Poprzednie częściKrólestwo Nadziei (fragment 4)

Królestwo Nadziei (fragment 7)

Był to trzeci dzień już drogi,

gdy znosili jej wymogi,

będąc nieco już zmęczeni,

towarzystwem swym znudzeni,

szli w milczeniu obok siebie,

chmur szukając wciąż na niebie.

Bo i upał był dość duży,

który dobrze to nie wróży

dla dalszego to wytrwania,

w rytmie ich maszerowania.

Tak więc rozkaz wtem wydano,

bo to za najlepsze miano,

aby zrobić odpoczynek,

i na krótki iść spoczynek.

Więc tak weszli między drzewa,

gdzie cień duży się rozlewa,

i usiadłszy między one

mieli myśli niezliczone,

w których prośby swe wznosili,

i o deszcz chmury prosili.

Ale na nic te się zdały,

bo zamiaru wciąż nie miały

ani kropli dziś uronić,

i przed skwarem ich uchronić.

Lech tymczasem to coś wiedział,

i spokojnie nie usiedział

okolicę tą poznając,

i nadzieję w głowie mając,

ruszył żwawo za pagórek,

który stał to niczym murek.

I poszedłszy w dół za niego

jakby tam to szukał czego,

a minąwszy drzew zagajnik

poznał jego rześki tajnik,

którym strumień był spokojny,

i w ochłodę bardzo hojny.

Tak więc zmoczył się w nim cały,

i uczynił raban mały

gdy do reszty to powrócił,

i te słowa do nich rzucił.:

 

„Jeśli chętny kto się zmoczyć,

radzę za pagórek kroczyć

tam to strumień sobie płynie,

on z ochłody rześkiej słynie.”

 

Na te słowa wszyscy wstali,

chodź wpierw mu nie dowierzali,

ale widząc strój to jego

mokry cały do żywego,

biegiem wszystko tam ruszyło,

i w strumieniu zatopiło.

Tak ochłody więc nabyli,

i pragnienia się wyzbyli,

konie również napoili,

i do drogi sposobili.

Wyruszyli więc radośnie

Lecha chwaląc jednogłośnie,

bo przyczynił się do tego,

że stało się coś dobrego.

Tylko książę był zmartwiony,

i w swych myślach zatopiony,

bo to nie po myśli jego

było aby coś takiego,

miejsce tutaj sobie miało,

i Lechowi posłuch dało.

Szli tak więc, aż do wieczora

gdy wtem wreszcie przyszła pora

obóz rozbić, zjeść posiłek

tak aby cały wysiłek,

mogło ciało już zapomnieć

no i milsze rzeczy wspomnieć.

Tak więc jedni już zasnęli,

inni jeszcze to siedzieli

przy ognisku wciąż słuchając,

na sen ochoty nie mając,

jak strzelają cicho drzewa,

które ogień wciąż oblewa.

Lech też jeszcze sobie siedział

w głowie myśli takie zbierał,

czy to panna teraz jego ,

myśli o nim co dobrego,

jak przebyła dzień dzisiejszy,

i czy uśmiech ma piękniejszy.

I tęsknota poczynała,

i do serca się wkradała,

za widokiem jej postaci

dla której to rozum traci,

zwykłe to opanowanie

a popada w zakochanie.

Błądził tak więc po swej głowie

licząc, że się może dowie,

licząc na to, że i ona

w swej dobroci nieskończona,

również o nim myśli sobie,

jak o miłej swej osobie.

Rozważania jednak owe,

co zaprzątły mu tak głowę,

przerwał Sambor mu gwałtownie,

chcąc pogadać z nim raptownie.

Przysiadł więc się to do niego,

patrząc na oblicze jego,

w którym radość oraz smutek,

dały dość dziwaczny skutek.

Co od razu Sambor poznał,

i zdziwienia trochę doznał,

lecz nie zważał sobie na to

tylko bez ogródek za to,

i zbędnego owijania

przeszedł do swego pytania.:

 

„ Powiedz mi to kawalerze,

Bo ja w myślach się z tym mierzę

czy daleko jeszcze mamy,

by twej wioski ujrzeć bramy?

Bo z królewskich map wnioskuję,

i tę myśl wciąż produkuję,

że to blisko gdzieś już będzie,

że cel zaraz się zdobędzie?”

 

Lech wysłuchał słowa jego,

lecz dotarły te do niego

nie od razu, lecz po czasie,

w którym uzmysłowić da się,

że to koniec już letargu,

z myślą takiego zatargu,

i powrócić szybko trzeba,

do przyziemnych spraw to z nieba.:

 

„Masz tu rację drogi panie,

i prawdziwe jest to zdanie,

że już prawie koniec drogi,

która wiodła nasze nogi.

Dzień to może, lecz nie cały

pójdzie ten nasz hufiec mały,

zanim ujrzy skalną bramę,

piękną niźli dworską damę,

która pięknem swym powala,

i do wioski wejść zezwala,

którą ongiś dziadki nasze,

którym obce herby wasze

były jeszcze w zupełności,

i co żyli tu w radości,

tak nazwali ją czuwania

od ciągłego doglądania,

jakie na przybyszów czyni

ta wapienna to bogini.”

 

Sambor w ciszy przyjął słowa,

które usłyszała głowa,

i chciał Lecha jeszcze spytać,

i dokładnie go dopytać,

jaki wygląd wprawdzie miała,

i czy to odpowiadała

wizji , która w głowie jego

siedzi od dziecka małego,

owa brama do tej wioski

takie miał i teraz troski.

Ale przerwał mu w tym z razu,

ten z którego to rozkazu,

był to właśnie tu i teraz,

i którego słuchał nieraz,

a więc książę nasz wielmożny,

co i umysł miał niedrożny

na potrzeby innych ludzi,

w których strach on tylko budzi.

A który to słysząc słowa,

z jakich była ta rozmowa

na nic sobie nie zważając,

pychę wielką w oczach mając,

rzekł w tej chwili bez ogródek

zadzierając swój podbródek.:

 

„No nareszcie coś dobrego,

wynikło to z mowy jego,

który zawiódł nas w te strony,

dla rzekomej to obrony.

Rankiem jeźdźca wysłać trzeba,

nie zważając na żar z nieba,

aby dotarł tam przed nami

z takimi i nowinami,

że już orszak nasz jest blisko,

i hołd trzeba dać mu nisko.”

 

Po czym z wolna się odwrócił,

wzrok na Lecha chłodny rzucił,

i oddalił się w te strony,

gdzie miał namiot rozłożony.

Oni chwilę jeszcze siedząc,

i co mówić wciąż nie wiedząc,

również poszli na spoczynek,

zaznać wreszcie odpoczynek.

Rankiem według to rozkazu,

Książęcego tak nakazu

Sambor wysłał jeźdźca przodem,

aby dotarł przed pochodem,

i ogłosił to poddanym

w wiosce ludziom tak zebranym,

że już zbliża się ich książę,

ten co problem ich rozwiąże.

A im trzeba przygotować,

powitanie mu zgotować,

godne władcy największego

zbawcy życia, pana swego.

Szedł więc orszak dzień to cały,

widząc wciąż przeróżne skały

większe mniejsze tak mijając,

i nadzieję w duszy mając,

że już zaraz się ukaże

oczom to ich się pokaże,

owa wioska upragniona

od upału osłoniona.

I to właśnie stać się miało,

bo już chłodem zaleciało,

od jeziora co dla wioski,

to przyniosło takie troski.

Ale wpierw to ich spotkała,

ta która na nich czekała,

a więc owa piękna brama,

której i natura sama

taki wygląd, i kształt dała

jaki tylko sobie chciała.

Sambor gdy ją tak zobaczył,

Zaraz o myśli zahaczył,

które w głowie się plątały,

i go często nawiedzały.

Zsiadł to z konia, i nie wiedział

czy na jawie jakiej siedział,

czy to może sen jest jaki,

który kaprys robi taki.

Bo nikomu nie powiedział,

i nikt o tym też nie wiedział

jak mu życie przebiegało,

jakie też i losy miało.

Był on bowiem to sierotą,

wychowanym i z prostotą,

przy żołnierskim garnizonie,

przy królewskiej to koronie.

Gdzie to grupa chłopców była,

która nauki tam odbyła,

ucząc rzeczy się przydatnych,

i do wojska tylko zdatnych.

Takie nabył wychowanie,

i wojskowe obeznanie,

które wszystkim to dlań było,

i mu życie wypełniło.

Nie znał miejsca skąd pochodził,

gdzie właściwie się urodził

miewał tylko sny niejasne,

w których to oblicze własne,

widział w chłopcu gdzieś na wozie,

który w podkulonej pozie,

siedział wiezion gdzieś w nieznane,

w jakieś miejsca niezbadane.

A jedyne co zobaczył,

o co jego wzrok zahaczył,

była właśnie to ta brama,

pisz wymaluj, taka sama.

Więc to pobladł biedak zaraz,

jakby i gorączki naraz,

dostał jakiej w jednej chwili,

z którą teraz to się sili.

Nogi ledwo wlókł za sobą

jakby nie tą był osoba,

która jeszcze przed minutą,

szła to sobie z taką butą.

Obraz nie był to ciekawy,

i nie tak to widział sprawy,

gdy się pierwszy raz dowiedział,

o wyprawie w której siedział.

Nikt to jednak nie rozpoznał,

nikt natchnienia wtem nie doznał,

i nie zwrócił to uwagi,

że to znany z swej powagi,

zaprawiony wódz w twardości

oraz wielkiej zaciekłości,

teraz toczy bój w swej duszy,

której twardość właśnie kruszy,

widok miejsca nieznanego,

ale jakby mu miłego.

Tylko Jędrzej chodź nie wiedział,

to w podobnym stanie siedział,

bo do niego się przyplątał,

strach co w serce mu spoglądał

przed powrotem, i spotkaniem,

i do winy się przyznaniem.

Powiedzeniem, że pobłądził

chodź inaczej wcześniej sądził,

bo to trudne dla każdego,

żeby przyznać się do złego.

Lech to widział te rozterki,

i toczne w duszy gierki,

nie potrafiąc wyrzec słowa,

bo jest zbędna czasem mowa

wziął poklepał plecy jego,

i uśmiechnął się do niego.

 

Tak to weszli między skały,

które cienia trochę dały

i wytchnienia to dla ciała,

którym już ochłody dała,

lekka bryza znad jeziora,

na którą to była pora.

A gdy ulgi tej doznali

widok wioski tak poznali,

o której to położeniu

można rzec, że na wzniesieniu,

lekkim leży jakby sobie,

które wciąż jezioro skrobie,

cichym szmerem swojej wody,

tak dodając jej urody.

Widok był to nieprzeciętny,

i nikt nie był obojętny,

każdy wzrok tym swój napawał,

i zdziwieniu się oddawał

jak to może być stworzone,

przez naturę ułożone.

Brama była częścią góry,

stanowiącej jakby mury

za którymi wioska żyła,

i swój byt tam prowadziła.

Ochraniała ją od lądu,

od obcego tak doglądu,

zachowując ją w spokoju

nie dopuszczając to znoju,

który ludzie zwykli robić,

aby mieć się o co pobić.

Za tym murem wiodła droga,

dla nie wprawnych trochę sroga,

w dół po zboczu lekko kręta,

tak by mogły przejść zwierzęta,

wprost wpadała między domy,

które niczym stwór łakomy

zdały wciągać ją w swe usta,

jakby była bardzo tłusta .

Domy blisko siebie stały,

i kamienną postać miały,

chodź drewniane też tam były,

lecz się w dalszej części kryły.

Były w zbocze tak wtopione,

i tak zmyślnie ułożone,

że to się w nich dostrzegało,

i wrażenie takie miało,

jakby z ziemi wystawały

niczym okoliczne skały.

Tym to tylko się różniły,

że kominy ich dymiły,

a wieczorem, też i świeca

pomieszczenia w nich oświeca.

Tak minęli to ich wiele,

przed którymi właściciele

stali, i się przyglądali

jak ci to maszerowali,

aż dotarli na plac mały,

gdzie to trzy postacie stały,

i ciekawie lecz spokojnie

a zarazem, i dostojnie

gości owych to czekali,

których to się spodziewali.

Był tam człowiek już leciwy,

co włos na głowie miał siwy

a postura wskazywała,

że już wiele wiosen miała.

Obok niego stał postawny,

i zapewne bardziej sprawny

mąż będący w kwiecie wieku,

o wyglądzie co w człowieku,

wzbudzał coś na kształt przestrogi,

co podkreślał wzrok dość srogi.

No i trzecim ksiądz był skromny,

stanu swego jakby pomny,

o spokojnej bardzo twarzy,

którą się powagą darzy.

Książę zmierzył to ich wzrokiem,

po czym dość raptownym skokiem,

zszedł to z konia, w którym siedział,

lecz co mówić to nie wiedział.

Na co starzec głowę skłonił,

i te słowa wpierw wyłonił:

 

„Wybacz proszę drogi panie,

te maniery nasze tanie

ale często się nie zdarza,

by takiego to włodarza,

wioska nasza mogła gościć,

więc to proszę się nie złościć.

Bo tu u nas prości ludzie

zaprawieni w swoim trudzie,

których to nie nauczano,

jakby księcia podjąć miano.”

 

Książę słów tych wysłuchawszy,

i z nadzieją się rozstawszy,

że go spotka coś lepszego,

tak skwitował słowa jego.:

 

„Głupią to nadzieję miałem,

że się po was spodziewałem

przy dogodnej tak okazji,

trochę większej i fantazji,

lecz już nic z tym nie zrobimy,

tylko się z tym pogodzimy.”

 

Po czym oddech wziął głęboki,

podparł to się o swe boki,

i z wyższością znaną sobie

jako książęcej osobie,

tak przemówił więc raz jeszcze,

mając to już z ciepła dreszcze.:

 

„Ciężkie u was jest myślenie,

ale tego ja nie zmienię

żywię jednak to nadzieję

chodź, i ta się jakoś chwieje,

że przynajmniej mieć będziemy

pokój w którym odpoczniemy.”

 

Na co młodszy wzrok swój podniósł,

i tak się do tego odniósł.:

 

„Oczywiście drogi panie,

że gotowe jest posłanie,

gdzie wytchnienia ciało dozna,

gdzie gościnę naszą pozna

a posiłek też już czeka,

stół się w niego przyobleka.”

 

Książę przyjął to z wytchnieniem,

lecz nie z pełnym zrozumieniem.

Bowiem tego nie pojmował,

co właściwie tu znajdował,

bo inaczej był chowany

inny był to świat mu znany.

Świat wygodny, pełen ludzi

w których to szacunek budzi,

którzy dzielą jego troski,

nie jak ludzie z owej wioski,

którzy nawet gdy nie powie,

nie zaplącze język w mowie

to już znają myśli jego,

lepiej od niego samego.

Tak to właśnie z nim tu było,

takie myśli w nim tłoczyło,

to spotkanie z tą ludnością

co nie było dlań radością.

Myśli w końcu pozbierawszy,

i już spokój sobie dawszy,

z dalszym to już ich gnębieniem,

rzekł to znowu z przygnębieniem.

 

„A więc prowadź w te komnaty,

bym mógł wreszcie przebrać szaty,

które po dniu to już całym

nie są w stanie okazałym,

ani zdatnym do noszenia,

takie teraz mam życzenia .”

 

Po czym na nic nie czekając,

i to za nic sobie mając,

to którędy ma podążać

na spoczynek gdzie ma zdążać.

Wziął rozglądnął się wokoło

marszcząc tylko swoje czoło,

i to ruszył do budynku

na którym nie było tynku,

a kamienie zeń złożone

miały barwy wytłoczone,

które w blasku słońca lśniły,

i cudownie się mieniły,

który wydał się przestronny

zapach mając też i wonny,

a górując nad innymi,

wabił to cechami tymi.

Tak, i książę tym zwabiony

parł ku niemu niewzruszony,

a gdy otwarł drzwi to jego ,

doznał szoku wnet wielkiego,

bo gdy wszedł do pomieszczenia,

gdzie to witraż światło zmienia

w barwy ciepłe oraz żywe,

i to jeszcze tak prawdziwe,

że by dotknąć się ich chciało,

i wrażenie takie miało

jakby to nie z tego świata,

była ta świetlana szata,

która wszystko przenikała,

a początek jakby miała

na ołtarzu nader skromnym,

przeznaczenia swego pomnym.

Stał tak Mieszko tam zdumiony

przez ten widok zaskoczony,

który to otuchy dawał,

i do wejścia go namawiał.

On jednakże to zagłuszył

promień ten co serce wzruszył,

i wdarł nagle się do niego,

bo przestraszył się to jego.

Bo to pierwsze się zdarzyło,

by uczucie w nim wzbudziło,

coś co czego nie pojmował,

i w swej głowie nie znajdował.

Wyszedł tak więc rozdwojony

tym widokiem upojony,

i już nie tak pewnym głosem

jakby pogodzony z losem,

wydał wreszcie takie słowa,

które to znalazła głowa.

 

„Czy ktoś raczy mi powiedzieć,

bo to chciałbym się dowiedzieć

co to za dziwna komnata,

która takie barwy splata.”

 

Na co ksiądz co stał spokojnie,

i uśmiechał to się hojnie

tak mu na wtedy odpowiedział,

by w nie wiedzy już nie siedział.

 

„Jest to kościół, i dom Boga

gdzie to każda ludzka trwoga,

może zostać zaniesiona,

w jego chwale położona,

a zbliżenie się do Niego,

pcha do życia to lepszego.”

 

Zaciekawił tym to księcia,

który nie miał wciąż pojęcia,

tak do końca o Kim była

ta odpowiedź, która kryła,

dziwne bardzo to dlań wieści,

których głowa i nie mieści

więc dopytać postanowił,

o Kim tak to tu stanowił.

 

„Nie spotkałem to ja jeszcze,

i w mej głowie to nie mieszczę

wciąż takiego Dobrodzieja,

przy którym taka nadzieja.”

 

„Cóż ci na to mam powiedzieć,

żebyś mógł i lepiej wiedzieć,

i mógł poznać zamiar Jego,

plan zbawienia tu naszego.”

 

„Intrygują mnie te słowa,

chodź nie bardzo wie ma głowa,

co naprawdę oznaczają,

i jakie zamiary mają.

Powiedz no mi Kim właściwie,

Jest On dla was tak prawdziwie.”

 

Ksiądz zamyślił się na chwilę,

po czym uśmiechnął się mile,

i tak odparł jegomości,

który pogrążał się w złości.

 

„Tym co ludzie zwą wolnością,

Tym co wielką jest miłością,

Tym co szczerze nas miłuje,

Tym co plany dla nas snuje,

Tym co nie mieści się w głowie,

Tym co nikt nie zawrze w słowie,

Tym to właśnie jest nasz Drogi,

Bóg, to w miłosierdzie błogi.”

 

„Dziwne słowa wypowiadasz,

dziwne zdania to układasz,

których teraz nie rozumiem,

których pojąć wciąż nie umiem,

ale liczę na to szczerze,

że się jeszcze z nimi zmierzę ,

że okazja się pojawi,

i tą prawdę mi objawi.

Póki co to pragnę spocząć,

i naprawdę już wypocząć,

więc prowadźcie w wasze progi,

bym mógł rozprostować nogi.”

Średnia ocena: 0.0  Głosów: 0

Zaloguj się, aby ocenić

Komentarze (1)

  • piliery 2 miesiące temu
    Nie do czytania, :(

Napisz komentarz

Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania