Kroniki Nowego Świata - Odrobina Człowieczeństwa - cz.1

ODROBINA CZŁOWIECZEŃSTWA

1

Pogoda, podobnie jak cały świat dookoła, dawała się Jeźdźcowi we znaki. Gęsta jak mleko mgła dławiła przestrzeń, ograniczając widoczność niemal do zera. Deszcz zacinał ostro, niemal poziomo, siekąc twarz lodowatymi kroplami. Brezentowy płaszcz przestał chronić zarówno przed wilgocią, jak i zimnem. Mężczyzna był przemoczony i zziębnięty do szpiku kości. Jesienna aura od ponad tygodnia raczyła wędrowców deszczem, porywistym wiatrem i gradobiciami. Niezależnie od obranej drogi wszędzie czekało ich to samo - chłód i błoto. Jeździec wymrukiwał pod nosem melodię, której nie znał nikt poza nim. Koń wtórował mu stukotem kopyt o spękany asfalt. Za nimi, na powrozie przytroczonym do siodła, snuł się wychudzony pies. Wałach nagle zatrzymał się przy wyrwie w jezdni i pochylił łeb, chcąc ugasić pragnienie w brudnej deszczówce. Jeździec sprawnym ruchem skrócił lejce i zeskoczył z siodła. Pogrzebał w jukach, wyciągnął menażkę, napełnił ją wodą i podał zwierzęciu. Drobny gest - jedyny luksus, na jaki mogli sobie pozwolić.

– Już prawie jesteśmy – rzucił, odsuwając poły płaszcza i sięgając po karabin.

Przyłożył lunetę do oka i omiótł wzrokiem okolicę. Mgła skrywała wszystko poza majaczącymi konturami.

Zbyt spokojnie.

Zbyt cicho.

Zbyt pusto.

– Za gęsta ta mgła... – mruknął pod nosem.

Przewiesił broń przez ramię i chwycił konia za uwiąz. Ruszyli dalej, krok po kroku, rozglądając się czujnie. Okolica rzadko bywała spokojna. Przy lepszej widoczności z pewnością już dawno zostałby dostrzeżony. Teraz, kiedy widział jedynie śliski, dziurawy asfalt i ciągnące się po bokach ekrany akustyczne, obawiał się, że sam zauważy innych zbyt późno, i zostanie wzięty za kogoś, kim nie jest.

Nagle, gdzieś w głębi mlecznobiałej zasłony, rozbłysnął pionowy snop światła. Jeździec już miał rzucić do konia: „Jesteśmy na miejscu”, gdy coś zaświstało w powietrzu i z impetem uderzyło w asfalt tuż obok niego, rozpryskując się na dziesiątki drzazg.

Zatrzymał się gwałtownie i pociągnął uwiąz, koń stanął jak wryty. Jeździec uniósł ręce wysoko nad głowę. Wiedział, co to oznaczało. Strzała wystrzelona wysokim łukiem była ostrzeżeniem.

W oddali rozległ się ryk silników. Po chwili z mgły wyłoniły się dwa rozmazane kształty. Tutejsi zwiadowcy. Jechali na czymś przypominającym motory, ale mającym cztery koła. Jeździec znał nazwę tych maszyn ze starego świata. To były quady.

Ryk silników narastał, aż pojazdy zatoczyły kilka kręgów wokół trójki: człowieka, konia i psa, który z podkulonym ogonem wciskał się między nogi przewodnika. Czterokołowce zatrzymały się. Na każdym siedziało po dwóch ludzi: kierowca i uzbrojony wojak. Jeden z quadów ciągnął niewielką przyczepkę.

Żołnierze zeskoczyli z pojazdów. W dłoniach trzymali karabiny - samoróbki noszące ślady zużycia i korozji. Wędrowiec wychwycił to od razu. Zlustrował ich znoszone, byle jak połatane mundury. Wszyscy czterej byli młodzi. Bardzo młodzi. Urodzeni długo po wielkiej zagładzie. Ich wiek ocenił na osiemnaście, może dwadzieścia lat.

Młode chłystki, pomyślał. Takich właśnie wystawia się na patrole w pierwszej linii. Nie znają żadnego pożytecznego fachu, nie wiedzą nic o starym świecie.

Tylko do tego się nadają.

– Kto ty? – rzucił jeden z nich.

Głos miał przytłumiony przez maskę szczelnie opinającą twarz, a deszcz tłukący o asfalt zagłuszał niemal wszystko, nawet brzęczenie dozymetru.

Dobrze... Rozsądny chłopak, pomyślał Jeździec. Strzała chybiła. Pięć metrów w bok. Nie chcieli trafić. To było wyłącznie ostrzeżenie. Mimo że nie wiedzieli, kim jest, nie dali się ponieść emocjom. Gdyby było inaczej, nie pozwoliliby mu podejść tak blisko. Już dawno leżałby w błocie ze sterczącą z piersi brzechwą.

Może by przeżył. Może nie.

Jeśli tak, zaczęliby dociekać jego tożsamości i być może udzieliliby mu pomocy. Ale gdyby umarł od trafienia, wrzuciliby ciało gdzieś do lasu, na pożarcie trupojadom. A tych w okolicznych lasach nie brakowało.

Wszelkie plugastwo, które na stałe rozpanoszyło się na ziemiach kiedyś dumnie nazywanych Polską, zdążyło już przystosować się do nowych warunków. Wiedziało też, że zapasy na nadchodzącą, srogą zimę najlepiej zrobić zawczasu.

– Różnie mnie nazywają, zależnie od tego, w której części strefy aktualnie się znajduję – odparł równie niewyraźnie, z tych samych powodów co tamten. Jego twarz również skrywała gumowa maska przystosowana do filtrowania skażonego powietrza.

– Aktualnie znajdujesz się na rogatkach strefy „Skończ chrzanić i przejdź do konkretów” – odburknął młody, chwytając pewniej karabin.

– Jestem Waran – odpowiedział spokojnie, nie zwracając uwagi na ton dowódcy oddziału, za którego uznał chłopaka mającego prowizoryczny pagon naszyty na rękawie kurtki.

Ciekawe cholera, czym wsławił się ten młokos, że w tak młodym wieku obdarzono go takim zaufaniem?

Może miał na koncie najwięcej zabitych zarażonych. A może wyszedł zwycięsko ze starcia z jakimś mutantem.

Nie. To drugie odpada. Zbyt gładką ma twarzyczkę. Mutanty to nie w kij dmuchał pomioty.

– Co tam Brachu przemycasz? Co masz w jukach? – wyrwał go z zamyślenia młodzian.

– Rzeczy osobiste – odparł z wyraźną irytacją. Nie lubił, kiedy ktoś interesował się jego ekwipunkiem.

– Dość pokaźne te „rzeczy osobiste”.

Drugi z młodych, wcześniej milczący, ale teraz wyraźnie odważniejszy, podszedł do wierzchowca. Waran chciał go powstrzymać, ale nie zdążył. Strażnik szybkim ruchem uniósł brezentową płachtę zasłaniającą bagaż przytroczony do siodła.

Wszyscy zamarli.

W jukach spoczywała odrąbana głowa.

Nie ludzka, lecz humanoidalnego mutanta.

Zakrwawiona, zdeformowana, z bladą skórą napiętą na kościach. Na twarzy zastygł grymas wiecznego wrzasku. Z rozchylonych ust sterczały nie ludzkie zęby, lecz długie, zwierzęce kły przypominające wilcze albo niedźwiedzie.

Młody strażnik odskoczył z przerażeniem. Poślizgnął się na mokrym asfalcie i upadł, wypuszczając karabin. Waran błyskawicznie doskoczył do juków, chcąc zakryć trofeum, ale nie zdążył. Dowódca zwiadu był szybszy. Szarpnął go brutalnie za płaszcz, odciągając od siodła. Kaptur zsunął się z głowy Warana razem z maską filtrującą.

Zapadła cisza.

Widok jego twarzy wprawił wszystkich w osłupienie. Łysa czaszka poorana była grubymi bliznami. Popękane wargi odsłaniały pożółkłe uzębienie. Na szyi widniał ślad po stryczku - znak, że przynajmniej raz kończył już na szafocie.

Ale najgorsze były oczy.

Białe.

Martwe, jak u ślepca.

Waran ledwie zdążył spojrzeć na dowódcę, gdy przed oczami mignęła mu kolba karabinu. Ból eksplodował w skroni.

Sekundę później zabolały go plecy, a potem potylica, w głowie się zakotłowało, obraz zamazał się, i po chwili znów uderzyło go coś w plecy, dosadniej, mocniej, bezpardonowo - tym razem był to mokry asfalt. Świat zawirował. Następne ciosy spadły niemal od razu.

Mocniejsze.Brutalniejsze.

Potem kolejne.I kolejne.

Kiedy leżał w błocie, kopany już przez wszystkich czterech, usłyszał jeszcze skowyt psa i spanikowane rżenie konia.

A potem wszystko pochłonęła ciemność. Zemdlał.

2

Kiedy się ocknął, bolały go głowa, żebra i noga. Był skrępowany. W myślach przeklął własną głupotę. Dał się podejść jak dziecko. Nie ugryzł się w język. Po raz kolejny pozwolił, by górę wzięła jego wybuchowa natura. Nigdy nie przynosiło mu to niczego dobrego. Tym razem również. Efektem czego, jechał związany powrozem na przyczepie, która podskakiwała na każdym wyboju, boleśnie przypominając o poobijanym ciele. Leżał tyłem do kierunku jazdy. Deszcz zdawał się słabnąć, mgła powoli rzedła, ale ból głowy narastał. Z rozciętego łuku brwiowego sączyła się krew. Spływała przez powiekę i utrudniała obserwację. Ucieszył się na widok własnego konia przywiązanego do drugiego pojazdu. Psa jednak nigdzie nie dostrzegł. Trudno, pomyślał. Był wychudzony. Sama skóra i kości. Waran, co prawda liczył, że uda się go sprzedać choćby za kilka groszy. Gdyby ktoś odpowiednio o niego zadbał, mógłby wyrosnąć na dobrego psa stróżującego albo łowieckiego. Nadawałby się do tropienia mutantów i zarażonych - ich zapach znał doskonale.

Pojazd nagle zwolnił. Rozległ się metaliczny trzask. Przyczepa przechyliła się ostro najpierw na bok, potem do przodu. Sunęli w dół. Dopiero wtedy Waran zorientował się, że zjeżdżają z nasypu. Był ufortyfikowany i najeżony lufami karabinów. Wszędzie ciągnął się drut kolczasty splątany z blaszanymi puszkami przedwojennych samochodów - niegdyś kolorowych, dziś wypłowiałych i przeżartych rdzą. Z wartowni sterczały karabiny, a nad całością górowała wieża strażnicza z łopoczącym na wietrze sztandarem. Widniał na nim symbol Nowego Wrocławia. Gryf trzymający w szponach dwugłowego orła.

Metaliczny brzęk rozległ się ponownie i stalowa brama zamknęła się za kolumną pojazdów, odcinając ich od świata zewnętrznego. Wojacy na pojazdach snujących się z tyłu konwoju, z widoczną ulgą ściągnęli z twarzy maski gazowe. Jechali jeszcze chwilę, mijając zawalone budynki mieszkalne, zdezelowane hale, hotele i sklepy, z których odzyskano wszystko, co miało jakąkolwiek wartość.

Kiedyś były symbolem ludzkich osiągnięć i inżynieryjnej pychy. Teraz pozostawały jedynie niemymi świadkami nowego, być może ostatniego, rozdziału historii świata.

W końcu dotarli do dzielnicy mieszkalnej.

Waran rzadko widywał osady z tak dobrze zachowaną zabudową. Znał getta, w których ocaleni budowali schronienia z odpadów. Widział społeczności żyjące niczym szczury w kopalniach, sztolniach i podziemnych tunelach. W jednym z odległych miast spotkał nawet ludzi mieszkających na dawnych stacjach ogromnego kompleksu transportowego, który przed zagładą dumnie nazywano metrem. Widział, jak funkcjonowały te społeczności. Żadna nie mogła równać się z osadą, do której właśnie go przywieziono. Leżąc na przyczepie, miał dość czasu, by przyjrzeć się architekturze miejsca oznaczanego na współczesnych mapach jako Nowy Wrocław.

Nowy.

Bo starego Wrocławia już nie było.

Nie było starej Polski.

Nie było starego świata.

Wszystko stało się nowe.

Nowy był Wrocław.

Nowy był porządek.

Nowy był świat.

I był śmiertelnie nieprzewidywalny.

Wewnątrz murów miasta tętniło życie.

Ulice pełne były ludzi w łachmanach, ale żywych - pracujących, handlujących, dźwigających towary. Płonęły ogniska. Ktoś grał na prymitywnym instrumencie. Dzieci biegały między ruinami, śmiejąc się i wrzeszcząc z radości. Waran przyglądał im się z mieszaniną zachwytu i czegoś znacznie głębszego. Ludzkiej zazdrości. Im dalej jechali, tym więcej ludzi dostrzegał. W końcu dotarli na bazar rozciągający się przez cały rynek. Kobiety wymieniały konserwy na drewno. Starcy naprawiali narzędzia. Dzieciaki ganiały z patykami imitującymi broń. Dym z ognisk mieszał się z zapachem gotowanej zupy i spalenizny. Idylla, pomyślał. Idealne miejsce, by żyć.

Jednak gdy przyczepa wtoczyła się głębiej w ciasne uliczki targowiska, mieszkańcy zauważyli więźnia.

– Obcy! – krzyknął ktoś.

Tłum natychmiast się poruszył, jakby przeszła przez niego fala. Najpierw pojawiły się szepty. Potem głośniejsze głosy. Kobieta przyciągnęła do siebie dziecko i zasłoniła mu oczy. Ktoś splunął w stronę kolumny pojazdów. Z innej strony poleciało wyzwisko.

– Potwór!

– Powiesić go! – ryknął brodacz o twarzy pooranej bliznami.

Dzieci podchwyciły okrzyk niczym echo.

– Powiesić! Powiesić!

Waran patrzył przed siebie w milczeniu.

Nie zaskakiwały go te krzyki. Słyszał je wszędzie, dokądkolwiek trafiał. Zmieniali się tylko ludzie i ich twarze. Treść zawsze pozostawała ta sama.

Na brukowanym rynku zebrał się tłum.

Setki oczu wpatrywały się w niego z odrazą, jak w zarazę, jak w zwiastun katastrofy. Każdy stukot przyczepy o kamienie brzmiał niczym werbel prowadzący skazańca na stryczek. I wtedy Waran zobaczył ratusz. Budynek wciąż stał. Wyszczerbiony, z popękanymi ścianami osmolonymi po dawnych pożarach, porośnięty bluszczem, ale nadal stał. Przed wejściem powiewała flaga z gryfem. Poszarpana, zszyta z kawałków materiału i byle jak połatana. Dla mieszkańców była jednak symbolem.

Strażnicy rozgonili ludzi sprzed schodów, choć tłum nadal wył i krzyczał. Kilka kamieni uderzyło o przyczepę. Jeden rozciął Waranowi policzek. Krew spłynęła po brodzie, ale nawet nie mrugnął. Nie pierwszy raz, pomyślał. I pewnie nie ostatni. Przyczepa zatrzymała się przed głównym wejściem do ratusza. Z bliska budynek wydawał się jeszcze potężniejszy. Gotyckie łuki, okopcony zegar i witraże zabite deskami sprawiały, że przypominał bardziej twierdzę niż urząd. Brama, przez którą niegdyś przechodzili rajcy, była teraz pilnowana przez dwóch wartowników z ciężkimi karabinami. Zrzucono go brutalnie z przyczepy prosto na kolana. Gdzieś z tłumu rozległ się śmiech.

– Zawieście go tutaj! Przed ratuszem! Jak tamtego poprzedniego! – wrzasnął ktoś.

Strażnicy zignorowali nawoływania i poprowadzili więźnia do środka. Kamienne schody były śliskie od deszczu, a każdy krok odbijał się głuchym echem. Waran obejrzał się tylko raz. Spojrzał na tłum. Setki oczu. Ani odrobiny litości. W ich spojrzeniach dostrzegał coś, co znał aż za dobrze - strach, odrazę i nienawiść.

I wiedział, że nawet gdyby ocalił ich wszystkich przed największą plagą tego świata, i tak pozostaliby tacy sami.

Po chwili ciężkie drzwi zamknęły się za nim. Wrzaski tłumu ucichły niemal natychmiast, pochłonięte przez zimne i wilgotne wnętrze ratusza.

Czekały tam tylko kojąca cisza… i nieznane.

3

Sala dawnej siedziby władz była zimna i pachniała kurzem, stęchlizną oraz olejem do broni. Pod ścianami stało kilku uzbrojonych strażników, a na podwyższeniu, w starym skórzanym fotelu, siedział człowiek, którego tutaj nazywano Prezydentem. Wisząca nad salą lampa naftowa rzucała nierówny blask na jego twarz. Był szczupły, z włosami przyprószonymi siwizną. Miał ostre rysy i spojrzenie drapieżnika, które świadczyło o jednoznacznej zasadzie: dawno przestał z kimkolwiek negocjować. Nosił stary, sprany płaszcz wojskowy, lecz na jego palcu połyskiwał sygnet. Złoty. Z wyrytym herbem jakiegoś dawno wymarłego rodu.

Ten jeden błyszczący drobiazg - relikt Starego Świata - sprawiał, że wyglądał na człowieka nietykalnego. Waran siedział naprzeciw niego, skrępowany szorstką liną i posadzony na chwiejnym taborecie. Był mokry od deszczu i błota, a jego płaszcz znaczyły zaschnięte plamy krwi. Pachniało od niego końskim potem, zgniłym mięsem mutanta i metaliczną wonią krwi. Czuł na sobie spojrzenia strażników. Ciężkie wojskowe buty stukały o kamienne płyty posadzki, a dłonie zaciskające się na karabinach pobielały od napięcia. Nie było tu miejsca na przyjazne gesty.

– To jest Włóczęga – powtórzył dowódca zwiadu, podsuwając raport. – Waran. Wtargnął na nasz teren z odciętą głową mutanta.

Prezydent nie podniósł od razu wzroku.

Powoli przesuwał palcami po papierze, jakby próbował wyczytać z niego coś więcej niż same słowa. W końcu spojrzał na więźnia. Spojrzeniem ciężkim, chłodnym i badawczym.

– Ostatnim razem, gdy pewien wędrowiec dostał się do naszego miasta – zaczął powoli – przywlókł ze sobą zarazę. Dzieci padały jak muchy. Starcy dusili się we własnych łóżkach. – Zrobił krótką pauzę. – Od tamtej pory każdy obcy, który bez zaproszenia przekroczy bramy Nowego Wrocławia... kończy na stryczku. Nawet jeśli nie przynosi zarazy.

Waran milczał. Światło lampy odbijało się w jego wypłowiałych oczach, lecz nie było w nich strachu. Raczej cień zmęczonej rezygnacji.

– Ty również nie jesteś wyjątkiem – ciągnął Prezydent, skinieniem głowy dając sygnał jednemu ze strażników – Jednak moi ludzie napisali w raporcie coś interesującego.

Strażnik położył na stole odciętą głowę mutanta. Rzucił nią jak padliną. W sali rozległ się cichy szmer. Martwe oczy stwora, zastygłe w grymasie śmierci, zdawały się patrzeć prosto na Prezydenta.

– Humanoidalny mutant – powiedział Prezydent. – Wampir. Albo, jak ochrzcili go moi ludzie... Drakula. – W jego głosie po raz pierwszy pojawiło się coś na kształt zainteresowania. – Ten krwiożerczy sukinsyn od miesięcy grasował w pobliżu miasta i kosztował nas więcej problemów, niż chciałbym przyznać. Fakt, że go ubiłeś, zmusza mnie do zastanowienia się nad twoim losem.

Znów spojrzał na Warana.

Długo.

Uważnie.

– Z drugiej jednak strony... przemyt zmutowanych tkanek organicznych na teren miasta jest surowo zabroniony. – Jego palce lekko zastukały o blat stołu. – A za takie przewinienie nasz kodeks przewiduje najwyższy wymiar kary. Publiczną śmierć przez powieszenie.

W sali zapadła cisza.

– Nie boisz się? – spytał w końcu. – Wiesz przecież, co cię czeka. Takie prawa obowiązują w większości ocalałych osad. – Pochylił się lekko do przodu. – Musiałeś znać ryzyko.

Waran powoli uniósł głowę. Jego głos był spokojny, chropowaty, zmęczony latami tułaczki.

– Jeśli chcesz, powieś mnie. Mam to gdzieś. – Na jego twarzy nie pojawił się nawet cień uśmiechu. – Całe życie jestem odmieńcem. Gdziekolwiek pójdę, ludzie widzą tylko dziwadło. Mutantobójcę. Wyrzutka, który przynosi nieszczęście. Zabijam to świństwo, żeby inni mogli spać spokojnie, a potem i tak plują mi pod nogi. Szepczą za plecami, pokazują palcami. Nie ma dla mnie różnicy, czy skończę z liną na szyi dziś, czy jutro.

Na chwilę zapadła cisza. Lampa naftowa zasyczała cicho.

– Więc po to tutaj przybyłeś? – zapytał Prezydent. – Żeby skończyć na stryczku? Dziś, bądź jutro?

Waran milczał przez moment.

– Szukam swojego miejsca – odpowiedział w końcu. – Takiego, gdzie mógłbym być kimś więcej niż tylko cieniem. Ale gdziekolwiek trafię, kończę z tą samą łatką przypiętą do pleców i stryczkiem na szyi. W waszych oczach jestem tylko potworem w ludzkiej skórze. Nikim kto zasługuje na choćby odrobinę szacunku. – Wychylił twarz z cienia, pozwalając, by światło lampy odsłoniło blizny i martwą biel jego oczu. – Myślicie, że sam tego chciałem? Wy sami chcielibyście tego samego? By tak wyglądać? Jak potwór!

Słowa zawisły w powietrzu, zdawały się zmaterializować gdzieś nad głowami osób. W sali zrobiło się jeszcze ciszej, jakby nawet stare mury ratusza wstrzymały oddech. Prezydent długo przyglądał się Waranowi.

– Może rzeczywiście jesteś potworem – powiedział w końcu. – Ale w dzisiejszych czasach potwory również bywają użyteczne. Jako łowca mutantów posiadasz zdolności, które w dzisiejszym świecie dla niektórych są nieocenione. – Spojrzał na odciętą głowę mutanta leżącą na stole. – Możemy cię powiesić choćby zaraz i mieć spokój. Szybko zamkniemy tę sprawę, później spalimy twoje truchło. Ludzie będą zadowoleni. Jakiś czas będą spać spokojnie. Problem jednak w tym, że strach mieszkańców powróci. Dlatego wolałbym dać ci szansę. Jedną, może dwie. Wykonując dla mnie kilka fuch, zapracujesz na szacunek. Może wtedy mieszkańcy przestaną widzieć w tobie tylko odmieńca i znajdzie się w moim mieście miejsce dla takiego kogoś jak Ty.

Prezydent rozłożył na stole papier, prowizoryczną mapę okolicy. Pokreślone liniami ulice, opisane okręgami resztki osiedli, kilka punktów oznaczone jako niebezpieczne. Jedno miejsce zostało zakreślone grubą kreską. Oleśnica. Ruiny miasta, w którym Waran odrąbał Drakuli łeb. Prezydenckie paznokcie zgrzytnęły o papier.

– Jak już wspomniałem, masz dwie opcje do wyboru – powiedział, bez pośpiechu. – Stryczek już dziś, albo robota. Dla ludzi wybór jest prosty: rozstawić szubienicę, przełożyć pętlę przez szyję, powiesić dziwadło i zapomnieć, że istniało. Dla mnie, korzystniej jednak jest dać ci szansę. Wykonasz pracę, a my zapewnimy ci to, o co prosisz. To jak będzie? Hmm…?

Waran spojrzał na mapę z ukosa. Jego twarz w półmroku była jak rzeźbiona w kamieniu: blizny, popękane wargi, biel oczu. Nie wyglądał na kogoś, kto oczekuje łaski.

– Co to za robota?

Prezydent przesunął palcem nieznacznie poza granice Nowego Wrocławia, wskazując na punkt opisany jako stare schrony.

– W starych bunkrach od pewnego czasu osiedliło się jakieś ścierwo. Ludzie z przekąsem nazwali to coś Wiedźmą. Babą Jagą. Wyobraź sobie, była kiedyś taka bajka dla dzieci, legenda. W opowieści wiedźma żyła w chatce na kurzej nóżce, a ta nasza zołza upodobała sobie bunkier, a wokół bunkra leżą kości, jakby specjalnie rozrzucane na pokaz. To jej chory rytuał. Zeżre coś, a kosić rozrzuci ku przestrodze. Cwana to bestia mówię tobie. Znikają dzieci. Giną szabrownicy. Rzadko kiedy ktoś z życiem ujdzie. Płakać się chcę, psia jego mać. Ci, którzy to coś widzieli i jakimś cudem przeżyli, mówią o słodkim zapachu unoszącym się w ruinach i o tym, że ta paskuda karmi się ludzkim mózgiem

Waran przymknął oczy. Przez jego twarz przebiegł ledwie widoczny skurcz.

– Mózgożer – powiedział cicho.

Prezydent zmarszczył brwi.

– Znasz to coś?

– Wolałbym nie. Osobnik o którym opowiadasz, to prawdopodobnie dorosła samica. Tylko one wabią ofiary feromonami o słodkim zapachu. Najczęściej niestety dzieci. Potem chwyta je w ciemnościach, zdziera skalpy z głów, otwiera czaszki jak słoik kiszonych ogórków i wysysa mózgi. Niezwykle zawzięte babsko.

Jeden ze strażników odruchowo przełknął ślinę. Drugi wytrzeszczył oczy.

– Miałem kiedyś do czynienia z samcem – ciągnął Waran. – Samce nie wydzielają feromonów, ale potrafią naśladować ludzki głos. Taki psikus atomowej ewolucji. Samice, na złość wszystkim wędrowcom i innym mutanrobójcom, posiadają obie te zdolności. Ten, którego wtedy spotkałem, wołał o pomoc jak ranny człowiek. Zwabił mnie prosto w zasadzkę. Mocno żeśmy się wtedy starli. Ledwo uszedłem z życiem, ale do mojego łba się nie dorwał sukinsyn.

– Jak go przed tym powstrzymałeś?

– Granat! Tego potwora, trzeba granatem poczęstować. Ołowiu się nie boi, bo szybkie to i skoczne zarazem. Ciężko wycelować. Ale granat… tylko to ma szansę powodzenia. W innym przypadku, świec panie nad duszą śmiałka, który wejdzie do leżą Baby Jagi.

– Widzisz Wędrowcze, tym konkretnym przypadku granat nie wchodzi w rachubę – Prezydent zmarszczył czoło z niezadowolenia, splótł ręce na piersi. Waran zmrużył oczy. – No bo widzisz, nie dalej jak tydzień temu wysłałem z misją ubicia tego mutanta, oddział moich chłopaków. Dziesięciu ludzi. Może nie najlepszych, ale za to uzbrojonych po zęby. A skoro my dalej rozmawiamy o tym stworze, to masz zasadne prawo twierdzić, że misja zakończyła się niepowodzeniem. Do miasta wrócił tylko jeden z chłopaków. Przytargali go do koszar, w takim stanie, że ledwo go poznałem. Własne flaki w rękach trzymał, tak mu ta franca bebech pokiereszowała. Przed śmiercią majaczył niestworzone klechdy, ale wśród wodospadu bajek, uraczył mnie informacją, że w tym bunkrze widział słoik z płynną magmą. – Prezydent nachylił się nad stołem, zbliżając do Warana. – Wiesz, może to i brednie, ale jeśli to prawda…

– Baba Jaga strzeże ogniwa. – Waran wyprostował się na krześle, pokręcił głową z niedowierzaniem.

– Słyszałeś o nim, prawda?

– Każdy Włóczęga o nim słyszał. – parsknął – Twór wyglądem przypominający szklaną kulę z płynną mazią w środku, która płonie żywym ogniem, a mimo tego w dotyku jest chłodna jak lód. Jeden z nielicznych arcyartefaktów termo-elektrycznych. Kurewsko rzadko spotykany. Niesłychanie wartościowy. Gdyby udało wam się go pozyskać, miasto miałoby przez pewien czas elektryczność.

– Właśnie dlatego nie chcę wysadzać bunkra – odparł Prezydent. – Jeśli ogniwo okaże się sprawne i eksploduje, zaprzepaścimy szansę na lepszy żywot.

Waran spojrzał na niego uważnie.

– A co ja dostanę w zamian? Za Bóg zapłać, już od wielu lat nikt nie ryzykuje.

Prezydent splótł dłonie.

– Jeśli wrócisz z ogniwem, szubienica przestanie być problemem. Nadam ci prawo do osiedlania się w mieście. Dostaniesz dom na obrzeżach. Racje żywnościowe, i przede wszystkim spokój.

Waran uniósł brew.

– Spokój?

– Tak. Spokój. Oczywiście, nie obiecuję Tobie przyjęcia jako bohatera, bo to ja dam ludziom elektryczność, ale zapewnię ci coś bardziej przyziemnego. Ludzkiego. Dla przykładu, mniej kamieni rzucanych w twoją stronę. Ludzie przestaną wychodzić przeciw tobie z widłami. Staniesz się częścią Nowego Wrocławia.

Przez chwilę patrzyli na siebie w milczeniu.

– Jeśli dobrze wykonasz robotę, a ja będę mieć ogniwo – dodał Prezydent – dostaniesz kolejne zlecenia. Potrzebuję ludzi, którzy potrafią wejść tam, gdzie inni widzą tylko własny grób.

Waran milczał. Strażnicy spojrzeli na niego ostrożnie, jakby sprawdzali, czy nie pęknie. W jego klatce piersiowej coś wibrowało: niepokój, cyniczna kalkulacja.

Był zmęczony ciążącym nad nim wyrokiem wygnańca, zmęczony ciągłym byciem odmieńcem. Marzył o kącie, w którym nikt nie odwraca od niego wzroku. Nie był jednak naiwny. Wiedział, że przychylność społeczeństwa to fraza, którą można dowolnie rozszerzyć lub skurczyć. Chciał jednak, by ludzie zobaczyli w nim coś więcej niż tylko maszynę do zabijania mutantów. Potrzebował, by ktoś dostrzegł, że on, to nie tylko broń i siła mięśni.

– Dobrze – powiedział wreszcie. – Rozwiąż mnie i podaj mapę. Niech ktoś zda mi raport, czego spodziewać się po okolicy. Chce zobaczyć plany bunkra – Jego ton był twardy, lecz bez szorstkości – Zabiję ją, przyniosę ci ogniwo. Ale chcę gwarancji. Nie okruszków łaski. Konkret. Dom, wyżywienie, a jeśli dobrze wykonane swoje zadanie regularne zlecenia. Nie chcę obietnic bez pokrycia.

Prezydent przymknął oczy, jakby robił rachunek.

– Masz moją gwarancję – odpowiedział powoli. – Dom na obrzeżach. Przydział żywnościowy dla niskiej klasy. Jeżeli sprostasz zadaniu, również dodatkowe zlecenia. Jeśli jednak nie – dodał stanowczo – miej świadomość, że mogę wycofać to, co ci zaproponowałem. Mogę dać ci linę w zamian. Twoja decyzja.

Waran przełknął ślinę. W tej chwili wyboru nie dawało żadne inne wyjście. Na zewnątrz placu nie czekała liberalna tolerancja, czekała szubienica, kamienie i dziecięce okrzyki „powiesić!”. Ale jeśli wykona zadanie, mógłby dostać coś, czego przez całe życie pragnął. Swój kawałek ziemi, akceptację społeczności oraz odrobinę człowieczeństwa.

Średnia ocena: 0.0  Głosów: 0

Zaloguj się, aby ocenić

Komentarze (2)

  • Vespera 4 godz. temu

    Majstrował przy tym jakiś LLM.
    Tekst jest zbyt gładki.
    Zbyt rytmiczny.
    Zbyt wyrachowanie efekciarski.
    Tego nie wyprodukował człowiek. Maczała w tym palce maszyna.
    A lepiej jest czytać wytwory człowieka niż bezduszne litery wyplute przez algorytm.
    (swoją drogą cholernie trudno naśladować ten maszynowy styl, jeśli naturalnie się pisze zupełnie inaczej).

  • SwanSong 2 godz. temu

    Ja tu widzę sporo błędów i prędzej nazwałbym tekst "nudnym" niż "gładkim". Znam osoby, które tak piszą.

Napisz komentarz

Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania