Kroniki Aldhelm - Prolog
Na samym początku chciałbym przywitać wszystkich czytelników, bo jestem nowym użytkownikiem tej strony. Jest to moje dziewicze opowiadanie i proszę o wyrozumiałość. PS: Interpunkcja zawsze kulała u mej osoby. :)
Prolog
Panował mrok a rozszalały, zimny wiatr uderzył w rozpadającą się okiennice starego domostwa. Bertrand doskonale wiedział, że ta długo już nie wytrzyma i niebawem los znów zmusi go do poszukiwań nowego schronienia. Spędził na przeczesywaniu zgliszczy zniszczonego wojną miasta dobry tydzień a zapowiadało się na początek poszukiwań, bo Aldhelm wciąż odkrywało przed nim nowe tajemnice, które niekiedy okazywały się znacznie straszniejsze niż najgorszy z jego sennych koszmarów. Odwrócił się od okna i na pożegnanie omiótł smętnym spojrzeniem główne pomieszczenie domu, w którym spędzał dzisiejszą noc. Niewielka izba, w której zza czasów świetności rozbrzmiewały śmiechy domowników, teraz emanowała zimnem i narastającym poczuciem zagrożenia. Powolnym, ledwie słyszalnym krokiem podszedł do popękanego lustra, które dawno temu rozbiło się na dziesiątki różnorakich kawałków i posypało na podłogę. Ku własnemu zdziwieniu zauważył, że mimo próby czasu kawałki szkła były nietknięte, i nawet teraz wesoło odbijały promienie księżyca, które wpadały przez okiennice. Podniósł jeden z nich i unosząc go na wysokość oczu, dostrzegł własne odbicie. Był wysokim, przeciętnie zbudowanym mężczyzną o piwnych oczach i jasnej karnacji. W krótkich, kruczo czarnych włosach z rozbawieniem dostrzegł zaschnięte błoto, które dodawało mu jeszcze bardziej sfatygowanego wyglądu. Ostrożnie odłożył kawałek szkła na posadzkę i powoli, tak aby nie robić niepotrzebnego hałasu ruszył w kierunku umiejscowionego pod oknem sennika, przy którym leżał plecak, wsparty na drewnianej ramie. Opatulił się ciasno kilkoma kocami i wpatrzony w sklepienie budynku zaczął rozmyślać nad najróżniejszymi sprawami, które w tej chwili dziwnie go uspokajały. Doskonale zdawał sobie sprawę z niebezpieczeństwa jakie niosła ze sobą noc w opuszczonym domostwie, w mieście takim jak opustoszałe Aldhelm. –Jednak jaki mam właściwie wybór?- Pomyślał a jego sercem wstrząsnął dziwna tęsknota, którą pomimo wszelkich starań nie opuściła Bertranda ani na chwilę. -Muszę ją znaleźć, muszę znaleźć E’sdris..- Nawet nie zorientował się kiedy zmęczenie wzięło górę, a oczy odmawiały posłuszeństwa po ciężkim dniu, zasnął.
***
Pierwsze promienie wschodzącego słońca, które ogłaszały nowinę o nowym dniu niemal od razu obudziły Bertranda. Podniósł się na równe nogi i rozejrzawszy się po pustej izbie westchnął, bowiem widział ten sam obrazek od kilku dni, i szczerze tęsknił za rodzinnymi stronami, których tak dawno nie widział. Nachylił się nad sennikiem by go zwinąć i wyruszyć w dalszą drogę, gdy nagle zamarł w przeraźliwym bezruchu słysząc czyjeś głośne sapnięcie dobiegające zza zamkniętych drzwi. W myślach błagał wszystkich znany i nieznanych bogów by jego zmysły znów go zwodziły, a sapnięcie było tylko wytworem jego młodzieńczej wyobraźni. Po chwili z przerażeniem odkrył, że sapnięcie było tak prawdziwe jak on sam, czy plecak, który niewyobrażalnie szybko zaczął zakładać. W tym przekonaniu umacniały go kroki, które rozbrzmiewały niebezpiecznie blisko drzwi, i nie należały tylko do jednej osoby. Niemalże nieświadomy otworzył okno, pod którym spał i zostawiając sennik na podłodze wyskoczył na brukowaną ulicę, która przyjęła go niewyobrażalnie miękko dając złudne poczucie wybawienia. Nie zastanawiając się zbyt długo popędził wzdłuż ulicy mijając kolejne zniszczone budynki. Serce niemal mu stanęło, gdy za jego plecami usłyszał groźny świt strzał, który został poprzedzony głośnym, gardłowym rozkazem. Niespodziewanie po całym jego ciele przebiegła straszliwa fala bólu, która jak choroba rozprzestrzeniała się coraz bardziej i boleśniej. Czuł jak z ramienia wystaje promień strzały, paląc niewyobrażalnym ogniem. Mimo to nie zwolnił kroku i z żałosnym napływem szczęścia stwierdził, że nawet przyśpieszył poganiany coraz to nowszymi salwami. Serce waliło mu niczym kowal kujący oręż, a strach pogłębił się jeszcze bardziej, gdy kilkanaście metrów przed nim wyrosło trzech jeźdźców uzbrojonych w włócznie. W akcie desperacji i nadziei na ratunek skręcił w uliczkę, która wyrastała pomiędzy dwoma zrujnowanymi budynkami. Serce zakuło jeszcze mocniej, gdy uliczka i wybawienie okazały się ślepym zaułkiem, zakończonym wysokim na kilka metrów kamiennym murem. Doskonale zdawał sobie sprawę, że gdyby nie strzała, to z łatwością mógłby wspiąć się po nierównościach.
- Stój!- Gardłowe, głośne warknięcie zakłóciło ciszę, która przez dłuższy czas towarzyszyła polowaniu
Bertrand odwrócił się niemalże natychmiast w kierunku wylotu z uliczki, gdzie czekało już trzech ścigających go wcześniej jeźdźców. Chwilę pełną napięcia przerwał jeden z mężczyzn, który odrzucając włócznie dobył miecza i począł schodzić ze swego wierzchowca. Bertrandowi to wystarczyło by w panice zacząć się cofać. Ku własnemu przerażeniu jego plecy zetknęły się z murem, a twarze trzech jeźdźców wypełnił przeraźliwy uśmiech, z którego zdołał wyczytać tylko jedno – kpinę. Zsunął się na wyschnięty, kamienisty bruk i czekając na nieuniknione wytoczył kilka łez. Był coraz słabszy i miał nadzieje, że straci przytomność nim dosięgnie go klinga żołnierze. –P… przepraszam, że nie zdołałem Cię odnaleźć… J.. ja..- cichy szept Bertranda przerwał jęk żołnierza, który zmierzał w jego kierunku. Podniósł wzrok i ujrzał mężczyznę, który ze strzałą w szyi osunął się na ziemię. Po chwili poczuł, że powieki same opadają, a przed oczyma roztańczone cienie coraz bardziej zamazują obraz. Słyszał tylko odgłosy walki i krzyki konających. Stracił przytomność.
Napisz komentarz
Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania