, mach­nąw­szy ręką, i ru­szył przed sie­bie. – Trak­tu­ją cię tak, bo je­steś świe­żak. Mnie też tak trak­to­wa­li, ale szyb­ko się za­kum­plo­wa­li­śmy.

 

– Ty też je­steś świe­żak, praw­da?

 

– Ja? Nie! – Po­krę­cił za­ma­szy­ście głową. – Skąd! Już z mie­siąc tu z nimi je­stem.

 

– Mie­siąc, tak? Wal­czy­łeś już?

 

Mina Marg­dha­la zrze­dła. Po­krę­cił usta­mi, jakby wy­grze­by­wał coś z dzią­sła.

 

– Nie – od­parł po chwi­li. – Ale sporo tre­no­wa­łem. Fey jest świet­na w walce na mie­cze. Dużo mnie na­uczy­ła.

 

– Nie wąt­pię. Wy­glą­da na od­waż­ną ko­bie­tę.

 

– Na od­waż­ne­go żoł­nie­rza – po­pra­wił go Marg­dhal.

 

~✵~✵~✵~✵~✵~

 

– Su­kin­sy­ny! Czemu te śmier­dzą­ce psy muszą tak krą…

 

Khyr­gic­ka strza­ła nie po­zwo­li­ła mu do­koń­czyć myśli. Prze­bi­ła się z brzdę­kiem przez bla­chę hełmu i ugrzę­zła w czasz­ce. Ar­ta­ir cof­nął się o krok, by ciało to­wa­rzy­sza nie ru­nę­ło wprost na niego. Padł na ko­la­na i wy­rwał tar­czę z tru­pich rąk. Przy­lgnął ple­ca­mi do in­ne­go żoł­nie­rza. Strza­ły po­sy­pa­ły się na pu­klerz jak grad i z trza­skiem wbiły w deski. Męż­czy­zna syk­nął bo­le­śnie i za­ci­snął palce na uchwy­cie.

 

– Wy­strze­la­ją nas tu jak ba­żan­ty! – za­wo­łał na­jem­nik za jego ple­ca­mi. – Gdzie jest do­wód­ca?!

 

– Tra­fi­li go! – krzyk­nął ktoś po ich pra­wej stro­nie.

 

Żoł­nierz wy­pu­ścił strza­łę, zmia­ta­jąc khyr­gic­kie­go strzel­ca z konia. Inny po­cisk świ­snął tuż przed jego twa­rzą i po­zo­sta­wił głę­bo­ką szra­mę na po­licz­ku. Męż­czy­zna na­cią­gnął cię­ci­wę, jakby zu­peł­nie nie za­uwa­żył rany.

 

– Wal­nę­li go chwi­lę temu.

 

– Ranny?

 

– Mar­twy.

 

– Cho­le­ra! Kto do­wo­dzi?

 

– Skąd mam wie­dzieć? Ledwo was widzę w tym kurzu.

 

Ar­ta­ir wes­tchnął cięż­ko. Khyr­gic­ka jazda za­mknę­ła ich w pier­ście­niu i w za­le­d­wie kilka minut zdzie­siąt­ko­wa­ła ich siły. Byli od­cię­ci. Je­dy­nie dys­cy­pli­na i wola prze­ży­cia trzy­ma­ły resz­tę ich od­dzia­łu w szyku, ina­czej już dawno zgi­nę­li­by stra­to­wa­ni pod ko­py­ta­mi khyr­gic­kich koni. Zo­sta­li sami i sami mu­sie­li się ura­to­wać. Ar­ta­ir uśmiech­nął się w duchu. Szan­sa, na którą cze­kał tak długo, wła­śnie na­de­szła.

 

– Jak się na­zy­wasz? – rzu­cił do żoł­nie­rza za swo­imi ple­ca­mi.

 

– Co? Mark.

 

– Słu­chaj, Mark. Bie­gnij na prawą flan­kę i każ wszyst­kim za­cie­śnić szyk. Mu­si­my ze­brać się w for­ma­cję.

 

– Co? – żach­nął się. – Coś ty w ogóle za jeden? Zwa­rio­wa­łeś? Ni­g­dzie się stąd nie ru­szam. Tylko wy­sta­wię…

 

– Słu­chaj mnie! – roz­ka­zał Ar­ta­ir.

 

Męż­czy­zna za­milkł zmie­sza­ny sta­now­czo­ścią nie­zna­jo­me­go. Skrzy­wił się.

 

– Mam plan – kon­ty­nu­ował Ar­ta­ir. – Chcesz prze­żyć, to słu­chaj. Wy­pro­wa­dzę nas stąd.

 

– Co ty bre­dzisz? Nie wi­dzisz, że…

 

– Idź! – roz­ka­zał i zła­pał męż­czy­znę za ramię.

 

Mark ob­ró­cił się i spoj­rzał w lśnią­ce, jasne oczy Ar­ta­ira.

 

– Za­ufaj mi – po­wie­dział Ar­ta­ir.

 

Męż­czy­zna przez chwi­lę wpa­try­wał się w niego z uwagą, po czym przy­tak­nął.

 

– Pójdę – po­wie­dział, lecz zaraz jego ton stał się ostrzej­szy. – Za­ufa­łem ci. Le­piej mnie nie za­wiedź!

 

Od­biegł, kry­jąc się za wznie­sio­ną tar­czą. Ar­ta­ir bez zwło­ki wy­sko­czył w prze­ciw­ną stro­nę. Sta­nął w miej­scu, gdzie po­je­dyn­czy pro­mień słoń­ca prze­bił się przez chmu­ry, i wbił miecz w sta­lo­we niebo.

 

– Dru­ży­na do mnie! – krzyk­nął do­no­śnie, a gar­dło za­pie­kło bo­le­śnie w pro­te­ście. – Za­ci­snąć szyk! For­mo­wać koło!

 

Żoł­nie­rze ob­ró­ci­li się w jego stro­nę. Ich oczy, z po­cząt­ku nie­uf­ne, za­pło­nę­ły, gdy tylko spo­strze­gły ską­pa­ną w słoń­cu syl­wet­kę Ar­ta­ira. Miecz w jego dłoni lśnił nie­ziem­skim bla­skiem, a twarz pro­mie­nia­ła jak ob­li­cze bó­stwa. Strach znik­nął z twa­rzy żoł­nie­rzy. Pę­dzi­li do Ar­ta­ira pew­nym kro­kiem, kry­jąc się przed cią­głym ostrza­łem za mu­ra­mi tarcz. Ar­ta­ir przyj­rzał się żoł­nie­rzom. W ich oczach do­strzegł obraz, jakim ma­lo­wa­li go w swoim gło­wach. Obraz wy­baw­cy.

 

Nie­do­bit­ki od­dzia­łu zlały się w burą plamę; przy­by­li nawet ci, któ­rzy utknę­li w nie­wiel­kim cyplu, skąd wy­pro­wa­dził ich Mark. Ar­ta­ir zstą­pił mię­dzy nich.

 

– Żoł­nie­rze na obrze­żu, za­sła­niaj­cie nas tar­cza­mi od boków, resz­ta chro­ni góry! – za­wo­łał, wśli­zgu­jąc się w cia­sny szyk i wzno­sząc tar­czę ponad głowę.

 

Od­dział wy­ko­nał roz­kaz bez chwi­li zwło­ki. Tar­cze i zbro­je za­chrzę­ści­ły, gdy szyki po­ru­szy­ły się na kształt try­bów wiel­kiej ma­chi­ny. Jej ciało po­krył gruby pan­cerz, ma­lo­wa­ny w wie­lo­barw­ne wzory i herby. Strza­ły tłu­kły o deski, a ich nie­ustan­ny huk od­bi­jał się bez końca w cuch­ną­cych potem i krwią trze­wiach pan­cer­ne­go kręgu.

 

– Na­przód! – ryk­nął Ar­ta­ir.

 

Ru­szy­li. Z po­cząt­ku ospa­le, roz­cią­ga­jąc się w pła­ską elip­sę, by po chwi­li przy­brać formę grzbie­tu gi­gan­tycz­ne­go żuka i ru­szyć jak taran w krą­żą­cy wokół pier­ścień jeźdź­ców. Po­ci­ski, choć nadal świ­sta­ły mor­der­czo w po­wie­trzu, roz­bi­ja­ły się o tar­cze. Żoł­nie­rze parli na­przód, aż wresz­cie prze­raź­li­we psie wycie strzel­ców i rże­nie koni stało się nie­zno­śnie gło­śne. Ja­zgot wierz­chow­ców roz­niósł się w po­wie­trzu, gdy zwie­rzę­ta sta­wa­ły dęba tuż przed for­ma­cją. Jesz­cze kilka kro­ków, kilka kro­pli krwi. Udało im się. Głosy Khyr­gi­tów ci­chły. Ar­ta­ir ro­zej­rzał się i mię­dzy tar­cza­mi do­strzegł smugę przy­ja­ciel­skie­go sztan­da­ru. Uśmiech­nął się z dumą. To było tak pro­ste. Po­czuł czy­jąś dłoń na ra­mie­niu i ob­ró­cił się. Mark uśmie­chał się do niego. Włosy zle­pi­ły się na jego czole w czar­nym skrze­pie krwi.

 

– Udało ci się – za­śmiał się ra­do­śnie. – Ty szczę­śli­wy su­kin­sy­nu, udało ci się!

 

Ar­ta­ir od­po­wie­dział mu uśmie­chem.

 

– Nam się udało.

 

– Ranny!

 

Uśmiech spły­nął z twa­rzy Ar­ta­ira jak roz­pusz­czo­ny wosk. Męż­czy­zna ob­ró­cił się i prze­ci­snął do tyl­nych sze­re­gów.

 

– Kogo tra­fi­li?

 

– Ja­kie­goś dzie­cia­ka.

 

– Dzie­cia­ka? Gdzie on jest?

 

– Tra­fi­li go w nogę i upadł. Zanim zdą­ży­li­śmy za­re­ago­wać, już zo­stał z tyłu.

 

Ar­ta­ir prze­szedł do ostat­nie­go sze­re­gu i wyj­rzał przez szpa­rę. Kil­ka­na­ście kro­ków za nimi, mię­dzy zwa­ła­mi tru­pów, wił się z bólu młody chło­pak. Znał tego chło­pa­ka. Umysł Ar­ta­ira za­pło­nął. Już stał się bo­ha­te­rem, już osią­gnął swój cel. Ale… o ile więk­szym bo­ha­te­rem by się stał, gdyby ura­to­wał kogoś z po­zo­ru nie war­te­go ra­to­wa­nia? Tylko… czy warto?

 

– Prze­pu­ście mnie! – za­wo­łał.

 

Ro­ze­pchnął mur tarcz i runął na zie­mię, prze­my­ka­jąc zręcz­nie pod salwą strzał. Pu­ścił się pędem w stro­nę ran­ne­go chłop­ca i wpadł wśli­zgiem obok niego. Zła­pał chło­pa­ka za ra­mio­na. Ro­zej­rzał się. Od­dział khyr­gic­kiej jazdy odbił w ich stro­nę.

 

– Marg­dhal! Sły­szysz mnie?

 

– Ar­ta­ir? – syk­nął przez za­ci­śnię­te zęby.

 

– Nie martw się, wy­cią­gnę cię z tego.

 

– Nie! Osza­la­łeś? Ucie­kaj! Zo­staw!

 

– Już tu je­stem. I nie wrócę bez cie­bie.

 

Pod­niósł Marg­dha­la z ziemi. Chło­pak był tak lekki, tak kru­chy… Ar­ta­ir skrzy­wił się, wi­dząc, jak dzie­ciak zgiął się z bólu pod jego do­ty­kiem, ale nie za­trzy­mał się. Moc­niej przy­ci­snął go do pier­si i po­biegł w stro­nę swo­je­go od­dzia­łu.

 

– Bę­dzie do­brze – wy­sa­pał. – Już pra­wie.

 

Dzie­li­ło ich już nie wię­cej niż kil­ka­na­ście kro­ków od schro­nie­nia, gdy głu­chy, tępy ból eks­plo­do­wał w ra­mie­niu Ar­ta­ira. Męż­czy­zna zwa­lił się na zie­mię, upusz­cza­jąc Marg­dha­la obok sie­bie. Ar­ta­ir spoj­rzał na swoją rękę. Krwa­wy grot ster­czał nad łok­ciem. Męż­czy­zna syk­nął bo­le­śnie i pod­niósł się z ziemi. Choć ramię rwało i pie­kło jak przy­pa­la­ne ogniem, nie upadł z po­wro­tem. Nie mógł upaść. Nie teraz.

 

Mur tarcz roz­warł się na mo­ment i we­ssał żoł­nie­rzy w swoje trze­wia. Ar­ta­ir nie­mal nie upadł, gdy zo­rien­to­wał się, że jest już bez­piecz­ny. Dwóch to­wa­rzy­szy wspar­ło go na ra­mio­nach.

 

– Na­praw­dę je­steś sza­lo­ny – rzu­cił Mark, śmie­jąc się. – Sza­lo­ny i ku­rew­sko szczę­śli­wy.

 

Ar­ta­ir uśmiech­nął się po­nu­ro i prze­niósł wzrok na Marg­dha­la. Chło­pak pa­trzył na niego, jakby chciał coś po­wie­dzieć. Ar­ta­ir uśmiech­nął się i ski­nął uprzej­mie głową.

 

Od­le­gły huk wstrzą­snął zie­mią i ich pan­cer­ną for­ma­cją. Ar­ta­ir ro­zej­rzał się. Jego lu­dzie krę­ci­li gło­wa­mi we wszyst­kie stro­ny i mio­ta­li ocza­mi po są­sia­dach. Huk roz­pro­szył się w po­wie­trzu, a po chwi­li z jego echa wybił się ostrym szpi­kul­cem pisk. Z po­cząt­ku cichy, dźwięk na­ra­stał z każdą chwi­lą, aż prze­szył uszy żoł­nie­rzy ogłu­sza­ją­cym ja­zgo­tem. Ar­ta­ir spo­strzegł, jak gwizd skuł kru­che fa­sa­dy z twa­rzy na­jem­ni­ków i jak rysy każ­de­go z nich wy­gi­na­ją się w tym samym wy­ra­zie prze­ra­że­nia. Wie­dzie­li, co ozna­cza ten dźwięk.

 

Mor­der­czy grzmot wci­snął Ar­ta­ira głę­bo­ko w wodną toń. Świat za­milkł. Niema eks­plo­zja roz­wi­nę­ła się po­śród sze­re­gów jak ogni­sty kwiat i bły­ska­wicz­nie po­żar­ła naj­bliż­szych żoł­nie­rzy. Wy­buch roz­niósł się dalej, roz­rzu­ca­jąc ludzi, tar­cze i oręż w tan­trycz­nej pan­to­ni­mie, wci­ska­jąc za­pach siar­ki i pa­lo­nych pa­znok­ci w noz­drza. Brwi i włosy Ar­ta­ira zje­ży­ły się i stward­nia­ły w pa­lą­cym po­dmu­chu, a jego oczy za­szły drga­ją­cą plamą ognia. Po­wie­trze huk­nę­ło w pierś jak ko­wal­ski młot, wy­ci­ska­jąc reszt­ki od­de­chu z płuc. Ciało Ar­ta­ira od­le­cia­ło w tył jak drew­nia­na kukła. Runął na zie­mię. Echo ude­rze­nia roz­nio­sło się po ko­ściach i spa­ra­li­żo­wa­ło człon­ki. Do­pie­ro po dłuż­szej chwi­li udało mu się ru­szyć głową i spoj­rzeć w kie­run­ku eks­plo­zji.

 

Sfera dymu stop­nia­ła i opa­dła na zie­mię, gdzie kłę­bi­ła się mię­dzy sczer­nia­ły­mi szcząt­ka­mi. Po­roz­ry­wa­ne syl­wet­ki czoł­ga­ły się i wiły po po­bo­jo­wi­sku jak ro­bac­two, wy­peł­złe spod ziemi po ule­wie. Ich twa­rze wy­krzy­wia­ły się w ago­nii i cier­pie­niu w kształ­ty tak gro­te­sko­we, że nawet po­zba­wio­ny słu­chu Ar­ta­ir sły­szał jęki ko­na­ją­cych. Nie mógł wstać. Wpa­trzył się w ma­to­we niebo, a jego umysł wy­peł­nił spo­kój. Cichy, od­le­gły gwizd to je­dy­ne, co sły­szał, a drę­twe i obo­la­łe ciało roz­luź­ni­ło się, mro­wiąc, jakby zło­żył się do łóżka po cięż­kim dniu pracy. Uśmiech­nął się gorz­ko. Tak umie­ra jego ma­rze­nie. W bło­cie i krwi pod zi­mo­wym nie­bem.

 

Sa­mot­na strza­ła, czar­na igła na sta­lo­wym nie­bie, prze­mknę­ła ponad nim i za­nur­ko­wa­ła w khyr­gic­kie sze­re­gi. Tuż za nią po­dą­ży­ły ko­lej­ne, setki ko­lej­nych. Ar­ta­ir ob­ró­cił głowę i do­strzegł, jak w ich stro­nę szar­żu­je khyr­gic­ka kon­ni­ca. Byli bar­dzo bli­sko, zie­mia drża­ła opę­tań­czo pod ko­py­ta­mi ich wierz­chow­ców, lecz nadal nie pod­no­si­li włócz­ni. Ob­ró­cił głowę w drugą stro­nę i doj­rzał sze­re­gi mid­den­landz­kiej pie­cho­ty, go­to­wej na od­par­cie ataku. Z po­wro­tem przyj­rzał się pę­dzą­cej ka­wa­le­rii i za­śmiał się ża­ło­śnie. Tak nie­wie­le bra­ko­wa­ło. Kil­ka­set stóp. Tylko tyle dzie­li­ło ich od so­jusz­ni­ków. A teraz zginą tutaj, ro­ze­rwa­ni na ka­wał­ki przez ar­ty­le­rię lub zmiaż­dże­ni pod koń­ski­mi ko­py­ta­mi. Śmiał się, gdy grad strzał spadł na wrogą jazdę, jak wierz­chow­ce po­ty­ka­ły się o tru­chła i ła­ma­ły koń­czy­ny. Śmiał się nawet wtedy, gdy jeden z koni runął wprost na niego. Ucichł do­pie­ro, gdy ude­rze­nie wy­ci­snę­ło mu po­wie­trze z płuc. Ze­włok zwie­rzę­cia był cięż­ki. Ar­ta­ir od­dy­chał z tru­dem. A jed­nak nadal żył. Kon­ni­ca, choć ucier­pia­ła w po­przed­niej sal­wie, nadal pę­dzi­ła w jego stro­nę. Nie po­tra­fił wy­czoł­gać się spod tru­chła. Koń przy­gniótł mu ręce. Zatem los wcale nie oka­zał się dla niego ła­ska­wy. Trzy­mał go przy życiu, lecz tylko po to, by przed śmier­cią mógł zo­ba­czyć, jak umie­ra jego ma­rze­nie. Uśmiech­nął się cierp­ko. Chłod­ny, suchy wiatr owiał jego twarz, a słoń­ce od­bi­ło się zło­tem po bez­kre­sie traw. Chło­nął wzro­kiem mięk­ką jak mech fe­erię kwia­tów i zbóż, czuł ich ostry, gry­zą­cy w noz­drza za­pach. Za­pra­gnął tak jak daw­niej po­ło­żyć się wśród nich i uto­nąć w zie­lo­nej toni pół­noc­ne­go stepu. Lecz już nigdy nie zo­ba­czy tego miej­sca. Domu.

 

Sen roz­pły­nął się sprzed jego oczu, gdy ktoś zła­pał go za ra­mio­na. Ar­ta­ir spoj­rzał przed sie­bie. Za­wi­sła nad nim ciem­na, ko­lo­sal­na syl­wet­ka. Do­strzegł błysk zębów, gdy po­stać pró­bo­wa­ła coś do niego po­wie­dzieć. Z tru­dem udało mu się wy­łu­skać słowa spod nie­ustan­ne­go pisku, jaki wy­peł­niał mu uszy.

 

– Trzy­maj się, nowy. Nie za­sy­piaj.

 

Ar­ta­ir ro­zej­rzał się wokół, sen­nie ko­ły­sząc głową. Nie do­strzegł w po­bli­żu ni­ko­go poza Gor­nem; linie so­jusz­ni­ków stały nie­wzru­sze­nie i cze­ka­ły na szar­żę Khyr­gi­tów. Ar­ta­ir za­sta­na­wiał się, co robił tu Gorn. Po co tu przy­szedł? Po niego?

 

– Pa­mię­taj, nie za­sy­piaj! – Po­kle­pał go po ra­mie­niu swoją wiel­ką dło­nią i wstał. – Wy­trzy­masz.

 

Ar­ta­ir wy­krę­cił głowę i z kłę­bo­wi­skiem pytań w gło­wie ob­ser­wo­wał, jak jego ka­pi­tan pew­nym ru­chem wy­cią­ga miecz z po­chwy i przy­go­to­wu­je się do ataku. Oczy Gorna wwier­ca­ły się w pę­dzą­cą ku nim jazdę i pło­nę­ły na tle jego skóry jak kule roz­grza­nej do bia­ło­ści stali. Śnia­dy Khyr­gi­ta spiął konia i zni­żył włócz­nię. Grot zbli­żył się nie­bez­piecz­nie bli­sko skóry, by w mgnie­niu oka wy­strze­lić wy­so­ko ponad zie­mię i spaść obok głowy Ar­ta­ira, który za­stygł w nie­mym zdu­mie­niu. Gorn umknął przed włócz­nią w fan­ta­zyj­nym pi­ru­ecie, po czym ciął z góry w głowę prze­ciw­ni­ka. Ostrze od­rą­ba­ło czasz­kę od tu­ło­wia, po czym prze­szło na wylot przez koń­ski łeb, roz­ci­na­jąc ma­syw­ną szczę­kę w pół. Od­cię­ty ozór zwie­rzę­cia zwi­jał się fre­ne­tycz­nie w po­wie­trzu jak rzu­co­na w ogień żmija, a po chwi­li upadł na pia­sek.

 

Oczy na­past­ni­ków na krót­ki mo­ment za­szły trwo­gą, lecz zaraz jej miej­sce za­ję­ło ogni­ste wzbu­rze­nie. W chó­ral­nym ryku wście­kło­ści rzu­ci­li się na sa­mot­ne­go wo­jow­ni­ka jak sfora dzi­kich psów. Gorn wy­pro­wa­dził ko­lej­ne cię­cie, któ­rym zmiótł z koni dwóch żoł­nie­rzy. Ich wierz­chow­ce za­ta­ra­so­wa­ły drogę ko­lej­nym prze­ciw­ni­kom. Trzech okrą­ży­ło Gorna i pchnę­ło jed­no­cze­śnie mię­dzy ło­pat­ki. Męż­czy­zna ob­ró­cił się w mgnie­niu oka, zła­pał za drze­wiec żoł­nie­rza po swo­jej pra­wej stro­nie i szarp­nął, zrzu­ca­jąc Khyr­gi­tę z konia. Gorn bez wa­ha­nia pchnął go szty­chem w krtań. Jeź­dziec za­trząsł się w kon­wul­sjach i za­stygł do­pie­ro, gdy jego spa­ni­ko­wa­ny wierz­cho­wiec na­dep­nął mu na głowę, wy­ci­ska­jąc mózg przez szcze­li­ny hełmu. Zwie­rzę wierz­gnę­ło ko­py­ta­mi. Gorn rąb­nął je pię­ścią w pierś, a dłoń za­głę­bi­ła się w ciele po nad­gar­stek. Koń zawył ża­ło­śnie i zwa­lił się bez życia na są­sied­nie­go wierz­chow­ca. Po­zo­sta­li dwaj Khyr­gi­ci ob­ró­ci­li konie i po­now­nie pchnę­li włócz­nie w Gorna, lecz tra­fi­li zwie­rzę­ce tru­chło. Ar­ta­ir z po­dzi­wem oglą­dał, jak jego do­wód­ca do­ska­ku­je do nich i jed­nym cię­ciem od­rą­bu­je obie głowy od resz­ty ciał. Nigdy dotąd nie wi­dział, by zwy­kły czło­wiek był w sta­nie do­ko­nać cze­goś ta­kie­go.

 

Miecz świsz­czał w po­wie­trzu, gdy Gorn w po­tę­pień­czym ryku zmia­tał z koni ko­lej­nych żoł­nie­rzy. Wo­jow­nik jęk­nął, a jego ciało na­prę­ży­ło się w spa­zmie, gdy strza­ła prze­szy­ła ramię na wylot. Pod­niósł z ziemi włócz­nię i ci­snął nią w strzel­ca. Dzida prze­szła na wylot, i zmio­tła żoł­nie­rza na zie­mię. Gorn za­gryzł zęby i ryk­nął dra­pież­nie. Biał­ka oczu świe­ci­ły w cie­niu jak u wście­kłe­go ogie­ra. Dy­szał cięż­ko, jego usta wy­krzy­wiał zło­śli­wy gry­mas.

 

– Tak się bo­icie jed­ne­go czło­wie­ka, że mu­si­cie szyć do mnie z łuku? Ża­ło­sne – za­wo­łał i splu­nął na zie­mię. – Spo­dzie­wa­łem się wię­cej po Khyr­gi­tach.

 

Dwóch jeźdź­ców po­pę­dzi­ło w jego stro­nę. Wy­sko­czył na­przód ponad górą tru­pów i wy­mi­nąw­szy błysz­czą­ce dzidy, huk­nął bar­kiem w koń­ski bok. Trzask ła­ma­nych kości prze­szył po­wie­trze. Zwie­rzę ze­sztyw­nia­ło, po czym padło mar­twe na nogi jeźdź­ca. Drugi z prze­ciw­ni­ków ci­snął włócz­nią i prze­szył lewe ramię Gorna. Ka­pi­tan za­drżał i spoj­rzał wście­kle na na­past­ni­ka. Spiął bi­ceps i zła­mał w pół tkwią­cy w nim kij. Zła­pał za jeden z ułom­ków i po­słał w szpa­rę w przy­łbi­cy żoł­nie­rza. Po­cisk wbił się w oczo­dół i wy­szedł drugą stro­ną. Trzę­są­cy się ze­włok spły­nął z konia jak deszcz po na­tłusz­czo­nej skó­rze.

 

– Tchórz­li­we psy – wark­nął Gorn. – Kun­dle bez ho­no­ru. Jak wam nie wstyd wra­cać do domów z myślą, że pobił was jeden czło­wiek.

 

Ar­ta­ir do­strzegł, że jego po­sta­wa jest nieco bar­dziej chwiej­na niż przed chwi­lą. Był zmę­czo­ny i ranny. Jak długo jesz­cze zdoła wal­czyć z taką chma­rą nie­przy­ja­ciół? Ar­ta­ir prze­biegł wzro­kiem po ster­tach tru­pów, bled­ną­cych bez­gło­śnie w krwa­wym bło­cie, po czym utkwił wzrok w swoim ka­pi­ta­nie. To na­praw­dę czło­wiek?

 

Salwa strzał prze­mknę­ła nad ich gło­wa­mi i spa­dła na sze­re­gi Khyr­gi­tów. Ar­ta­ir ob­ró­cił się i ła­god­na lek­kość wy­peł­ni­ła jego pier­si. Nad­cią­ga­ła pomoc. Gorn spoj­rzał przez ramię na zbli­ża­ją­cą się mid­den­ladz­ką kon­ni­cę, po czym zwró­cił się do Khyr­gi­tów.

 

– Skoń­czy­my to, zanim nam prze­rwą, czy spie­przy­cie pod ma­mi­ne kiec­ki?

 

Żoł­nie­rze rzu­ca­li ocza­mi po to­wa­rzy­szach. Stra­ci­li wielu ludzi. Sta­now­czo zbyt wielu jak na walkę z sa­mot­nym wo­jow­ni­kiem. Spię­li konie i umknę­li, pę­dząc co sił za swoje linie. Gorn wes­tchnął cięż­ko i padł na ko­la­na. Wsparł się na mie­czu, a spod jego czar­nych wąsów wy­chy­nął uśmiech. Spoj­rzał na Ar­ta­ira.

 

– Ko­lej­ny dzień w raju – prych­nął.

 

– Dla­cze­go? – spy­tał Ar­ta­ir. – Dla­cze­go po nas wró­ci­łeś?

 

Gorn zmarsz­czył brwi, za­sko­czo­ny. Pa­trzył in­ten­syw­nie w prze­strzeń.

 

– Nie wiem – po­wie­dział cicho. – Czy po­trze­bu­ję po­wo­du, by ra­to­wać swo­ich ludzi? – Uśmiech­nął się i zmru­żył oko, gdy spły­nę­ła po nim struż­ka krwi. – Zro­bi­łem to, co zro­bić na­le­ża­ło.

 

Ar­ta­ir spró­bo­wał po­wie­dzieć coś jesz­cze, lecz tę­tent kopyt stał się zbyt gło­śny, by dało się usły­szeć co­kol­wiek poza nim. Zmru­żył oczy i jesz­cze raz od­pły­nął na tra­wia­ste morza stepu, lecz tym razem to­wa­rzy­szy­ła mu inna myśl. Czy to praw­da? Czy można ry­zy­ko­wać tak wiele, nie li­cząc na nic w za­mian?

 

~✵~✵~✵~✵~✵~

 

Zie­lo­ne tu­ni­ki fa­lo­wa­ły pod kłu­ją­cym mro­zem wia­trem nad mo­rzem wy­bla­kłej trzci­ny. Bandy na­jem­ni­ków wy­ra­sta­ły spo­śród jed­no­barw­nych sze­re­gów re­gu­lar­nej armii jak łaty w ga­lo­wej sza­cie. Gorn wy­stą­pił kilka kro­ków na­przód razem z Fey i dwoma in­ny­mi ka­pi­ta­na­mi. Wpa­try­wa­li się przed sie­bie. Za­stę­py Khyr­gi­tów cią­gnę­ły się przez całą dłu­gość rów­ni­ny i za­wi­sły nad mid­den­landz­ką armią jak bu­rzo­we chmu­ry.

 

– Bo­go­wie – wy­szep­tał jakiś żoł­nierz po pra­wej stro­nie Ar­ta­ira – gdy­by­śmy mieli się z nimi teraz bić… wo­lał­bym się nigdy nie uro­dzić.

 

– Nie ro­zu­miem – po­wie­dział inny. – Czemu się pod­da­ją? Prze­cież spójrz­cie tylko, ilu ich jest!

 

Żoł­nierz wzdry­gnął się, gdy młody, ciem­no­wło­sy męż­czy­zna oparł dłoń na jego ra­mie­niu. Spod czar­nej, krót­ko ścię­tej brody widać było szcze­ry uśmiech.

 

– Licz­by nie wy­gry­wa­ją bitew, przy­ja­cie­lu – po­wie­dział męż­czy­zna. – Tylko my.

 

– Sir! – rzu­cił ner­wo­wo żoł­nierz. – Wy­bacz, ja nie za­uwa­ży­łem…

 

– W po­rząd­ku, Verk – za­śmiał się i po­kle­pał pod­wład­ne­go po ple­cach. – Spójrz­cie, jak ko­lej­ny raz cy­wi­li­za­cji udało się wstrzy­mać falę bar­ba­rzyń­stwa. Spójrz­cie i ciesz­cie się, bo to wasze zwy­cię­stwo.

 

Ar­ta­ir wes­tchnął cięż­ko i spoj­rzał gniew­nie na nie­zna­jo­me­go, lecz zaraz od­zy­skał spo­kój.

 

– Ach, Ru­pert – po­wie­dział Gorn. – Wresz­cie je­steś.

 

– Prze­pra­szam, za­ma­ru­dzi­łem w la­za­re­cie. Dużo stra­ci­łem?

 

– Nie. Wła­śnie jadą.

 

Or­szak pły­nął ku nim po ośnie­żo­nym ste­pie. La­mel­ko­wy pan­cerz zwie­szał się z ciała po­tęż­ne­go ru­ma­ka, na któ­re­go grzbie­cie je­chał odzia­ny w zło­co­ną zbro­ję męż­czy­zna. Ogo­rza­ła twarz ledwo wy­sta­wa­ła spod przy­po­mi­na­ją­cej krzew ja­łow­ca brody, a sko­śne oczy wpa­try­wa­ły się z gnie­wem w mid­den­landz­kie sze­re­gi. Nie­wiel­ki od­dział cięż­kiej jazdy wy­szedł im na­prze­ciw. Krok przed nim je­chał bro­da­ty męż­czy­zna o si­wych, spły­wa­ją­cych spod srebr­nej ko­ro­ny wło­sach. Głę­bo­kie ko­ry­ta zmarsz­czek nada­wa­ły twa­rzy ste­try­cza­ły wy­gląd, jed­nak po­ru­szał się żwawo jak mło­dzian. Khyr­gi­ta w zło­tej zbroi pod­je­chał kilka kro­ków w jego stro­nę i za­trzy­mał się. Skło­nił się uprzej­mie w sio­dle.

 

– Naj­wspa­nial­szy królu – za­czął – panie Po­gra­ni­cza, pia­ski So­ka­try i wody Za­to­ki – wszyst­ko służy tobie, o wład­co na­ro­dów. Ja, Zufar Po­łu­dnio­we­go Szcze­pu, kła­niam się przed tobą.

 

Głos Khyr­gi­ty, choć bez wąt­pie­nia uprzej­my, ocie­kał uszczy­pli­wo­ścią.

 

– Przy­by­wa­my do cie­bie, kor­nie i uni­że­nie, pro­sząc o pokój.

 

Zufar za­milkł i wciąż w ukło­nie śle­dził wzro­kiem znisz­czo­ną twarz króla.

 

– Za­kończ­my roz­lew krwi, panie. Wróć­my do domów.

 

Król przy­glą­dał mu się bacz­nie.

 

– Mó­wisz, by za­koń­czyć roz­lew krwi – za­czął po dłuż­szej chwi­li – lecz to wy na­je­cha­li­ście Po­gra­ni­cze. Spa­li­li­ście wio­ski, w któ­rych żyli moi pod­da­ni, prze­la­li­ście krew nie­win­nych. Nie! Nie zgo­dzę się na pokój.

 

Ru­pert skrzy­wił się za­sko­czo­ny.

 

– Co? – wy­szep­tał. – Osza­lał? Chce to dalej cią­gnąć?

 

– Spo­koj­nie – od­parł Gorn. – Nie wy­glą­da, jakby już skoń­czył. Słu­chaj­my.

 

– Nie po­zwo­lę wam odejść– kon­ty­nu­ował król. – Nie tak po pro­stu.

 

Twarz Khyr­gi­ty za­szła cie­niem, jakby do­strzegł w twa­rzy wład­cy coś strasz­ne­go.

 

– Czego sobie ży­czysz w za­mian za pokój, panie? – spy­tał, a jego głos za­drżał nie­znacz­nie.

 

– Żądam od was za­pła­ty. Nie w zło­cie, nie za­mie­rzam pa­trzeć, jak pró­bu­je­cie ogra­bić moich są­sia­dów, by spła­cić swój dług.

 

Głos króla za­czął się zmie­niać, prze­cho­dząc to w męski bas, to w mięk­kie ko­bie­ce brzmie­nia, a z każ­dym jego sło­wem za­cię­cie zni­ka­ło z twa­rzy Zu­fa­ra. Męż­czy­zna cof­nął się o krok. Khyr­gic­kie konie za­rża­ły trwoż­nie.

 

– Pra­gnę cze­goś znacz­nie wię­cej. – Ru­szył ku Zu­fa­ro­wi. – Za­pła­ci­cie w tej samej wa­lu­cie, jaką mi za­gra­bi­li­ście. Od­pła­ci­cie za każ­de­go czło­wie­ka, któ­re­go wasza ręka za­sie­kła na mojej ziemi, za każde ubite zwie­rzę, za każdy dom, jaki ob­ró­ci­li­ście w perzy­nę. Za­pła­ci­cie za wszyst­ko, co mu­sia­łem po­świę­cić, by nad wami zwy­cię­żyć. – Jego ro­ze­dr­ga­ny głos na mo­ment przy­cichł, by zaraz wy­buch­nąć w tro­istej dys­har­mo­nii: – Wydrę z was dusze!

 

– Dra­gh­dhal! Ilham, Azat, naran! – za­wo­łał Zufar, cią­gnąc za lejce.

 

Koń za­rżał pa­nicz­nie i sta­nął dęba. Jeźdź­cy ze­rwa­li się z miej­sca i po­mknę­li w stro­nę khyr­gic­kie­go obozu. Oczy Ar­ta­ira roz­war­ły się sze­ro­ko, a całe jego ciało na­pię­ło w go­to­wo­ści.

 

– Co się stało! – krzy­czał Ru­pert.

 

– Ucie­ka­ją psy! – wy­pluł mid­den­landz­ki ofi­cer. – Dmij­cie na drugą i trze­cią cho­rą­giew. Niech ich gonią do samej So­ka­try!

 

Sto­ją­cy przy nim żoł­nie­rze za­gra­li ro­ga­mi sy­gnał do ataku. Skrzy­dło mid­den­landz­kiej armii upu­ści­ło dwa pióra, każde po stu jeźdź­ców, które po­pę­dzi­ły w ślad za gna­ją­cy­mi na zła­ma­nie karku Khyr­gi­ta­mi. Gorn po­pra­wił pasek hełmu. Ar­ta­ir spoj­rzał na niego z prze­ję­ciem.

 

– Nie! – za­wo­łał, chwy­ta­jąc ka­pi­ta­na za ramię.

 

Gorn ob­ró­cił się w miej­scu. Przez za­sło­nę hełmu wy­glą­da­ły jego za­sko­czo­ne oczy.

 

– Nie mo­żesz po­słać tam ludzi – po­wie­dział Ar­ta­ir, od­zy­skaw­szy spo­kój. – Nie masz po­ję­cia, co to jest.

 

– O czym ty mó­wisz?

 

– Spójrz!

 

Ścia­na jeźdź­ców zbli­ża­ła się do sto­ją­ce­go śród pola króla. Konie za­rża­ły i sta­nę­ły dęba, za­trzy­mu­jąc się nie­mal w miej­scu, gdy po­wie­trze prze­ciął długi, roz­dzie­ra­ją­cy duszę krzyk. Roz­pacz i bo­le­sna ago­nia ście­ka­ły z jego pi­skli­wych nut jak jad z wę­żo­wych kłów. Ar­ta­ir po­czuł, jak ramię Gorna spina się pod jego pal­ca­mi.

 

– Nie! – zawył król, po czym zwa­lił się z konia.

 

Kilku jeźdź­ców po­pę­dzi­ło w jego stro­nę, by go wes­przeć, lecz wstrzy­mał ich ręką.

 

– Stać, głup­cy! – ryk­nął po­trój­nym gło­sem. – Ucie­kaj­cie!

 

Spazm bólu wy­krzy­wił jego twarz i wy­giął ciało w łuk. Żoł­nie­rze cof­nę­li się o krok, rów­nie zszo­ko­wa­ni co prze­ra­że­ni. Atak minął po chwi­li, a król zwa­lił się na zie­mię. Je­dy­nie jego pierś się po­ru­sza­ła. Cięż­ko dy­szał. Zni­kąd ze­rwa­ła się wi­chu­ra i za­czę­ła chło­stać twa­rze pyłem i mro­zem.

 

– Dla­cze­go? – wy­szep­tał król. – Co zro­bi­łem nie tak?

 

Jego oczy za­szły mgłą, a od­dech urwał się, jakby nie­wi­dzial­na siła ugo­dzi­ła go w prze­po­nę. Znie­ru­cho­miał, by po chwi­li roz­brzmieć de­mo­nicz­nym trój­gło­sem.

 

– Nic! – padło z ust króla, a dźwięk roz­niósł się po rów­ni­nie jak świą­tyn­ny dzwon. – Wszyst­ko zgod­nie z naszą umową, królu. Zło­ży­łeś ofia­rę, a ja po­mo­głem ci po­ko­nać two­ich wro­gów. Teraz je­stem wolny.

 

Ciało króla unio­sło się z ziemi bez­wład­nie, jakby pod­cią­gnię­to je na sznur­kach, i za­wi­sło stopę nad zie­mią.

 

– Panie… – wy­du­sił któ­ryś z żoł­nie­rzy i prze­wró­cił się na plecy.

 

Skóra i mię­śnie za­fa­lo­wa­ły na wi­szą­cym ze­wło­ku, a po chwi­li kości huk­nę­ły, pę­ka­jąc wszyst­kie jed­no­cze­śnie. Cho­ro­bli­we drga­nia prze­bie­ga­ły po ciele, na­bie­ra­jąc na sile z każdą chwi­lą. Koń­czy­ny wy­dłu­ża­ły się, przy­bie­ra­jąc szczu­dło­wa­tą po­stać, a szorst­ka zwie­rzę­ca sierść prze­bi­ja­ła się przez skórę jak owa­dzie larwy. Szaty ro­ze­rwa­ły się pod na­po­rem ro­sną­ce­go ciel­ska i od­sło­ni­ły parę nie­wiel­kich ko­bie­cych pier­si. Koźle ra­ci­ce ro­ze­rwa­ły buty i wbiły się pew­nie w zie­mię. Bura szcze­ci­na po­kry­wa­ła już nie­mal całe ciało, po­zo­sta­wia­jąc nagim je­dy­nie szczyt torsu i dło­nie. Głowa roz­cią­gnę­ła się śród trza­sków i jęków zgnia­ta­nej czasz­ki i ufor­mo­wa­ła w kształt koź­le­go pyska, a z jej wierz­choł­ków wy­strze­li­ły ku niebu szpi­cza­ste, skrę­ca­ją­ce w tył rogi. Ciel­sko po­two­ra prze­sta­ło fa­lo­wać, a on sam sta­nął pew­nie na ziemi i wo­dził wzro­kiem po osłu­pia­łych i prze­ra­żo­nych do szpi­ku kości żoł­nier­zach. Koźli pysk wy­giął się obrzy­dli­wie w sar­do­nicz­nym uśmie­chu. Ar­ta­ir spo­strzegł, jak palce Gorna za­ci­ska­ją się na rę­ko­je­ści mie­cza.

 

– Mu­si­my ucie­kać – po­wie­dział do Gorna, lecz ten zda­wał się go nie sły­szeć. Ar­ta­ir po­trzą­snął nim. – Słu­chaj mnie! Mu­si­my ucie­kać!

 

Oczy Gorna nie od­stę­po­wa­ły koź­lej be­stii nawet na chwi­lę, lecz na twa­rzy męż­czy­zny próż­no było szu­kać stra­chu. Ar­ta­ir wi­dział na niej tylko su­ro­we na­pię­cie.

 

– Wy­co­faj­cie się – po­wie­dział Gorn. – Zbierz­cie od­dzia­ły i ucie­kaj­cie do obozu. Cze­kaj­cie tam na mnie.

 

– Sir… – za­czął Ru­pert, ale Gorn prze­rwał mu w pół słowa.

 

– Cze­kaj­cie tam, aż wrócę – po­wie­dział z na­ci­skiem. – Albo aż znowu zo­ba­czy­cie tego prze­ro­śnię­te­go capa.

 

– Gorn, po­słu­chaj, to nie ma sensu. Spójrz na to… to… to coś. – Fey wska­za­ła na po­two­ra. – Jak niby chcesz…

 

– To roz­kaz! Wy­co­fać się! Fey, weź­miesz mój od­dział.

 

– Tak, sir – od­par­li z nie­chę­cią..

 

Ob­ró­ci­li konie i zwo­ła­li żoł­nie­rzy. Po chwi­li cała banda sta­cza­ła się ze zbo­cza, oglą­da­jąc się ner­wo­wo za swoim do­wód­cą.

 

Nie mi­nę­ło kilka se­kund, jak po­twór za­śmiał się sza­leń­czo i mach­nął gi­gan­tycz­ną łapą w sto­ją­cych przed nim ry­ce­rzy. Szpo­ny roz­cię­ły bla­chy ze zgrzy­tem i życie ule­cia­ło z ciał pół tu­zi­na ludzi i ich wierz­chow­ców. Resz­ta żoł­nie­rzy za­wy­ła trwoż­nie i w pa­ni­ce rzu­ci­ła się do uciecz­ki. Czoło armii wy­dy­ma­ło i kur­czy­ło się na całej dłu­go­ści, gdy setki prze­ra­żo­nych wy­sy­py­wa­ły się z sze­re­gów i pę­dzi­ły w stro­nę obozu. Ofi­ce­ro­wie dęli w rogi, pró­bu­jąc przy­wró­cić po­rzą­dek, lecz wy­star­czy­ły dwa ko­lej­ne ude­rze­nia de­mo­na, by i oni stru­chle­li i ucie­kli. Roz­pła­ta­ne ciała żoł­nie­rzy i zwie­rząt la­ta­ły w gę­stym od krwi­stej mgieł­ki po­wie­trzu w rytm de­mo­nicz­ne­go re­cho­tu. Ar­ta­ir sta­nął obok Gorna.

 

– Co tu ro­bisz? – rzu­cił Gorn, nie od­ry­wa­jąc wzro­ku od kozła. – Do­sta­łeś roz­kaz.

 

– Nie masz po­ję­cia, na co się po­ry­wasz. Nigdy nie spo­tka­łeś prze­ciw­ni­ka bar­dziej nie­bez­piecz­ne­go niż on.

 

– Wiesz, co to jest?

 

– Tak.

 

Gorn za­milkł na krót­ką chwi­lę.

 

– Mam na­dzie­ję – za­czął – że tym razem pój­dzie ci le­piej niż ze mną. Wiesz, jak to zabić?

 

– Trze­ba uciąć mu głowę.

 

Obaj męż­czyź­ni po­bie­gli w stro­nę po­two­ra i wy­szarp­nę­li mie­cze z po­chew. Be­stia wła­śnie od­ry­wa­ła tę­py­mi zę­ba­mi koń­skie mięso od kości. Nie za­uwa­ży­ła ich. Gorn ski­nął na Ar­ta­ira, by pod­kra­dli się bli­żej. Okrą­ży­li po­two­ra. Woń krwi i smród roz­cię­tych trze­wi ude­rzył w noz­drza. Gorn za­mach­nął się i ostrze rąb­nę­ło w kark po­two­ra ze świ­stem. W chwi­li gdy miecz mu­snął szcze­ci­nę, stwór od­wi­nął się i chla­snął ogo­nem po no­gach wo­jow­ni­ków. Ru­nę­li na zie­mię, od­rzu­ce­ni na kilka łokci w tył. Ze­rwa­li się z ziemi i pa­trzy­li, jak po­twór przy­pa­tru­je im się z ob­le­śnym uśmie­chem.

 

– Lu­dzie – mruk­nął z za­cie­ka­wie­niem. – I to od­waż­ni. Może będę miał z was wię­cej roz­ryw­ki niż z tych czmy­cha­ją­cych chu­cher.

 

Gorn po­pę­dził na­przód. Do­sko­czył do po­two­ra, nim ten zdą­żył skoń­czyć słowo, i ciął w ko­la­no. Metal za­zgrzy­tał, gdy za­ci­snę­ły się na nim dłu­gie szpo­ny. Gorn wy­ba­łu­szył oczy. Demon zła­pał go gołą dło­nią.

 

– Ładny nóż – po­wie­dział i rąb­nął ka­pi­ta­na w pierś.

 

Gorn od­le­ciał do tyłu, orząc zie­mię wła­snym cia­łem. Po­twór spoj­rzał na Ar­ta­ira.

 

– Na co cze­kasz? – spy­tał.

 

Ar­ta­ir nie od­po­wie­dział. Za­krę­cił mie­czem w dłoni i po­biegł na po­two­ra. Wie­dział, że nie zrani go we fron­tal­nym ataku, był zbyt wolny. Mu­siał wy­my­ślić coś in­ne­go. Tylko co? Nie miał czasu szu­kać od­po­wie­dzi. Ko­zioł mach­nął łapą i Ar­ta­ir w ostat­niej chwi­li zdo­łał się pod nią prze­tur­lać i wśli­zgnąć pod nogi po­two­ra. Chla­snął mie­czem po łyd­kach, lecz po­twór usko­czył w tył i kop­nął męż­czy­znę w pierś. Ar­ta­ir zwi­nął się w pi­ru­ecie i od­biegł kilka kro­ków w tył. Ata­ku­jąc w ten spo­sób, mógł li­czyć tylko na łut szczę­ścia.

 

Ostrza świ­sta­ły w po­wie­trzu bez wy­tchnie­nia, lecz żadne nie zdo­ła­ło choć­by za­dra­snąć de­mo­na. Zmę­cze­nie za­czy­na­ło dawać się wo­jow­ni­kom we znaki; w ich ru­chach bra­ko­wa­ło fi­ne­zji. Ko­zioł mio­tał się, od­trą­ca­jąc ich jak na­mol­ne muchy. Gorn nie zdo­łał unik­nąć ciosu. Pięść de­mo­na ugo­dzi­ła go z siłą zdol­ną skru­szyć mur. Męż­czy­zna ryk­nął bo­le­śnie i padł bez życia na zie­mię kil­ka­na­ście łokci dalej.

 

Ar­ta­ir spoj­rzał na ka­pi­ta­na i nagle przy­po­mniał sobie ich po­je­dy­nek. Znów po­czuł, jak miecz ze­śli­zgu­je się po na­ra­mien­ni­ku Gorna, gdy ten w sza­leń­czym ma­new­rze wpro­wa­dził go w pu­łap­kę. Ar­ta­ir moc­niej ści­snął broń. Wie­dział, co musi zro­bić.

 

– Gorn! – za­wo­łał i po­pę­dził w jego stro­nę.

 

Po­twór bez wa­ha­nia po­gnał za nim i ryk­nął roz­dzie­ra­ją­co. Ar­ta­ir wśli­zgnął się obok Gorna i przyj­rzał twa­rzy męż­czy­zny. Był przy­tom­ny.

 

– Wcią­gnę go w pu­łap­kę – po­wie­dział cicho Ar­ta­ir.

 

Do­strzegł py­ta­nie we wzro­ku to­wa­rzy­sza, lecz nie cze­kał, by je usły­szeć. Wstał, ob­ró­cił się w miej­scu i mocno za­parł no­ga­mi o zie­mię. Demon pę­dził ku nim. Gęsta od krwi ślina od­ry­wa­ła mu się od pyska. Sko­czył wprost na Ar­ta­ira. W umy­śle męż­czy­zny po­ja­wi­ło się zwąt­pie­nie. Czy na pewno zdąży? Nie! Nie mogło być ina­czej. Za­mach­nął się bro­nią, ce­lu­jąc w pysk po­two­ra. Zbyt wolno. Miecz nie był nawet w po­ło­wie drogi, gdy pła­skie zę­bi­ska już za­ci­ska­ły się na ra­mie­niu wo­jow­ni­ka. Ar­ta­ir zmru­żył oczy i ode­tchnął. W ostat­niej chwi­li uchy­lił się w tył. Zęby huk­nę­ły, gdy be­stia za­ci­snę­ła szczę­ki na po­wie­trzu, a jej roz­pę­dzo­ne ciel­sko ru­nę­ło na Ar­ta­ira i po­cią­gnę­ło go razem z sobą. Ar­ta­ir wy­pu­ścił miecz i chwy­cił ster­czą­cy z czasz­ki po­two­ra róg. Się­gnął za pa­zu­chę i po omac­ku od­na­lazł rę­ko­jeść szty­le­tu. Spoj­rzał w oczy de­mo­na i spo­strzegł, jak jego po­zio­me źre­ni­ce roz­sze­rza­ją się w prze­stra­chu. Ar­ta­ir wbił tesz w koźle śle­pie i pu­ścił róg. Be­stia za­wy­ła po­tę­pień­czo i padła na wznak. Męż­czy­zna runął na zie­mię i prze­ko­zioł­ko­wał kil­ka­na­ście stóp, nim wresz­cie się za­trzy­mał. Z tru­dem ob­ró­cił się na tra­wie. Mu­siał po­ła­mać żebra. Pa­trzył, jak Gorn prze­bie­ga obok i wska­ku­je na ciel­sko roz­ju­szo­ne­go de­mo­na. Do­strzegł swój miecz w ręku to­wa­rzy­sza; ostrze za­lśni­ło w po­wie­trzu i spa­dło na kark po­two­ra. Klin­ga zgrzyt­nę­ła mię­dzy krę­ga­mi, po czym ro­ga­ty łeb po­szy­bo­wał w po­wie­trzu, a po­trój­ny ryk do­cho­dzą­cy z jego gar­dła za­milkł na wieki. Gorn ze­sko­czył z drga­ją­ce­go w ago­nii ciała po­two­ra i pod­szedł w stro­nę Ar­ta­ira. Uklęk­nął i otarł pot z czoła.

 

– Bo­go­wie – jęk­nął Gorn – co to było? Demon?

 

Ar­ta­ir za­śmiał się kpią­co.

 

– To wła­śnie twój bóg, przy­ja­cie­lu.

Średnia ocena: 5.0  Głosów: 1

Zaloguj się, aby ocenić

    Napisz komentarz

    Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania